Jak kiedyś pisałam
jedna z moich wnuczek była na zielonej szkole nad morzem. Po
powrocie była szczęśliwa, że już jest w domu. Wszystkie dzieci
były szczęśliwe. Dopiero później opowiadały dlaczego. Ale to
też już wiecie. Pierwszego dnia nauczycielka zadała wypracowanie:
Zielona szkoła , plusy i minusy. Prace były różne. Prawie wszyscy
pisali, że w zasadzie było wszystko dobrze. Wycieczki, gry
towarzyskie dla dzieci w wolnym czasie, a kiedy padał deszcz
układali puzzle i oglądali telewizję. Ciekawe, że w domu mówiły
zupełnie coś innego. Nie wiadomo co było prawdą, ale mnie się
wydaje, że następnym razem żadne dziecko nie pojechałoby na
zieloną szkołę ze względu na regulamin i zasady wprowadzone przez
dyrektora. Cały czas powtarzały, że byłoby dużo fajniej gdyby
była sama wychowawczyni. Jedna praca była inna niż wszystkie. Na
wywiadówce nauczycielka przeczytała to wypracowanie, ale nie
powiedziała kto je napisał. Po odczytaniu go wszyscy zastanawiali
się jak w dzisiejszych czasach i niechęci do wszelkiego rodzaju
zasad można było napisać coś takiego. Wypracowanie zaczynało się
tak jak cała reszta. Kto, kiedy i gdzie był na zielonej szkole,
trochę o pogodzie. Więcej poświęcono na opis miejsca to znaczy
okolicy i ośrodka w który stał się ich domem na dwa tygodnie. I
teraz praca zaczęła się różnić od reszty. Nie przytoczę tego
dokładnie, ale ten fragment zapamiętałam. Więc tak: po
przyjeździe na miejsce już czekała na nas kolacja po której było
krótkie spotkanie i rozmieszczenie w pokojach. Następnego dnia po
śniadaniu na apelu dyrektor przedstawił zasady obowiązujące przez
cały czas pobytu. Potem odczytano regulamin ośrodka pokrywający
się z tym co mówił dyrektor. Proste do zapamiętania i do
przestrzegania. Potem był opis poszczególnych punktów, a na koniec
krótkie podsumowanie: Przez całe dwa tygodnie postępowanie według
tego regulaminu było naszym obowiązkiem z którego niektórzy się
wywiązywali a niektórzy nie. Gdyby wszyscy to robili byłoby
wspaniale. Gdy nauczycielka skończyła czytać przez długi czas
nikt nic nie powiedział. Ciekawe dlaczego.
wtorek, 26 maja 2015
poniedziałek, 25 maja 2015
Mecz piłki nożnej
Czy mecz piłki
nożnej można nazwać grą towarzyską? I tak i nie. Wszystko zależy
od podejścia. Z jednej strony można. Dwadzieścia dwie osoby
biegają za piłką. W skład naszej drużyny juniorów wchodzą
osoby między 15 a 17 rokiem życia. Mecze rozgrywane są raz w
tygodniu w sobotę raz na naszym boisku a raz na wyjeździe. Ale to
wiedzą wszyscy zainteresowani. Mecze są spokojne, miła atmosfera i
dużo młodzieży na trybunach z obu drużyn. Nikt nie wyzywa nikogo,
kibice zajęci są meczem a nie wszczynaniem bójek. Po meczu jest
podobnie. Bez względu na wynik kibice rozjeżdżają się do domów
oczekując na rewanż. Inaczej jest gdy na boisko wychodzą drużyny
seniorów. Przedział wiekowy to 20 do nawet 40 lat. Tu już nie jest
tak różowo. Nasza drużyna nigdy nie lubiła się z sąsiadami.
Chodzi mi również o kibiców, a właściwie głównie o nich. Był
taki czas, że na nasze mecze przyjeżdżała policja z psami. Przez
cały mecz to z trybun „leciały” takie obelgi, że uszy więdły.
Przed bramą każdy wchodzący kibic był przeszukiwany przez policję
i musiał oddać wszelkie nazwijmy to „zabawki”. Najgorzej z
wszystkich miał sędzia. Jaką decyzję by nie podjął był
wyzywany albo przez jednych albo drugich. Na jednym z meczów kibice
po prostu przesadzili. Jako sędzia główny na boisku pojawiła się
dziewczyna około dwudziestoletnia. Na początku wszystko szło w
miarę dobrze. Wyzwisk było mało, ale kibice byli jeszcze trzeźwi.
