W
sklepach powoli zaczynają pojawiać się choinki. Pogoda jest taka,
że na wystawach powinny pojawić się parasole, ale na to nie mamy
wpływu. Od rodziców koleżanek Ani i Agnieszki dowiedziałam się,
że skoro choinki się pojawiły, czas zacząć pisać listy do
Świętego Mikołaja. Nie, żeby jakieś dziecko wierzyło w
świętego, ale tradycja nakazuje, to wszyscy piszą. Każdy sklep
chce być pierwszy. Im wcześniej reklamy świąteczne pojawią się
w oknach wystawowych, tym większe szanse na sprzedaż towarów.
Fakt, że często są to rzeczy dostępne przez cały rok, ale gdy
przy cenie znajdzie się jakaś ozdoba świąteczna, to już nie to
samo. Dzieci piszą listy, więc rodzice i dziadkowie muszą zacząć
rozglądać się za prezentami. Co kupić w tym roku. Oczywiście nie
kupimy ich już teraz, ale warto rozeznać się w obowiązującej
modzie i cenach, jakie za takie przyjemności przyjdzie nam zapłacić.
Jak każdego roku, kupienie prezentu dla najmłodszej dwójki naszych
wnuków nie będzie problemem, przecież przez cały rok
obserwowaliśmy czym lubią się bawić, to w przypadku Ani i
Agnieszki trzeba będzie się bardziej postarać. Ostatnio pisałam o
przyjęciu urodzinowym. Zauważyłam, że jeden z prezentów jakie
otrzymała solenizantka, zestaw „Fisher
Price- gra piotruś” bardzo się naszym maluchom spodobał. Może u
nas będzie to jeden z prezentów. Ponieważ Ania i Agnieszka, mimo
że mają dopiero po 12 lat, wiele rzeczy uważają za zbyt dziecinne
dla nich, to z zestawów „Wrotkarski zestaw Make -up Soy Luna”
będą zadowolone. Myślę, że wolałyby jakieś kosmetyki dla
dorosłych, ale jak to mówią, od czegoś trzeba zacząć. To są
tylko wstępne pomysły, a w miarę zbliżania się 6 grudnia oferty
sklepów będą coraz większe i ciekawsze, wszystko może się
zmienić. Rzecz jasna przy wyborze prezentów będą się też
liczyły listy napisane przez dzieci, ale znając
nasze wnuki nie muszę się martwić, że będą to życzenia,
których nie uda się spełnić.
piątek, 27 października 2017
wtorek, 24 października 2017
Niezwykłe przeżycie
Urodziny
najmłodszej wnuczki to dla babci ogromne przeżycie, zwłaszcza gdy
to ona organizuje przyjęcie. Warto wspomnieć, że wnuczka ma trzy
lata. Rodzice solenizantki chcieli powierzyć to zadanie zewnętrznej
firmie. Z tego powodu wybuchła pierwsza, wielka awantura. Nie raz
opisywałam takie przyjęcia. Wiele z nich kończyła się
katastrofą. Jak mówią reklamy, każde przyjęcie jest zaplanowane
od początku do końca i zawsze się udaje. W praktyce wyglądało to
trochę inaczej. Żeby ktoś nie pomyślał, że żadna z firm nie
potrafi zorganizować przyjęcia, nie. W naszej okolicy są dwie
takie firmy, a właściwie były dwie. Po jednym z przyjęć, które
nie zdążyło się nawet rozpocząć, jedna z firm musiała
zrezygnować z działalności. Przyjęcie było zaplanowane na
słoneczny dzień, w końcu nie padało od prawie tygodnia, i nagle
niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz. Nikt nie był na to
przygotowany, z wyjątkiem rodziców i to oni uratowali przyjęcie.
Druga awantura wybuchła u nas w domu. Chodziło o prezent.
Przypomnę, że solenizantka ma trzy lata. Moja genialna córka
chciała na prezent kupić „Wrotkarski
zestaw Make -up Soy Luna” Ludzie,
zestaw make – up dla trzyletniego dziecka? Kłóciłyśmy się o to
prawie dwie godziny. Jak się później okazało, ktoś wpadł na
taki sam pomysł. W końcu dała się przekonać. Fakt, że nie
odzywała się do mnie przez cały dzień, ale rano jej przeszło.
