wtorek, 26 maja 2015

Wypracowanie

Jak kiedyś pisałam jedna z moich wnuczek była na zielonej szkole nad morzem. Po powrocie była szczęśliwa, że już jest w domu. Wszystkie dzieci były szczęśliwe. Dopiero później opowiadały dlaczego. Ale to też już wiecie. Pierwszego dnia nauczycielka zadała wypracowanie: Zielona szkoła , plusy i minusy. Prace były różne. Prawie wszyscy pisali, że w zasadzie było wszystko dobrze. Wycieczki, gry towarzyskie dla dzieci w wolnym czasie, a kiedy padał deszcz układali puzzle i oglądali telewizję. Ciekawe, że w domu mówiły zupełnie coś innego. Nie wiadomo co było prawdą, ale mnie się wydaje, że następnym razem żadne dziecko nie pojechałoby na zieloną szkołę ze względu na regulamin i zasady wprowadzone przez dyrektora. Cały czas powtarzały, że byłoby dużo fajniej gdyby była sama wychowawczyni. Jedna praca była inna niż wszystkie. Na wywiadówce nauczycielka przeczytała to wypracowanie, ale nie powiedziała kto je napisał. Po odczytaniu go wszyscy zastanawiali się jak w dzisiejszych czasach i niechęci do wszelkiego rodzaju zasad można było napisać coś takiego. Wypracowanie zaczynało się tak jak cała reszta. Kto, kiedy i gdzie był na zielonej szkole, trochę o pogodzie. Więcej poświęcono na opis miejsca to znaczy okolicy i ośrodka w który stał się ich domem na dwa tygodnie. I teraz praca zaczęła się różnić od reszty. Nie przytoczę tego dokładnie, ale ten fragment zapamiętałam. Więc tak: po przyjeździe na miejsce już czekała na nas kolacja po której było krótkie spotkanie i rozmieszczenie w pokojach. Następnego dnia po śniadaniu na apelu dyrektor przedstawił zasady obowiązujące przez cały czas pobytu. Potem odczytano regulamin ośrodka pokrywający się z tym co mówił dyrektor. Proste do zapamiętania i do przestrzegania. Potem był opis poszczególnych punktów, a na koniec krótkie podsumowanie: Przez całe dwa tygodnie postępowanie według tego regulaminu było naszym obowiązkiem z którego niektórzy się wywiązywali a niektórzy nie. Gdyby wszyscy to robili byłoby wspaniale. Gdy nauczycielka skończyła czytać przez długi czas nikt nic nie powiedział. Ciekawe dlaczego.  

poniedziałek, 25 maja 2015

Mecz piłki nożnej

Czy mecz piłki nożnej można nazwać grą towarzyską? I tak i nie. Wszystko zależy od podejścia. Z jednej strony można. Dwadzieścia dwie osoby biegają za piłką. W skład naszej drużyny juniorów wchodzą osoby między 15 a 17 rokiem życia. Mecze rozgrywane są raz w tygodniu w sobotę raz na naszym boisku a raz na wyjeździe. Ale to wiedzą wszyscy zainteresowani. Mecze są spokojne, miła atmosfera i dużo młodzieży na trybunach z obu drużyn. Nikt nie wyzywa nikogo, kibice zajęci są meczem a nie wszczynaniem bójek. Po meczu jest podobnie. Bez względu na wynik kibice rozjeżdżają się do domów oczekując na rewanż. Inaczej jest gdy na boisko wychodzą drużyny seniorów. Przedział wiekowy to 20 do nawet 40 lat. Tu już nie jest tak różowo. Nasza drużyna nigdy nie lubiła się z sąsiadami. Chodzi mi również o kibiców, a właściwie głównie o nich. Był taki czas, że na nasze mecze przyjeżdżała policja z psami. Przez cały mecz to z trybun „leciały” takie obelgi, że uszy więdły. Przed bramą każdy wchodzący kibic był przeszukiwany przez policję i musiał oddać wszelkie nazwijmy to „zabawki”. Najgorzej z wszystkich miał sędzia. Jaką decyzję by nie podjął był wyzywany albo przez jednych albo drugich. Na jednym z meczów kibice po prostu przesadzili. Jako sędzia główny na boisku pojawiła się dziewczyna około dwudziestoletnia. Na początku wszystko szło w miarę dobrze. Wyzwisk było mało, ale kibice byli jeszcze trzeźwi. Niestety na mecz można było, z podkreśleniem na było, wnieść piwo. Po około pół godziny gry sytuacja się zmieniła. Teraz już nikt nie przebierał w słowach. Doprowadziło to do tego, że druga połowa zaczęła się z dużym opóźnieniem, bo trzeba było powołać nowego sędziego. Jak się później okazało po zakończeniu pierwszej połowy pani sędzia oznajmiła, że i tu cytat „przy takiej hołocie sędziować nie będzie”. Napisała skargę do PZPN-u, który za karę zawiesił nasze boisko do końca sezonu. Wtedy musieliśmy wynajmować boisko od innych drużyn oczywiście nie za darmo. Na szczęście do końca sezonu nie było daleko.    

