piątek, 27 października 2017

Choinka na wystawie

W sklepach powoli zaczynają pojawiać się choinki. Pogoda jest taka, że na wystawach powinny pojawić się parasole, ale na to nie mamy wpływu. Od rodziców koleżanek Ani i Agnieszki dowiedziałam się, że skoro choinki się pojawiły, czas zacząć pisać listy do Świętego Mikołaja. Nie, żeby jakieś dziecko wierzyło w świętego, ale tradycja nakazuje, to wszyscy piszą. Każdy sklep chce być pierwszy. Im wcześniej reklamy świąteczne pojawią się w oknach wystawowych, tym większe szanse na sprzedaż towarów. Fakt, że często są to rzeczy dostępne przez cały rok, ale gdy przy cenie znajdzie się jakaś ozdoba świąteczna, to już nie to samo. Dzieci piszą listy, więc rodzice i dziadkowie muszą zacząć rozglądać się za prezentami. Co kupić w tym roku. Oczywiście nie kupimy ich już teraz, ale warto rozeznać się w obowiązującej modzie i cenach, jakie za takie przyjemności przyjdzie nam zapłacić. Jak każdego roku, kupienie prezentu dla najmłodszej dwójki naszych wnuków nie będzie problemem, przecież przez cały rok obserwowaliśmy czym lubią się bawić, to w przypadku Ani i Agnieszki trzeba będzie się bardziej postarać. Ostatnio pisałam o przyjęciu urodzinowym. Zauważyłam, że jeden z prezentów jakie otrzymała solenizantka, zestaw „Fisher Price- gra piotruś” bardzo się naszym maluchom spodobał. Może u nas będzie to jeden z prezentów. Ponieważ Ania i Agnieszka, mimo że mają dopiero po 12 lat, wiele rzeczy uważają za zbyt dziecinne dla nich, to z zestawów „Wrotkarski zestaw Make -up Soy Luna” będą zadowolone. Myślę, że wolałyby jakieś kosmetyki dla dorosłych, ale jak to mówią, od czegoś trzeba zacząć. To są tylko wstępne pomysły, a w miarę zbliżania się 6 grudnia oferty sklepów będą coraz większe i ciekawsze, wszystko może się zmienić. Rzecz jasna przy wyborze prezentów będą się też liczyły listy napisane przez dzieci, ale znając nasze wnuki nie muszę się martwić, że będą to życzenia, których nie uda się spełnić.

wtorek, 24 października 2017

Niezwykłe przeżycie

Urodziny najmłodszej wnuczki to dla babci ogromne przeżycie, zwłaszcza gdy to ona organizuje przyjęcie. Warto wspomnieć, że wnuczka ma trzy lata. Rodzice solenizantki chcieli powierzyć to zadanie zewnętrznej firmie. Z tego powodu wybuchła pierwsza, wielka awantura. Nie raz opisywałam takie przyjęcia. Wiele z nich kończyła się katastrofą. Jak mówią reklamy, każde przyjęcie jest zaplanowane od początku do końca i zawsze się udaje. W praktyce wyglądało to trochę inaczej. Żeby ktoś nie pomyślał, że żadna z firm nie potrafi zorganizować przyjęcia, nie. W naszej okolicy są dwie takie firmy, a właściwie były dwie. Po jednym z przyjęć, które nie zdążyło się nawet rozpocząć, jedna z firm musiała zrezygnować z działalności. Przyjęcie było zaplanowane na słoneczny dzień, w końcu nie padało od prawie tygodnia, i nagle niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz. Nikt nie był na to przygotowany, z wyjątkiem rodziców i to oni uratowali przyjęcie. Druga awantura wybuchła u nas w domu. Chodziło o prezent. Przypomnę, że solenizantka ma trzy lata. Moja genialna córka chciała na prezent kupić „Wrotkarski zestaw Make -up Soy Luna” Ludzie, zestaw make – up dla trzyletniego dziecka? Kłóciłyśmy się o to prawie dwie godziny. Jak się później okazało, ktoś wpadł na taki sam pomysł. W końcu dała się przekonać. Fakt, że nie odzywała się do mnie przez cały dzień, ale rano jej przeszło. Razem wybrałyśmy się na zakupy. Odwiedziłyśmy chyba wszystkie sklepy z zabawkami w okolicy. Kupiłyśmy kilka rzeczy, między innymi zestaw kart „Fisher Price- gra piotruś” Wszystkie dzieci znają tę grę. I jestem pewna, że nie tylko dzieci. Kategoria wiekowa +3, więc idealnie się nadawał na prezent. Oczywiście były też zakupy dla naszych dzieci. Na wszelki wypadek gdyby odkryły gdzie i co kupiłyśmy. Przyjęcie się udało, wszyscy byli zadowoleni, a szczególnie solenizantka. 