Razem wybrałyśmy się na zakupy. Odwiedziłyśmy chyba wszystkie
sklepy z zabawkami w okolicy. Kupiłyśmy kilka rzeczy, między
innymi zestaw kart „Fisher Price- gra piotruś” Wszystkie dzieci
znają tę grę. I jestem pewna, że nie tylko dzieci. Kategoria
wiekowa +3, więc
idealnie się nadawał na prezent. Oczywiście były też zakupy dla
naszych dzieci. Na wszelki wypadek gdyby odkryły gdzie i co
kupiłyśmy. Przyjęcie się udało, wszyscy byli zadowoleni, a
szczególnie solenizantka.
piątek, 20 października 2017
Co ja wyrabiam
Wczoraj
po południu miałam gości. Ktoś powie, goście jak goście. Czym
się tu ekscytować. Może i tak, ale cel ich wizyty był
ekscytujący. Ale od początku. Jak pamiętacie, w sobotę miałam
przyjemność pomagać Agnieszce i Marcie w lekcjach. W połowie
nauki doszła jeszcze jedna koleżanka. Uczyłyśmy się historii
wykorzystując do tego celu przygotowane przez dziewczynki karty.
Przygotowywałyśmy się do zapowiedzianego na wczoraj sprawdzianu.
Nauczyciel zmienił zdanie i przełożył go na poniedziałek. W
zamian wszyscy uczniowie zostali wezwani do odpowiedzi. Każda z
moich uczennic otrzymała ocenę dobrą z plusem. I tu dochodzimy do
wspomnianych odwiedzin. Odwiedziły mnie mamy koleżanek Agnieszki.
Jako dobra gospodyni zaprosiłam je do środka, przygotowałam
poczęstunek i wtedy się zaczęło. Mamy zaczęły opowiadać o
powrocie swoich córek do domu w sobotę wieczorem. Mimo tłumaczenia,
nie mogły zrozumieć w jaki sposób dziewczynki uczyły się do
sprawdzianu. Całe wyjaśnienia zakończyły się słowami „zobaczymy
co z tego wyniknie” Wczoraj okazało się, że oceny jakie ich
córki otrzymały, były jak do tej pory najlepsze. Czwórka z
historii to niesamowity wyczyn, a w domu jeszcze większym wyczynem
było zmuszenie ich do nauki. W sobotę wieczorem dziewczynki wróciły
do domu ucieszone jak po najlepszej imprezie. Nikt z domowników nie
mógł uwierzyć, że wracają po kilkugodzinnej nauce. Po powrocie
córek ze szkoły z wiadomościami o otrzymanych ocenach mamy uznały,
że muszą dowiedzieć się kto i w jaki sposób przygotował ich
dzieci do sprawdzianu. I tak trafiły do mnie prawie z pretensjami,
co ja wyrabiam z ich dziećmi. Opowiedziałam o rozgrywce w
„Anty-monopoly” i kartach. Na początku nie bardzo mi wierzyły.
Pokazałam karty i sposób ich wykorzystania, ale widziałam po ich
twarzach, że i to nie pomogło. Ponieważ z dziewczynkami umówiłam
się na następne spotkanie, tym razem w sprawie przyrody, obiecałam,
o ile ich córki się zgodzą, że będą mogły obserwować co i jak
robimy. Może, gdy zobaczą na własne oczy, wtedy uwierzą.
środa, 18 października 2017
Złodzieje
W
szkole widziałam już różne rzeczy, ale o szajce złodziei słyszę
pierwszy raz. Jakiś tydzień temu dzieciom zaczęły ginąć
najpierw długopisy, piórniki i inne drobne przybory. Agnieszka
przyszła któregoś dnia ze szkoły i oznajmiła, że ktoś ukradł
jej piórnik. Na pewno zgubiła i żebyśmy nie robili awantury jaka
to ona jest nieuważna, powiedziała o kradzieży. Tak pomyśleliśmy.
Później dowiedzieliśmy się od innych rodziców, że ich dzieciom
przytrafiło się coś podobnego. W końcu zaczęły ginąć plecaki.
Dyrektor szkoły zawiadomił policję i kilka dni później złodzieje
zostali złapani. Co z tego, jak skradzionych przedmiotów nie udało
się odzyskać. Trzeba było udać się do sklepu po nowe. Jak już
nie raz pisałam, na zakupy zawsze udajemy się całą rodziną.