piątek, 22 maja 2015

Wielka promocja

Wszelkiego rodzaju święta to idealny czas na różne promocje i to nie tylko w sklepach z prezentami. Wszystkie prześcigają się w pomysłach, obniżka cen ( najbardziej popularna) albo wielka wyprzedaż z okazji… W sumie to to samo ale jak brzmi: wielka wyprzedaż. Jednak największe pole do popisu jeśli chodzi o przyciągnięcie uwagi klienta mają sklepy na przykład z zabawkami. Sposoby są bardzo różne. Jak zwykle obniżka cen pomaga ale to nic oryginalnego. Każdy tak może, prawda? Wymyślić coś nowego a zarazem skutecznego to już jest sztuka. Najlepszym przykładem, że takie „coś nowego” jest możliwe jest sklep z zabawkami niedaleko gospodarstwa mojego brata. Jak niektórzy z Was może pamiętają mieszka on pod Poznaniem. Otóż właściciel tego sklepu jest wielkim fanem kina. Nie przepuszcza żadnej premiery w kinie. Właśnie fabuła jednego z filmów podsunęła mu pomysł. Nie podam tytułu bo można byłoby to uznać za reklamę, ale akcja działa się właśnie w środowisku zabawek. Fabryki, sklepy i tak dalej. Teraz o samej promocji. Człowiek podszedł do reklamy z dużym rozmachem, wzdłuż drogi są wielkie plakaty ze szczegółami i oczywiście zdjęciami i adresem sklepu. Wszystkie tablice ogłoszeń tak samo. Ale najważniejsze informacje podane są dopiero po dotarciu na miejsce. W największym oknie jest umieszczona tablica na której można przeczytać, że przez miesiąc poprzedzający 1 czerwca czyli Dzień Dziecka wszystkimi dostępnymi w sklepie zabawkami przed zakupem dzieci mogą się chwilę pobawić. Dotyczyło to tylko rzeczy, które nie były zapakowane. Puzzle i gry planszowe nie były objęte promocją z wiadomych względów. Ludzie mówią, że z filmów nie można się niczego nauczyć. A tu proszę. Na tydzień przed terminem zakończenia promocja cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Dzieci wchodzące do tego sklepu bardzo rzadko wychodzą bez przynajmniej jednej reklamówki zabawek. Niekiedy nie można było w ogóle wejść do sklepu. Jak tak dalej pójdzie to właściciel będzie chyba musiał rozbudować sklep. Przeżyłam już „kilka” dni dziecka, ale nigdy nie widziałam takiej promocji. Jak widać: jak się chce to się da.

środa, 20 maja 2015

Przygotowania do święta

Jak już pisałam, w marcu dotychczasowy sołtys został wybrany na drugą kadencję. O jego zasługach nie ma co pisać drugi raz, chociaż na każdą pochwałę zasłużył w 100% i to nie tylko dlatego, że to mój sąsiad. Jego największym sukcesem jak do tej pory jest święto obchodzone na początku wakacji: Dzień Jagody. Ale to też już wiecie. O tegorocznych obchodach może też coś napiszę, jak wydarzy się coś ciekawego co z naszym sołtysem można uznać za bardzo prawdopodobne. Jednak dziś przedstawię Wam jak duże zamieszanie może wyniknąć gdy kila osób bierze się za przygotowanie jednej imprezy. Na pierwszym zebraniu rady sołeckiej ustalany jest termin i miejsce uroczystości. Mamy trzy do wyboru plac koło domu kultury, boisko sportowe albo parking obok kościoła, też duży. Miejsce jest ważne, ponieważ w zależności od niego inaczej jest przygotowany przebieg. Na stadionie trzeba zbudować scenę dla zespołów muzycznych a przy domu kultury i przy kościele nie. Natura zrobiła to sama. Zaraz na początku potwierdza się powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Podejścia były trzy w zależności od zajmowanego stanowiska. Skarbnik żeby było jak najtaniej. Sołtys mówił, że stać nas na imprezę z pompą jak co roku. A przewodniczący jak zwykle nie opowiedział się po żadnej ze stron i chciał tanio i dobrze. Następna sprawa to sam przebieg. I znowu każdy miał swoją wizję. Najbardziej oryginalnym pomysłem było wykorzystanie różnych zabawek i gier planszowych w konkursach dla dzieci, niestety to nie przeszło. Ustalono, że gry towarzyskie wystarczą. Zebrania rady są otwarte dla wszystkich chętnych i każdy mógł zaproponować coś od siebie, oczywiście z sensem. Więc pojawił się wniosek żeby w tym roku całą imprezę urządzić na terenie basenu bo przecież tam też jest duży plac. Niestety już kilka lat temu rozważano taki pomysł, ale właściciele basenu się nie zgodzili. To wszystko działo się na pierwszym zebraniu. Zobaczymy co będzie na następnym, które odbędzie się w przyszłym tygodniu. Też się wybieram.