Niestety na mecz można było, z podkreśleniem na było, wnieść
piwo. Po około pół godziny gry sytuacja się zmieniła. Teraz już
nikt nie przebierał w słowach. Doprowadziło to do tego, że druga
połowa zaczęła się z dużym opóźnieniem, bo trzeba było
powołać nowego sędziego. Jak się później okazało po
zakończeniu pierwszej połowy pani sędzia oznajmiła, że i tu
cytat „przy takiej hołocie sędziować nie będzie”. Napisała
skargę do PZPN-u, który za karę zawiesił nasze boisko do końca
sezonu. Wtedy musieliśmy wynajmować boisko od innych drużyn
oczywiście nie za darmo. Na szczęście do końca sezonu nie było
daleko.
piątek, 22 maja 2015
Wielka promocja
Wszelkiego rodzaju
święta to idealny czas na różne promocje i to nie tylko w
sklepach z prezentami. Wszystkie prześcigają się w pomysłach,
obniżka cen ( najbardziej popularna) albo wielka wyprzedaż z
okazji… W sumie to to samo ale jak brzmi: wielka wyprzedaż.
Jednak największe pole do popisu jeśli chodzi o przyciągnięcie
uwagi klienta mają sklepy na przykład z zabawkami. Sposoby są
bardzo różne. Jak zwykle obniżka cen pomaga ale to nic
oryginalnego. Każdy tak może, prawda? Wymyślić coś nowego a
zarazem skutecznego to już jest sztuka. Najlepszym przykładem, że
takie „coś nowego” jest możliwe jest sklep z zabawkami
niedaleko gospodarstwa mojego brata. Jak niektórzy z Was może
pamiętają mieszka on pod Poznaniem. Otóż właściciel tego sklepu
jest wielkim fanem kina. Nie przepuszcza żadnej premiery w kinie.
Właśnie fabuła jednego z filmów podsunęła mu pomysł. Nie podam
tytułu bo można byłoby to uznać za reklamę, ale akcja działa
się właśnie w środowisku zabawek. Fabryki, sklepy i tak dalej.
Teraz o samej promocji. Człowiek podszedł do reklamy z dużym
rozmachem, wzdłuż drogi są wielkie plakaty ze szczegółami i
oczywiście zdjęciami i adresem sklepu. Wszystkie tablice ogłoszeń
tak samo. Ale najważniejsze informacje podane są dopiero po
dotarciu na miejsce. W największym oknie jest umieszczona tablica na
której można przeczytać, że przez miesiąc poprzedzający 1
czerwca czyli Dzień Dziecka wszystkimi dostępnymi w sklepie
zabawkami przed zakupem dzieci mogą się chwilę pobawić. Dotyczyło
to tylko rzeczy, które nie były zapakowane. Puzzle i gry planszowe
nie były objęte promocją z wiadomych względów. Ludzie mówią,
że z filmów nie można się niczego nauczyć. A tu proszę. Na
tydzień przed terminem zakończenia promocja cieszy się ogromnym
zainteresowaniem. Dzieci wchodzące do tego sklepu bardzo rzadko
wychodzą bez przynajmniej jednej reklamówki zabawek. Niekiedy nie
można było w ogóle wejść do sklepu. Jak tak dalej pójdzie to
właściciel będzie chyba musiał rozbudować sklep. Przeżyłam już
„kilka” dni dziecka, ale nigdy nie widziałam takiej promocji.
Jak widać: jak się chce to się da.
środa, 20 maja 2015
Przygotowania do święta
Jak już pisałam, w
marcu dotychczasowy sołtys został wybrany na drugą kadencję. O
jego zasługach nie ma co pisać drugi raz, chociaż na każdą
pochwałę zasłużył w 100% i to nie tylko dlatego, że to mój
sąsiad. Jego największym sukcesem jak do tej pory jest święto
obchodzone na początku wakacji: Dzień Jagody. Ale to też już
wiecie. O tegorocznych obchodach może też coś napiszę, jak
wydarzy się coś ciekawego co z naszym sołtysem można uznać za
bardzo prawdopodobne. Jednak dziś przedstawię Wam jak duże
zamieszanie może wyniknąć gdy kila osób bierze się za
przygotowanie jednej imprezy. Na pierwszym zebraniu rady sołeckiej
ustalany jest termin i miejsce uroczystości. Mamy trzy do wyboru
plac koło domu kultury, boisko sportowe albo parking obok kościoła,
też duży. Miejsce jest ważne, ponieważ w zależności od niego
inaczej jest przygotowany przebieg. Na stadionie trzeba zbudować
scenę dla zespołów muzycznych a przy domu kultury i przy kościele
nie. Natura zrobiła to sama. Zaraz na początku potwierdza się
powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Podejścia
były trzy w zależności od zajmowanego stanowiska. Skarbnik żeby
było jak najtaniej. Sołtys mówił, że stać nas na imprezę z
pompą jak co roku. A przewodniczący jak zwykle nie opowiedział się
po żadnej ze stron i chciał tanio i dobrze. Następna sprawa to sam
przebieg. I znowu każdy miał swoją wizję. Najbardziej oryginalnym
pomysłem było wykorzystanie różnych zabawek i gier planszowych w
konkursach dla dzieci, niestety to nie przeszło. Ustalono, że gry
towarzyskie wystarczą. Zebrania rady są otwarte dla wszystkich
chętnych i każdy mógł zaproponować coś od siebie, oczywiście z
sensem. Więc pojawił się wniosek żeby w tym roku całą imprezę
urządzić na terenie basenu bo przecież tam też jest duży plac.