piątek, 20 października 2017

Co ja wyrabiam

Wczoraj po południu miałam gości. Ktoś powie, goście jak goście. Czym się tu ekscytować. Może i tak, ale cel ich wizyty był ekscytujący. Ale od początku. Jak pamiętacie, w sobotę miałam przyjemność pomagać Agnieszce i Marcie w lekcjach. W połowie nauki doszła jeszcze jedna koleżanka. Uczyłyśmy się historii wykorzystując do tego celu przygotowane przez dziewczynki karty. Przygotowywałyśmy się do zapowiedzianego na wczoraj sprawdzianu. Nauczyciel zmienił zdanie i przełożył go na poniedziałek. W zamian wszyscy uczniowie zostali wezwani do odpowiedzi. Każda z moich uczennic otrzymała ocenę dobrą z plusem. I tu dochodzimy do wspomnianych odwiedzin. Odwiedziły mnie mamy koleżanek Agnieszki. Jako dobra gospodyni zaprosiłam je do środka, przygotowałam poczęstunek i wtedy się zaczęło. Mamy zaczęły opowiadać o powrocie swoich córek do domu w sobotę wieczorem. Mimo tłumaczenia, nie mogły zrozumieć w jaki sposób dziewczynki uczyły się do sprawdzianu. Całe wyjaśnienia zakończyły się słowami „zobaczymy co z tego wyniknie” Wczoraj okazało się, że oceny jakie ich córki otrzymały, były jak do tej pory najlepsze. Czwórka z historii to niesamowity wyczyn, a w domu jeszcze większym wyczynem było zmuszenie ich do nauki. W sobotę wieczorem dziewczynki wróciły do domu ucieszone jak po najlepszej imprezie. Nikt z domowników nie mógł uwierzyć, że wracają po kilkugodzinnej nauce. Po powrocie córek ze szkoły z wiadomościami o otrzymanych ocenach mamy uznały, że muszą dowiedzieć się kto i w jaki sposób przygotował ich dzieci do sprawdzianu. I tak trafiły do mnie prawie z pretensjami, co ja wyrabiam z ich dziećmi. Opowiedziałam o rozgrywce w „Anty-monopoly” i kartach. Na początku nie bardzo mi wierzyły. Pokazałam karty i sposób ich wykorzystania, ale widziałam po ich twarzach, że i to nie pomogło. Ponieważ z dziewczynkami umówiłam się na następne spotkanie, tym razem w sprawie przyrody, obiecałam, o ile ich córki się zgodzą, że będą mogły obserwować co i jak robimy. Może, gdy zobaczą na własne oczy, wtedy uwierzą.