poniedziałek, 18 maja 2015

Powrót do domu

Najpierw trzeba wyjaśnić kto, skąd i kiedy wracał. Ale od początku. Miesiąc temu moja wnuczka przyniosła ze szkoły wiadomość o możliwości wyjazdu na dwa tygodnie na zieloną szkołę nad morze. No i się zaczęło. Każda rozmowa nie tylko z nami, ale i między sobą, dotyczyła tego wyjazdu. Nie liczyło się nic poza tym jednym wydarzeniem ani zabawy, ani szkoła. Nic. Przygotowania to było istne szaleństwo. Wszystko trzeba było kupić nowe. Od ubrań po zabawki. Każdy mógł wziąć jedną ulubioną. Nowa a już ulubiona. Ciekawe prawda? Dalej. Tydzień przed wyjazdem nauczycielka kazała przygotować listę rzeczy, które zostaną zapakowane do walizki, oczywiście też nowej. Każda, nawet najdrobniejsza rzecz musiała być dokładnie opisana. Kolor, kształt, wzorek i cała reszta. Cztery kartki formatu A4. Dzień wyjazdu. O 7 rano wszystkie dzieci miały się stawić wraz z rodzicami koło szkoły gdzie zostały policzone i wpuszczone do autokaru wcześniej sprawdzonego przez policję. Trochę głupio powiedzieć, ale wreszcie pojechali. Czas przejazdu wyliczono na 11 godzin. Dwa krótkie postoje na posiłek i jeden dłuższy na obiad w restauracji pod Warszawą. Około dwudziestej dojechali na miejsce. Na drugi dzień na pierwszym, nazwijmy to apelu, przedstawiono krótki regulamin. Jeden punkt dotyczył korzystania z telefonów. Jedną godzinę po obiedzie można było zadzwonić do domu, albo gdzie kto chciał. I tak każdego dnia. Regulamin, zasady to dzieciom nie pasowało najbardziej dlatego drugi tydzień to był czas oczekiwania na powrót do domu. Nadszedł czas powrotu. Idealnie zgrana grupa bardzo szybko i sprawnie zajęła miejsca w autobusie i po kwadransie wszyscy byli gotowi do wyjazdu. I znów dwa krótkie postoje i jeden długi na obiad. W czasie jazdy nauczycielka próbowała rozpocząć jakieś gry towarzyskie albo śpiewanie piosenki, ale nie udało się. Wszystkie dzieci, z nosami przyklejonymi do szyb wypatrywało znajomych okolic. Godzina 16. Jest!!! Nareszcie znajome nazwy miejscowości. Nareszcie w domu. Rodzice już czekali na swoje pociechy, które zapytane o wrażenia jakoś bez przekonanie powiedziały, że było fajnie. Później, rozmawiając z rodzicami innych dzieci, dowiedziałam się, że nie pojechały by jeszcze raz ale nie powiedziały dlaczego. Dyscyplina i zasady. Oto dlaczego.