Jednak tym razem nie było czasu na całodzienne chodzenie po
sklepach. Jednak co zrobić, żeby wszyscy oprócz Agnieszki zostali
w domu. Ania zgodziła się od razu, z dwójką najmłodszych było
gorzej. Nie wiadomo skąd, ale od razu wiedziały, że ich siostra
wybiera się na zakupy. Potrzebowaliśmy czegoś, co odwróci ich
uwagę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze mam na takie
okazje przygotowane różne rzeczy. Gry, puzzle albo inne zabawki.
Tym razem też miałam. Parę tygodni temu jeden ze sprzedawców
przygotował w swoim sklepie prezentację nowych produktów.
Zaciekawiły mnie dwa z nich. Zestawy edukacyjne „1,2,3
liczysz Ty!” i „A,B,C czytać chcę” Są to zestawy składające
się z kolorowych klocków, na których z jednej strony są literki
lub cyfry, a z drugiej kolorowe obrazki i słowa. Trzeba było
jeszcze znaleźć kogoś, kto zaopiekowałby się maluchami pod naszą
nieobecność. Na ochotnika zgłosił się dziadek. Dziwiliśmy się
trochę, ponieważ nigdy nie spieszył się do takich zadań. Skoro
sam zaoferował pomoc, to nie mogłyśmy się nie zgodzić. Dzieci
zaczęły układać klocki, a my mogłyśmy w spokoju opuścić dom.
Kupiłyśmy co było trzeba. Po powrocie zastałyśmy ciekawą
sytuację. Dziadek razem z dziećmi siedział na podłodze i razem
układali klocki. Widać było, że dobrze się bawią.
poniedziałek, 16 października 2017
Marzenie z dzieciństwa
Witajcie.
Stało się to, czego się obawiałam. Pamiętacie, jak pomagałam
Agnieszce i jej koleżance Marcie w nauce? W największym skrócie
było to tak: Nauczyciel historii zapowiedział sprawdzian. Prawie
całej klasie nie poszedł on najlepiej, więc wszyscy mieli
możliwość poprawy oceny. Agnieszka poprosiła mnie o pomoc w
przygotowaniu się do odpowiedzi. Zgodziłam się. Jak można się
domyślić od razu powiedziała swojej koleżance kto jej pomagał.
Na drugi dzień pomagałam już im obydwóm. Na wszelki wypadek poprosiłam
je, aby nikomu nie mówiły o tym fakcie. Niestety takich rzeczy nie
ukryje się zbyt długo. Dziewczynki miały przyjść do mnie rano i
miałyśmy uczyć się o rozbiorach Polski. Zanim zaczęłyśmy,
rozegrałyśmy kilka rundek w „Anty – monopoly” tak dla
oczyszczenia umysłów. Pech chciał, że gdy rozpoczęłyśmy naukę,
do drzwi zapukała koleżanka Agnieszki. Otworzył dziadek i zanim
zdążyłyśmy zareagować była już w środku. Wszystko się
wydało. Między koleżankami wybuchła awantura. Wyjaśniłam, że
to ja prosiłam, aby nikomu nie mówiły. Co było robić? Zaprosiłam
również ją do wspólnej nauki. Przyznam się bez bicia, że gdy
byłam mała, moim marzeniem było zostać nauczycielką. Zawsze
podobał mi się ten zawód. Jednak życie ułożyło mi się trochę
inaczej. Ale jak widać nawet na stare lata można realizować
marzenia z dzieciństwa. Nauka zajęła nam prawie całe popołudnie.
Zauważyłam, że jak prawie wszystkie dzieci, dziewczynki są
zdolne, ale trochę leniwe i na pewno brakuje im motywacji.
Zaczęłyśmy grać w karty. Nawet nie zauważyły, że celem gry
było zdobycie wiedzy na temat rozbiorów Polski. Żeby było jeszcze
ciekawiej cały zestaw kart zrobiły same. Jakie będą skutki takiej
nauki zobaczymy już jutro. Mam nadzieję, że choć trochę udało
mi się oszukać ich wewnętrznego lenia i taki sposób nauki
przyniesie zamierzony efekt. Gdy pod koniec dnia sprawdziłam ich
wiadomości, znały odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Wszystko
okaże się już jutro.