środa, 18 października 2017

Złodzieje

W szkole widziałam już różne rzeczy, ale o szajce złodziei słyszę pierwszy raz. Jakiś tydzień temu dzieciom zaczęły ginąć najpierw długopisy, piórniki i inne drobne przybory. Agnieszka przyszła któregoś dnia ze szkoły i oznajmiła, że ktoś ukradł jej piórnik. Na pewno zgubiła i żebyśmy nie robili awantury jaka to ona jest nieuważna, powiedziała o kradzieży. Tak pomyśleliśmy. Później dowiedzieliśmy się od innych rodziców, że ich dzieciom przytrafiło się coś podobnego. W końcu zaczęły ginąć plecaki. Dyrektor szkoły zawiadomił policję i kilka dni później złodzieje zostali złapani. Co z tego, jak skradzionych przedmiotów nie udało się odzyskać. Trzeba było udać się do sklepu po nowe. Jak już nie raz pisałam, na zakupy zawsze udajemy się całą rodziną. Jednak tym razem nie było czasu na całodzienne chodzenie po sklepach. Jednak co zrobić, żeby wszyscy oprócz Agnieszki zostali w domu. Ania zgodziła się od razu, z dwójką najmłodszych było gorzej. Nie wiadomo skąd, ale od razu wiedziały, że ich siostra wybiera się na zakupy. Potrzebowaliśmy czegoś, co odwróci ich uwagę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze mam na takie okazje przygotowane różne rzeczy. Gry, puzzle albo inne zabawki. Tym razem też miałam. Parę tygodni temu jeden ze sprzedawców przygotował w swoim sklepie prezentację nowych produktów. Zaciekawiły mnie dwa z nich. Zestawy edukacyjne „1,2,3 liczysz Ty!” i „A,B,C czytać chcę” Są to zestawy składające się z kolorowych klocków, na których z jednej strony są literki lub cyfry, a z drugiej kolorowe obrazki i słowa. Trzeba było jeszcze znaleźć kogoś, kto zaopiekowałby się maluchami pod naszą nieobecność. Na ochotnika zgłosił się dziadek. Dziwiliśmy się trochę, ponieważ nigdy nie spieszył się do takich zadań. Skoro sam zaoferował pomoc, to nie mogłyśmy się nie zgodzić. Dzieci zaczęły układać klocki, a my mogłyśmy w spokoju opuścić dom. Kupiłyśmy co było trzeba. Po powrocie zastałyśmy ciekawą sytuację. Dziadek razem z dziećmi siedział na podłodze i razem układali klocki. Widać było, że dobrze się bawią.

poniedziałek, 16 października 2017

Marzenie z dzieciństwa

Witajcie. Stało się to, czego się obawiałam. Pamiętacie, jak pomagałam Agnieszce i jej koleżance Marcie w nauce? W największym skrócie było to tak: Nauczyciel historii zapowiedział sprawdzian. Prawie całej klasie nie poszedł on najlepiej, więc wszyscy mieli możliwość poprawy oceny. Agnieszka poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniu się do odpowiedzi. Zgodziłam się. Jak można się domyślić od razu powiedziała swojej koleżance kto jej pomagał. Na drugi dzień pomagałam już im obydwóm. Na wszelki wypadek poprosiłam je, aby nikomu nie mówiły o tym fakcie. Niestety takich rzeczy nie ukryje się zbyt długo. Dziewczynki miały przyjść do mnie rano i miałyśmy uczyć się o rozbiorach Polski. Zanim zaczęłyśmy, rozegrałyśmy kilka rundek w „Anty – monopoly” tak dla oczyszczenia umysłów. Pech chciał, że gdy rozpoczęłyśmy naukę, do drzwi zapukała koleżanka Agnieszki. Otworzył dziadek i zanim zdążyłyśmy zareagować była już w środku. Wszystko się wydało. Między koleżankami wybuchła awantura. Wyjaśniłam, że to ja prosiłam, aby nikomu nie mówiły. Co było robić? Zaprosiłam również ją do wspólnej nauki. Przyznam się bez bicia, że gdy byłam mała, moim marzeniem było zostać nauczycielką. Zawsze podobał mi się ten zawód. Jednak życie ułożyło mi się trochę inaczej. Ale jak widać nawet na stare lata można realizować marzenia z dzieciństwa. Nauka zajęła nam prawie całe popołudnie. Zauważyłam, że jak prawie wszystkie dzieci, dziewczynki są zdolne, ale trochę leniwe i na pewno brakuje im motywacji. Zaczęłyśmy grać w karty. Nawet nie zauważyły, że celem gry było zdobycie wiedzy na temat rozbiorów Polski. Żeby było jeszcze ciekawiej cały zestaw kart zrobiły same. Jakie będą skutki takiej nauki zobaczymy już jutro. Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się oszukać ich wewnętrznego lenia i taki sposób nauki przyniesie zamierzony efekt. Gdy pod koniec dnia sprawdziłam ich wiadomości, znały odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Wszystko okaże się już jutro.