środa, 13 maja 2015

Szczęście w nieszczęściu

Długi weekend, piękna sprawa. W tym roku nawet dziewięć dni. Było ciepło więc wybraliśmy się całą rodziną z wizytą do mojego brata. Mieszka w małej wiosce koło Poznania i prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. Wszystko było zaplanowane. Dziwny zbieg okoliczności sprawił, że nie poszło zgodnie z tym planem. Można powiedzieć: szczęście w nieszczęściu. Ale o tym za chwilę. Wyruszyliśmy. Na początku jechało się dobrze, żadnych korków ani większych utrudnień. Po przekroczeniu granicy województwa co jakiś czas mijaliśmy bardzo duże plakaty z reklamą turnieju gier towarzyskich, który odbywał się w w jednym z hoteli w najbliższym mieście. Lepiej nie pisać jakim. Pierwszy pech dopadł nas na stacji benzynowej po tankowaniu auto nie chciało ruszyć. Kierowcy czekający w kolejce zaczęli się trochę awanturować i pomogli zepchnąć auto na pobliski parking. Auto trafiło do warsztatu a my do hotelu oczywiście tego z turniejem. Jak się później okazało pojęcie gry towarzyskie to bardzo szerokie pojęcie, ponieważ tą grą była ruletka. Mój mąż, mimo naszych protestów, zgłosił swój udział. Kosztowało nas to tysiąc złotych bo tyle trzeba było wpłacić na wejście. To był drugi pech. Do tego jeszcze pięć stów za naprawę auta. Żeby było jeszcze ciekawiej to na drugi dzień odkryliśmy brak jednej walizki, niestety najważniejszej przynajmniej dla dzieci. Dlaczego? W tej walizce były wszystkie zabawki jakie zapakowały. Na szczęście została w domu. Ktoś zapomniał włożyć ją do bagażnika. Dwa dni później ruszyliśmy w dalszą drogę. Niestety na miejscu okazało się, że między bratem Adamem, tak to ten od pociągów, a jego sąsiadem stale dochodzi do awantur z powodu wczasowiczów, którzy wynajmują pokoje. Powodami kłótni były najczęściej sprawy błahe jak dzieci biegające przy rzece, albo hałas w ciągu dnia. Między Adamem a jego żoną dochodziło do nazwijmy to sprzeczek. My trafiliśmy na jedną z nich. Chodziło o wezwanie policji czy coś takiego. Można powiedzieć, że prawdziwym nieszczęściem było to co działo się tutaj a nie nasza strata pieniędzy. Zgoda jest warta dużo więcej.  

poniedziałek, 11 maja 2015

Wielkie zamieszanie

Witajcie po krótkiej przerwie. Budowa nowej kanalizacji. Nie jest to może jakieś szczególnie ważne wydarzenie, ale może wprowadzić w życie małej miejscowości wielkie zamieszanie. Tak właśnie jest u nas. O zamiarach budowy było wiadomo już w zeszłym roku, ale dopiero dwa miesiące temu roboty się zaczęły. Na początku były robione pomiary, rysowane jakieś linie na asfalcie i w końcu rozkopywane chodniki. Widać było, że znali się na swojej robocie. Ale najgorsze było dopiero przed nami. Wszyscy wiedzieli co oznacza budowa kanalizacji: rozkopane drogi i trudności w poruszaniu się. Tu zastawione przejście a tam zakaz przejścia. Któregoś dnia na tablicy ogłoszeń zobaczyłam kartkę z której wynikało, że cała ulica zostaje zamknięta dla ruchu z powodu budowy. Na szczęście nie mam samochodu. Posiadacze nie byli zachwyceni bo wielu z nich garaże mają daleko od domu i to na dodatek po drugiej stronie ulicy, więc dostanie się do niego zajmowało trochę czasu. Trzeba było chodzić naokoło. Na szczęście w naszej miejscowości są dwie ulice. Przez środek drogi został wykopany głęboki rów, w którym były układane rury. Wyglądało to bardzo ciekawie kawałek po kawałku, jedna część do drugiej jak puzzle. Taka „zabawa” trwała przez półtora miesiąca. Rów zasypano, ale asfaltu na razie nie ma. Nie wiem dlaczego, ale tym ostatnim zajmuje się inna firma. Kiedyś, gdy szłam do sklepu usłyszałam rozmowę dwóch pracowników kładących rury. Rozmawiali o zakończeniu budowy jeden z nich zaczął się śmiać i powiedział, że to już koniec, zabierają zabawki i wracają do domu. Mam nadzieję, że nowy asfalt będzie równie szybko jak kanalizacja. W sąsiedniej miejscowości budowa trwała dwa lata. Drogę zamknięto zaraz na początku, autobus dojeżdżał do znaku i zawracał. Mieszkańcy musieli chodzić pieszo. Ci którzy mieli blisko jeszcze jakoś to znosili, ale inni od razu złożyli do dyrekcji MPK prośbę o jakikolwiek transport po miejscowości. Mieli mały autobus, który tam jeździł i jakoś to przetrwali. Na szczęście u nas nie było takiej potrzeby, transport działał bez zarzutu. Oby tak dalej.