środa, 11 października 2017
Nauczycielka
Jak pisałam, pomagałam Agnieszce w nauce historii. Okazało się,
że dobrze wywiązałam się z tego zadania, bo dziś wezwano ją do
odpowiedzi i dostała czwórkę. Jej koleżankom nie poszło tak
dobrze. Po szkole Agnieszka opowiedziała nam jak to wyglądało.
Przed lekcją miała ochotę sama zgłosić się do odpowiedzi.
Namawialiśmy ją na to, ale w końcu stchórzyła. Mówiła, że
gdyby się zgłosiła sama, a nie znała odpowiedzi na jakieś
pytanie, wtedy nauczyciel w wyjątkowo złośliwy sposób
zaznaczyłby, że nic nie umie. Trochę wstyd przy całej klasie. I
tak musiała odpowiadać. Znała odpowiedzi na wszystkie pytania,
oprócz jednego. Chodziło o jakieś mało znaczące nazwisko. Nie
zgadniecie co wymyśliła Agnieszka. W imieniu najlepszej koleżanki
Marty poprosiła mnie o pomoc w nauce. Owa koleżanka też została
wezwana do odpowiedzi mimo zgłoszenia przed lekcją, że się nie
przygotowała. Dostała ocenę niedostateczną i możliwość
poprawienia jej dziś. Pomyślałam sobie, że skoro z Agnieszką
poszło mi całkiem dobrze, to może uda mi się pomóc jej
koleżance. Zjawiła się o umówionej godzinie. Okazało się, że
materiału jest więcej niż mówiły, ale jak obiecałam to nie
mogłam się wycofać. Po trzech godzinach powtarzania tego samego,
postanowiłam zrobić przerwę. W ramach odprężenia chciałam
zaproponować rozgrywkę w „Anty-monopoly”
jednak po namyśle uznałam, że ułożenie jakiegoś zestawu puzzli
będzie lepszym sposobem na odprężenie się. Okazało się, że tak
samo jak Agnieszkę, puzzle uspokajają również jej koleżankę. Po
sześciu godzinach nauki wszystkie zgodnie uznałyśmy, że Marta
jest dobrze przygotowana. Gdy to piszę dziewczynki są jeszcze w
szkole. Nie chcę nawet myśleć, co będzie gdy Marta dostanie jakąś
dobrą ocenę i gdy reszta koleżanek dowie się kto pomagał jej w
nauce. Szkoda, że nie poprosiłam aby nikomu o tym nie mówiły. Nie
żebym chciała robić z tego jakąś wielką tajemnicę, ale
wyobraźcie sobie coś takiego: cała klasa przychodzi do Was prosić
o pomoc w nauce. Co byście zrobili?
poniedziałek, 9 października 2017
Dotrzymać obietnicy
Jeszcze podczas wakacji obiecałam, w miarę swoich możliwości,
pomagać Agnieszce w nauce. Obietnica obejmowała przedmioty takie
jak historia albo przyroda. Zapytacie, dlaczego akurat te? Odpowiedź
jest bardzo prosta. Nie trzeba się uczyć regułek. Cała nauka
polega na opowiadaniu swoimi słowami o wydarzeniach opisanych w
książkach. Tak się złożyło, że w najbliższy wtorek nauczyciel
historii obiecał wezwać do odpowiedzi właśnie Agnieszkę. Przez
jakiś czas była na zwolnieniu lekarskim i właśnie wtedy prawie
wszyscy uczniowie z jej klasy byli pytani. Trzeba było wywiązać
się z obietnicy. Jak wiadomo, w czasie nauki potrzebny jest spokój.
Niestety, przez cały weekend mieliśmy pod opieką całą piątkę
naszych wnuków. W takich warunkach nie za bardzo dało się uczyć.
Gdy zaczęłyśmy, reszta dzieci z uwagą nam się przyglądała.
Szczególnie najmłodsza dwójka. Co chwila powtarzały to co my.
Oczywiście po swojemu. Czasem z sensem, czasem bez. Przypomniałam
sobie robienie tortu dla męża. Pamiętacie jak to było? Najmłodsze
dzieci też powtarzały po mnie niektóre czynności. Później
miałam masę sprzątania, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o
powtarzanie czynności. Na dnie szafy miałam schowany zestaw „A,
B, C Czytać chcę” Jest to edukacyjny zestaw pomagający dzieciom
w poznawaniu liter i nauce czytania. Producentem jest firma Trefl.