środa, 11 października 2017

Nauczycielka

 Jak pisałam, pomagałam Agnieszce w nauce historii. Okazało się, że dobrze wywiązałam się z tego zadania, bo dziś wezwano ją do odpowiedzi i dostała czwórkę. Jej koleżankom nie poszło tak dobrze. Po szkole Agnieszka opowiedziała nam jak to wyglądało. Przed lekcją miała ochotę sama zgłosić się do odpowiedzi. Namawialiśmy ją na to, ale w końcu stchórzyła. Mówiła, że gdyby się zgłosiła sama, a nie znała odpowiedzi na jakieś pytanie, wtedy nauczyciel w wyjątkowo złośliwy sposób zaznaczyłby, że nic nie umie. Trochę wstyd przy całej klasie. I tak musiała odpowiadać. Znała odpowiedzi na wszystkie pytania, oprócz jednego. Chodziło o jakieś mało znaczące nazwisko. Nie zgadniecie co wymyśliła Agnieszka. W imieniu najlepszej koleżanki Marty poprosiła mnie o pomoc w nauce. Owa koleżanka też została wezwana do odpowiedzi mimo zgłoszenia przed lekcją, że się nie przygotowała. Dostała ocenę niedostateczną i możliwość poprawienia jej dziś. Pomyślałam sobie, że skoro z Agnieszką poszło mi całkiem dobrze, to może uda mi się pomóc jej koleżance. Zjawiła się o umówionej godzinie. Okazało się, że materiału jest więcej niż mówiły, ale jak obiecałam to nie mogłam się wycofać. Po trzech godzinach powtarzania tego samego, postanowiłam zrobić przerwę. W ramach odprężenia chciałam zaproponować rozgrywkę w „Anty-monopoly” jednak po namyśle uznałam, że ułożenie jakiegoś zestawu puzzli będzie lepszym sposobem na odprężenie się. Okazało się, że tak samo jak Agnieszkę, puzzle uspokajają również jej koleżankę. Po sześciu godzinach nauki wszystkie zgodnie uznałyśmy, że Marta jest dobrze przygotowana. Gdy to piszę dziewczynki są jeszcze w szkole. Nie chcę nawet myśleć, co będzie gdy Marta dostanie jakąś dobrą ocenę i gdy reszta koleżanek dowie się kto pomagał jej w nauce. Szkoda, że nie poprosiłam aby nikomu o tym nie mówiły. Nie żebym chciała robić z tego jakąś wielką tajemnicę, ale wyobraźcie sobie coś takiego: cała klasa przychodzi do Was prosić o pomoc w nauce. Co byście zrobili?

poniedziałek, 9 października 2017

Dotrzymać obietnicy

 Jeszcze podczas wakacji obiecałam, w miarę swoich możliwości, pomagać Agnieszce w nauce. Obietnica obejmowała przedmioty takie jak historia albo przyroda. Zapytacie, dlaczego akurat te? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie trzeba się uczyć regułek. Cała nauka polega na opowiadaniu swoimi słowami o wydarzeniach opisanych w książkach. Tak się złożyło, że w najbliższy wtorek nauczyciel historii obiecał wezwać do odpowiedzi właśnie Agnieszkę. Przez jakiś czas była na zwolnieniu lekarskim i właśnie wtedy prawie wszyscy uczniowie z jej klasy byli pytani. Trzeba było wywiązać się z obietnicy. Jak wiadomo, w czasie nauki potrzebny jest spokój. Niestety, przez cały weekend mieliśmy pod opieką całą piątkę naszych wnuków. W takich warunkach nie za bardzo dało się uczyć. Gdy zaczęłyśmy, reszta dzieci z uwagą nam się przyglądała. Szczególnie najmłodsza dwójka. Co chwila powtarzały to co my. Oczywiście po swojemu. Czasem z sensem, czasem bez. Przypomniałam sobie robienie tortu dla męża. Pamiętacie jak to było? Najmłodsze dzieci też powtarzały po mnie niektóre czynności. Później miałam masę sprzątania, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o powtarzanie czynności. Na dnie szafy miałam schowany zestaw „A, B, C Czytać chcę” Jest to edukacyjny zestaw pomagający dzieciom w poznawaniu liter i nauce czytania. Producentem jest firma Trefl. Nie wiem dlaczego go kupiłam, po prostu w czasie zakupów zauważyłam go na półce. Pomyślałam, że może kiedyś się przydać. No i proszę. Miałam rację. Poprosiłam męża, aby zaczął zabawę w czasie gdy my zrobimy przerwę. Udało się. Dzieci zainteresowały się poczynaniami dziadka. Razem z Agnieszką wróciłyśmy do nauki. Zajęło nam to ponad trzy godziny. W tym czasie nikt nie zajrzał do nas ani raz. Czy wywiązałam się z obietnicy, zobaczymy we wtorek. Wydaje mi się, że Agnieszka jest dobrze przygotowana do odpowiedzi. Możliwe też, że trzeba będzie zaopatrzyć się kilka zestawów edukacyjnych. Tak na wszelki wypadek. Na szczęście w ofercie Trefla jest ich dużo.