Niestety już kilka lat temu rozważano taki pomysł, ale właściciele
basenu się nie zgodzili. To wszystko działo się na pierwszym
zebraniu. Zobaczymy co będzie na następnym, które odbędzie się w
przyszłym tygodniu. Też się wybieram.
poniedziałek, 18 maja 2015
Powrót do domu
Najpierw trzeba
wyjaśnić kto, skąd i kiedy wracał. Ale od początku. Miesiąc
temu moja wnuczka przyniosła ze szkoły wiadomość o możliwości
wyjazdu na dwa tygodnie na zieloną szkołę nad morze. No i się
zaczęło. Każda rozmowa nie tylko z nami, ale i między sobą,
dotyczyła tego wyjazdu. Nie liczyło się nic poza tym jednym
wydarzeniem ani zabawy, ani szkoła. Nic. Przygotowania to było
istne szaleństwo. Wszystko trzeba było kupić nowe. Od ubrań po
zabawki. Każdy mógł wziąć jedną ulubioną. Nowa a już
ulubiona. Ciekawe prawda? Dalej. Tydzień przed wyjazdem nauczycielka
kazała przygotować listę rzeczy, które zostaną zapakowane do
walizki, oczywiście też nowej. Każda, nawet najdrobniejsza rzecz
musiała być dokładnie opisana. Kolor, kształt, wzorek i cała
reszta. Cztery kartki formatu A4. Dzień wyjazdu. O 7 rano wszystkie
dzieci miały się stawić wraz z rodzicami koło szkoły gdzie
zostały policzone i wpuszczone do autokaru wcześniej sprawdzonego
przez policję. Trochę głupio powiedzieć, ale wreszcie pojechali.
Czas przejazdu wyliczono na 11 godzin. Dwa krótkie postoje na
posiłek i jeden dłuższy na obiad w restauracji pod Warszawą.
Około dwudziestej dojechali na miejsce. Na drugi dzień na
pierwszym, nazwijmy to apelu, przedstawiono krótki regulamin. Jeden
punkt dotyczył korzystania z telefonów. Jedną godzinę po
obiedzie można było zadzwonić do domu, albo gdzie kto chciał. I
tak każdego dnia. Regulamin, zasady to dzieciom nie pasowało
najbardziej dlatego drugi tydzień to był czas oczekiwania na powrót
do domu. Nadszedł czas powrotu. Idealnie zgrana grupa bardzo szybko
i sprawnie zajęła miejsca w autobusie i po kwadransie wszyscy byli
gotowi do wyjazdu. I znów dwa krótkie postoje i jeden długi na
obiad. W czasie jazdy nauczycielka próbowała rozpocząć jakieś
gry towarzyskie albo śpiewanie piosenki, ale nie udało się.
Wszystkie dzieci, z nosami przyklejonymi do szyb wypatrywało
znajomych okolic. Godzina 16. Jest!!! Nareszcie znajome nazwy
miejscowości. Nareszcie w domu. Rodzice już czekali na swoje
pociechy, które zapytane o wrażenia jakoś bez przekonanie
powiedziały, że było fajnie. Później, rozmawiając z rodzicami
innych dzieci, dowiedziałam się, że nie pojechały by jeszcze raz
ale nie powiedziały dlaczego. Dyscyplina i zasady. Oto dlaczego.
środa, 13 maja 2015
Szczęście w nieszczęściu
Długi weekend,
piękna sprawa. W tym roku nawet dziewięć dni. Było ciepło więc
wybraliśmy się całą rodziną z wizytą do mojego brata. Mieszka
w małej wiosce koło Poznania i prowadzi gospodarstwo
agroturystyczne. Wszystko było zaplanowane. Dziwny zbieg
okoliczności sprawił, że nie poszło zgodnie z tym planem. Można
powiedzieć: szczęście w nieszczęściu. Ale o tym za chwilę.