Nie wiem dlaczego go kupiłam, po prostu w czasie zakupów zauważyłam
go na półce. Pomyślałam, że może kiedyś się przydać. No i
proszę. Miałam rację. Poprosiłam męża, aby zaczął zabawę w
czasie gdy my zrobimy przerwę. Udało się. Dzieci zainteresowały
się poczynaniami dziadka. Razem z Agnieszką wróciłyśmy do nauki.
Zajęło nam to ponad trzy godziny. W tym czasie nikt nie zajrzał do
nas ani raz. Czy wywiązałam się z obietnicy, zobaczymy we wtorek.
Wydaje mi się, że Agnieszka jest dobrze przygotowana do
odpowiedzi. Możliwe też, że trzeba będzie zaopatrzyć się kilka
zestawów edukacyjnych. Tak na wszelki wypadek. Na szczęście w
ofercie Trefla jest ich dużo.
czwartek, 5 października 2017
Grasz, nie gotuj
Gry, puzzle, karty i wszystkie inne produkty tego typu mają według
producentów zapewnić rozrywkę na długi czas. Niestety w wielu
przypadkach z takimi rzeczami jest jak z serialami. Co z tego, że
producent zachwala w opisach i reklamach jaka to gra jest świetna i
edukacyjna. Gra jest po prostu nudna. Grałam z rodziną w wiele
takich gier. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Jak to
mówią, każdy produkt służący rozrywce musi mieć „to coś”
co nie pozwala odejść od planszy, telewizora czy monitora. Są
takie produkty. Na pewno nie raz byliście świadkami bądź
uczestnikami sytuacji, gdy trzeba było odejść od jakiejś gry ale
się nie dało. Jeszcze jedna rozgrywka, jeszcze jeden potwór do
zabicia, a za chwilę okazuje się, że jest trzecia rano i zaraz
trzeba będzie wstać do pracy. Niestety z takich sytuacji mogą
wyniknąć niemałe kłopoty. Mój mąż jest wielkim smakoszem
boczku. Mógłby go jeść na śniadanie, obiad i kolację. Ostatnio
kupiłam kawałek. Po przyniesieniu zakupów do domu boczek włożyłam
do garnka żeby go ugotować. Kawałek był dość duży, więc i
garnek musiał być odpowiednich rozmiarów. Chwilę później
przyszła Agnieszka i przyniosła swój najnowszy zakup, grę
„Anty-monopoly” Zaczęłyśmy grać. Do rozgrywki zaprosiłyśmy
dziadka, żeby było ciekawiej. Boczek się gotował, a ja co chwila
chodziłam sprawdzić czy już jest gotowy. W miarę rozwijającej
się sytuacji w grze, robiłam to coraz rzadziej. W pewnym momencie
usłyszeliśmy syrenę strażacką za oknem. Okazało się, że nasza
rozgrywka trwała trochę dłużej niż zakładaliśmy i w tym czasie
woda w garnku zdążyła się wygotować a boczek całkowicie się
spalił. Dymu było tyle, że któryś z sąsiadów zadzwonił pod
112 i wezwał straż pożarną, myśląc, że u nas w domu wybuchł
pożar. Po przyjeździe straży miejskiej i wyjaśnieniu sytuacji,
dostaliśmy mandat za nieuzasadnione wezwanie strażaków. Nie wiem
dlaczego my. Przecież zadzwonił sąsiad. Mała rada dla wszystkich:
gdy zaczynacie grać w jakąkolwiek nową grę, upewnijcie się, że
nic się w kuchni nie gotuje.
środa, 4 października 2017
Wypracowanie
Jak każdego roku, uczniowie piszą wypracowanie na temat: Jak
spędziłeś wakacje. Gdy moje dzieci chodziły do szkoły, miały o
czym pisać. Każdego roku wyjeżdżały na kolonie czy obozy. Nie
trzeba było być zbyt bogatym, aby to się udało. Miałam to
szczęście, że pracowałam w zakładzie, którego oddziały
znajdowały się w różnych miejscach Polski. Tak się złożyło,
że były to najatrakcyjniejsze turystycznie tereny naszego kraju.
Zakopane, Ustka czy Stary Sącz. Niestety zakład został zamknięty,
na jego miejsce otworzono nowy z tym, że już bez takiego zaplecza.