czwartek, 5 października 2017

Grasz, nie gotuj

 Gry, puzzle, karty i wszystkie inne produkty tego typu mają według producentów zapewnić rozrywkę na długi czas. Niestety w wielu przypadkach z takimi rzeczami jest jak z serialami. Co z tego, że producent zachwala w opisach i reklamach jaka to gra jest świetna i edukacyjna. Gra jest po prostu nudna. Grałam z rodziną w wiele takich gier. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Jak to mówią, każdy produkt służący rozrywce musi mieć „to coś” co nie pozwala odejść od planszy, telewizora czy monitora. Są takie produkty. Na pewno nie raz byliście świadkami bądź uczestnikami sytuacji, gdy trzeba było odejść od jakiejś gry ale się nie dało. Jeszcze jedna rozgrywka, jeszcze jeden potwór do zabicia, a za chwilę okazuje się, że jest trzecia rano i zaraz trzeba będzie wstać do pracy. Niestety z takich sytuacji mogą wyniknąć niemałe kłopoty. Mój mąż jest wielkim smakoszem boczku. Mógłby go jeść na śniadanie, obiad i kolację. Ostatnio kupiłam kawałek. Po przyniesieniu zakupów do domu boczek włożyłam do garnka żeby go ugotować. Kawałek był dość duży, więc i garnek musiał być odpowiednich rozmiarów. Chwilę później przyszła Agnieszka i przyniosła swój najnowszy zakup, grę „Anty-monopoly” Zaczęłyśmy grać. Do rozgrywki zaprosiłyśmy dziadka, żeby było ciekawiej. Boczek się gotował, a ja co chwila chodziłam sprawdzić czy już jest gotowy. W miarę rozwijającej się sytuacji w grze, robiłam to coraz rzadziej. W pewnym momencie usłyszeliśmy syrenę strażacką za oknem. Okazało się, że nasza rozgrywka trwała trochę dłużej niż zakładaliśmy i w tym czasie woda w garnku zdążyła się wygotować a boczek całkowicie się spalił. Dymu było tyle, że któryś z sąsiadów zadzwonił pod 112 i wezwał straż pożarną, myśląc, że u nas w domu wybuchł pożar. Po przyjeździe straży miejskiej i wyjaśnieniu sytuacji, dostaliśmy mandat za nieuzasadnione wezwanie strażaków. Nie wiem dlaczego my. Przecież zadzwonił sąsiad. Mała rada dla wszystkich: gdy zaczynacie grać w jakąkolwiek nową grę, upewnijcie się, że nic się w kuchni nie gotuje.