Wyruszyliśmy. Na początku jechało się dobrze, żadnych korków
ani większych utrudnień. Po przekroczeniu granicy województwa co
jakiś czas mijaliśmy bardzo duże plakaty z reklamą turnieju gier
towarzyskich, który odbywał się w w jednym z hoteli w najbliższym
mieście. Lepiej nie pisać jakim. Pierwszy pech dopadł nas na
stacji benzynowej po tankowaniu auto nie chciało ruszyć. Kierowcy
czekający w kolejce zaczęli się trochę awanturować i pomogli
zepchnąć auto na pobliski parking. Auto trafiło do warsztatu a my
do hotelu oczywiście tego z turniejem. Jak się później okazało
pojęcie gry towarzyskie to bardzo szerokie pojęcie, ponieważ tą
grą była ruletka. Mój mąż, mimo naszych protestów, zgłosił
swój udział. Kosztowało nas to tysiąc złotych bo tyle trzeba
było wpłacić na wejście. To był drugi pech. Do tego jeszcze pięć
stów za naprawę auta. Żeby było jeszcze ciekawiej to na drugi
dzień odkryliśmy brak jednej walizki, niestety najważniejszej
przynajmniej dla dzieci. Dlaczego? W tej walizce były wszystkie
zabawki jakie zapakowały. Na szczęście została w domu. Ktoś
zapomniał włożyć ją do bagażnika. Dwa dni później ruszyliśmy
w dalszą drogę. Niestety na miejscu okazało się, że między
bratem Adamem, tak to ten od pociągów, a jego sąsiadem stale
dochodzi do awantur z powodu wczasowiczów, którzy wynajmują
pokoje. Powodami kłótni były najczęściej sprawy błahe jak
dzieci biegające przy rzece, albo hałas w ciągu dnia. Między
Adamem a jego żoną dochodziło do nazwijmy to sprzeczek. My
trafiliśmy na jedną z nich. Chodziło o wezwanie policji czy coś
takiego. Można powiedzieć, że prawdziwym nieszczęściem było to
co działo się tutaj a nie nasza strata pieniędzy. Zgoda jest warta
dużo więcej.
poniedziałek, 11 maja 2015
Wielkie zamieszanie
Witajcie po krótkiej
przerwie. Budowa nowej kanalizacji. Nie jest to może jakieś
szczególnie ważne wydarzenie, ale może wprowadzić w życie małej
miejscowości wielkie zamieszanie. Tak właśnie jest u nas. O
zamiarach budowy było wiadomo już w zeszłym roku, ale dopiero dwa
miesiące temu roboty się zaczęły. Na początku były robione
pomiary, rysowane jakieś linie na asfalcie i w końcu rozkopywane
chodniki. Widać było, że znali się na swojej robocie. Ale
najgorsze było dopiero przed nami. Wszyscy wiedzieli co oznacza
budowa kanalizacji: rozkopane drogi i trudności w poruszaniu się.
Tu zastawione przejście a tam zakaz przejścia. Któregoś dnia na
tablicy ogłoszeń zobaczyłam kartkę z której wynikało, że cała
ulica zostaje zamknięta dla ruchu z powodu budowy. Na szczęście
nie mam samochodu. Posiadacze nie byli zachwyceni bo wielu z nich
garaże mają daleko od domu i to na dodatek po drugiej stronie
ulicy, więc dostanie się do niego zajmowało trochę czasu. Trzeba
było chodzić naokoło. Na szczęście w naszej miejscowości są
dwie ulice. Przez środek drogi został wykopany głęboki rów, w
którym były układane rury. Wyglądało to bardzo ciekawie kawałek
po kawałku, jedna część do drugiej jak puzzle. Taka „zabawa”
trwała przez półtora miesiąca. Rów zasypano, ale asfaltu na
razie nie ma. Nie wiem dlaczego, ale tym ostatnim zajmuje się inna
firma. Kiedyś, gdy szłam do sklepu usłyszałam rozmowę dwóch
pracowników kładących rury. Rozmawiali o zakończeniu budowy
jeden z nich zaczął się śmiać i powiedział, że to już koniec,
zabierają zabawki i wracają do domu. Mam nadzieję, że nowy asfalt
będzie równie szybko jak kanalizacja. W sąsiedniej miejscowości
budowa trwała dwa lata. Drogę zamknięto zaraz na początku,
autobus dojeżdżał do znaku i zawracał. Mieszkańcy musieli
chodzić pieszo. Ci którzy mieli blisko jeszcze jakoś to znosili,
ale inni od razu złożyli do dyrekcji MPK prośbę o jakikolwiek
transport po miejscowości. Mieli mały autobus, który tam jeździł
i jakoś to przetrwali. Na szczęście u nas nie było takiej
potrzeby, transport działał bez zarzutu. Oby tak dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)