Również ceny takich wyjazdów też się trochę zmieniły. Wysłanie
trójki dzieci na dwutygodniowe kolonie może być zbyt dużym
obciążeniem dla wielu domowych budżetów, więc wszelkie wyjazdy
organizują sami rodzice. Wychodzi dużo taniej. Jak wiecie, w tym
roku część naszej rodziny wyjechała nad morze w połowie wakacji.
Można powiedzieć, że pogoda dopisała. Nie działo się jednak
nic, co byłoby warte opisania. Trzeba było dodać coś, aby było
co opowiedzieć. Wiecie również o moim wyjeździe w połowie
września. Miałam pomóc przyjaciółce. I właśnie ten wyjazd był
tematem wypracowania. Żeby jak najmniej mijać się z prawdą,
opisałyśmy dokładnie co się tam działo, o czym możecie
przeczytać w moich wcześniejszych postach, ale dodałyśmy udział
Agnieszki w kilku wydarzeniach i zmieniłyśmy datę i miejsce
pomocy. Nie była to świetlica w szkole, a w ośrodku wypoczynkowym.
Dodałyśmy również turniej układania puzzli i rozgrywek w
„Anty-monopoly”
Jest
to gra firmy Trefl wzorowana na starej i bardzo popularnej grze
„Monopoly” Trochę zmieniły się zasady i epoka, ale klimat gry
został zachowany. Tym razem kierujemy swoim imperium na miarę XXI
wieku. Mali przedsiębiorcy, monopoliści i tak dalej. Kto grał, ten
wie o co chodzi. Wypracowanie ma być oddane do piątku, ale z tego
co wiem, wszyscy już swoje prace skończyli. Teraz pozostało czekać
na ocenę.
poniedziałek, 2 października 2017
Sposób na dzieci
Jak
przekonać dziecko do nauki? Wystarczy odpowiednia motywacja. Na moją
najmłodszą dwójkę wnuczków znalazłam sposób i to całkiem
przypadkiem. To było przed urodzinami męża. Zawsze przyjęcia
były organizowane z okazji imienin,ale ponieważ była to okrągła
rocznica, w tym roku przenieśliśmy świętowanie. Właśnie
dlatego, że była to okrągła rocznica urodzin, postanowiłam
osobiście przygotować tort. Nie żebym była jakąś mistrzynią
cukiernictwa, ale pamiętam z dawnych lat, że wszystkim moje wypieki
smakowały. Przynajmniej tak mówili. Ale nie o to chodziło. Przy
wyrabianiu ciasta zauważyłam, że moje wnuczki dziwnie mi się
przyglądają. Jak nasypuję mąkę czy rozbijam jajka. Nie wydawało
mi się to jakoś specjalnie dziwne, może z wyjątkiem spokoju z
jakim to robiły, chciały się po prostu dowiedzieć co robi babcia.
W pewnym momencie zauważyłam brak kilku rzeczy. Ze stołu zniknęła
torebka z mąką, jajka i słoik dżemu i oczywiście dzieci.
Zajrzałam do ich pokoju i aż mnie zatkało. Cała podłoga była w
mące, jajkach i dżemie. Powiedziały, że też pieką placek. Wtedy
właśnie zauważyłam, że bardzo często powtarzają po mnie różne
czynności. Żeby sprawdzić swoją teorię, wybrałam się do sklepu
i kupiłam dwa zestawy zabawek o najdziwniej brzmiących nazwach,
oczywiście według mnie. Pierwszym zestawem jaki wybrałam był
„Akuku
Stuku Puku” Po
dłuższych poszukiwaniach znalazłam kolejny zestaw. Nazywa się
„A,B,C czytać chcę” Przyszłam do domu i pokazałam zakupy
wnuczkom. Nie za bardzo zainteresowało je to co kupiłam, więc sama
zaczęłam układać literki i obrazki. Wyglądało to trochę
dziwnie, babcia bawiąca się klockami i dzieci przyglądające się
jej. Po chwili przyłączyły się do zabawy. To samo spróbowałam z
drugim zestawem. Efekt był taki sam. Moja teoria potwierdziła się.
Niestety działa tylko na najmłodszą dwójkę. Gdybym zaczęła
odrabiać lekcje za starsze dzieci, one poszły by
spotkać
się z przyjaciółmi i cieszyły by się, że nie muszą się uczyć,
bo ktoś zrobi to za nie. Ten sposób nie zadziała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)