środa, 4 października 2017

Wypracowanie

 Jak każdego roku, uczniowie piszą wypracowanie na temat: Jak spędziłeś wakacje. Gdy moje dzieci chodziły do szkoły, miały o czym pisać. Każdego roku wyjeżdżały na kolonie czy obozy. Nie trzeba było być zbyt bogatym, aby to się udało. Miałam to szczęście, że pracowałam w zakładzie, którego oddziały znajdowały się w różnych miejscach Polski. Tak się złożyło, że były to najatrakcyjniejsze turystycznie tereny naszego kraju. Zakopane, Ustka czy Stary Sącz. Niestety zakład został zamknięty, na jego miejsce otworzono nowy z tym, że już bez takiego zaplecza. Również ceny takich wyjazdów też się trochę zmieniły. Wysłanie trójki dzieci na dwutygodniowe kolonie może być zbyt dużym obciążeniem dla wielu domowych budżetów, więc wszelkie wyjazdy organizują sami rodzice. Wychodzi dużo taniej. Jak wiecie, w tym roku część naszej rodziny wyjechała nad morze w połowie wakacji. Można powiedzieć, że pogoda dopisała. Nie działo się jednak nic, co byłoby warte opisania. Trzeba było dodać coś, aby było co opowiedzieć. Wiecie również o moim wyjeździe w połowie września. Miałam pomóc przyjaciółce. I właśnie ten wyjazd był tematem wypracowania. Żeby jak najmniej mijać się z prawdą, opisałyśmy dokładnie co się tam działo, o czym możecie przeczytać w moich wcześniejszych postach, ale dodałyśmy udział Agnieszki w kilku wydarzeniach i zmieniłyśmy datę i miejsce pomocy. Nie była to świetlica w szkole, a w ośrodku wypoczynkowym. Dodałyśmy również turniej układania puzzli i rozgrywek w „Anty-monopoly” Jest to gra firmy Trefl wzorowana na starej i bardzo popularnej grze „Monopoly” Trochę zmieniły się zasady i epoka, ale klimat gry został zachowany. Tym razem kierujemy swoim imperium na miarę XXI wieku. Mali przedsiębiorcy, monopoliści i tak dalej. Kto grał, ten wie o co chodzi. Wypracowanie ma być oddane do piątku, ale z tego co wiem, wszyscy już swoje prace skończyli. Teraz pozostało czekać na ocenę. 

poniedziałek, 2 października 2017

Sposób na dzieci

Jak przekonać dziecko do nauki? Wystarczy odpowiednia motywacja. Na moją najmłodszą dwójkę wnuczków znalazłam sposób i to całkiem przypadkiem. To było przed urodzinami męża. Zawsze przyjęcia były organizowane z okazji imienin,ale ponieważ była to okrągła rocznica, w tym roku przenieśliśmy świętowanie. Właśnie dlatego, że była to okrągła rocznica urodzin, postanowiłam osobiście przygotować tort. Nie żebym była jakąś mistrzynią cukiernictwa, ale pamiętam z dawnych lat, że wszystkim moje wypieki smakowały. Przynajmniej tak mówili. Ale nie o to chodziło. Przy wyrabianiu ciasta zauważyłam, że moje wnuczki dziwnie mi się przyglądają. Jak nasypuję mąkę czy rozbijam jajka. Nie wydawało mi się to jakoś specjalnie dziwne, może z wyjątkiem spokoju z jakim to robiły, chciały się po prostu dowiedzieć co robi babcia. W pewnym momencie zauważyłam brak kilku rzeczy. Ze stołu zniknęła torebka z mąką, jajka i słoik dżemu i oczywiście dzieci. Zajrzałam do ich pokoju i aż mnie zatkało. Cała podłoga była w mące, jajkach i dżemie. Powiedziały, że też pieką placek. Wtedy właśnie zauważyłam, że bardzo często powtarzają po mnie różne czynności. Żeby sprawdzić swoją teorię, wybrałam się do sklepu i kupiłam dwa zestawy zabawek o najdziwniej brzmiących nazwach, oczywiście według mnie. Pierwszym zestawem jaki wybrałam był „Akuku Stuku Puku” Po dłuższych poszukiwaniach znalazłam kolejny zestaw. Nazywa się „A,B,C czytać chcę” Przyszłam do domu i pokazałam zakupy wnuczkom. Nie za bardzo zainteresowało je to co kupiłam, więc sama zaczęłam układać literki i obrazki. Wyglądało to trochę dziwnie, babcia bawiąca się klockami i dzieci przyglądające się jej. Po chwili przyłączyły się do zabawy. To samo spróbowałam z drugim zestawem. Efekt był taki sam. Moja teoria potwierdziła się. Niestety działa tylko na najmłodszą dwójkę. Gdybym zaczęła odrabiać lekcje za starsze dzieci, one poszły by spotkać się z przyjaciółmi i cieszyły by się, że nie muszą się uczyć, bo ktoś zrobi to za nie. Ten sposób nie zadziała.