Witajcie. Ostatnio pisałam o wyjeździe na ognisko, zorganizowanym
przez dyrektora szkoły z okazji Dnia Matki. Zaproszone zostały
wszystkie mamy. Jednym z punktów programu była niespodzianka. Tylko
wtajemniczeni wiedzieli co to będzie. W tajemnicy przed wszystkimi
nauczyciele i dzieci przygotowały akademię właśnie dla wszystkich
uczestniczek wyjazdu. Po występach artystycznych, każda mama miała
być wywołana z imienia i nazwiska, miała wyjść na scenę aby
odebrać specjalne życzenia i kwiaty. Brzmi pięknie, prawda?
Niestety tylko brzmi. Na miejscu okazało się, że będzie jeszcze
jedna atrakcja. Spływ kajakowy po Wiśle. Tego też nikt się nie
spodziewał. W ostatniej chwili zmieniono cel podróży. W autobusie,
gdy dzieci były zajęte grą w karty i śpiewaniem piosenek,
dyrektor tłumaczył, że nadarzyła się okazja i trzeba było z
niej skorzystać. Nikt nie znał prawdziwego powodu. Teraz mogę Wam
powiedzieć. Chodziło o scenę. Potrzebne było miejsce do
przygotowania akademii. W nowym miejscu często odbywały się
różnego rodzaju imprezy, więc scena była już przygotowana. Rano
była piękna pogoda, spływ kajakowy wszystkim się podobał.
Niektórzy musieli się przebrać, ale ogólnie było fajnie. Około
południa zaczęło się chmurzyć, ale akademia zaczęła się
zgodnie z planem. W momencie, gdy zaczęły się życzenia zaczął
padać deszcz. Błyskawice, pioruny. Burza trwała może pół
godziny. Wszyscy przemoczeni musieli uciekać do budynku. Wyjazd
okazał się katastrofą. Powtórkę akademii obiecano w naszym domu
kultury. Podróż powrotna też nie należała do przyjemnych.
Zestawy kart latały po całym autobusie. Na każdą próbę
rozpoczęcia jakiejś piosenki dzieci reagowały krzykiem. Całą
niedzielę Agnieszka i Ania nie odezwały się ani słowem. Jedynym
ich zajęciem było układanie puzzli. Nie rozmawiały nawet ze sobą.
Wieczorem bez słowa położyły się spać. Dziś rano również w
ciszy poszły do szkoły. Córka dzwoniła do wychowawczyni,
dowiedziała się, że dzieciom jest bardzo przykro z powodu takiego
zakończenia. Nie chciały jeszcze bardziej martwić swoich mam i
dlatego wolały się nie odzywać. Po południu wszystko powinno
wrócić do normy.
poniedziałek, 29 maja 2017
piątek, 26 maja 2017
Cel uświęca srodki
Prognozy pogody rzadko sprawdzają się jeśli chodzi o naszą
okolicę i opady deszczu. Jednak ostatnio komuś się to udało. Już
dawno na tablicy ogłoszeń wisiał plakat informujący o wyjeździe
na ognisko. Data wyjazdu to 27 maja, czyli jutro. Jak napisano na
ogłoszeniu, jest to prezent z okazji Dnia Matki. Zaproszone były
wszystkie mamy ze swoimi pociechami. Zapewne wielu z Was zapyta, po
co dzieci na takim wyjeździe. Przecież to prezent dla mam. Oprócz
oczywistych punktów programu, organizatorzy przewidzieli
niespodziankę. Na innym ogłoszeniu dyrekcja szkoły zapraszała
wszystkie dzieci na dodatkowe zajęcia. Według informacji, będzie
to czas dla tych, którzy nie mają się czym zająć po lekcjach.
Odrabianie zadań domowych pod okiem nauczycieli, granie w karty i
układanie puzzli. Można było nawet przynieść swoje zestawy.
Wszystko miało trwać około dwóch, trzech godzin. Nie zły pomysł,
prawda? Dziwnym trafem oba ogłoszenia pojawiły się tego samego
dnia. Jakoś nie mogłam uwierzyć, że wszystkie dzieci zapisane na
wyjazd tak chętnie chodzą na dodatkowe zajęcia. W wielkiej
tajemnicy Agnieszka powiedziała mi o powodzie tych spotkań.
Odrabianie lekcji było jak najbardziej prawdziwe. Po powrocie
wszystkie zadania były zrobione, ale karty i puzzle podane były by
ukryć prawdziwy powód. Po odrobieniu wszystkich zadań domowych,
dzieci przygotowywały akademię z okazji Dnia Matki. To właśnie
była ta niespodzianka przygotowana przez organizatorów. Wielu
nieświadomych rodziców kupiło swoim córkom zestawy „Galaktyczna
przygoda Barbie” albo inne z bogatej oferty firmy Trefl. Gdy
rodziców nie było w domu, razem z Agnieszką układałyśmy właśnie
ten zestaw. Nie można było pozwolić, żeby mama coś podejrzewała.
Jak niespodzianka, to niespodzianka. Wyjazd
zaplanowano na 7 rano, a powrót około 19. Według mnie, taka
niespodzianka spodoba się wszystkim mamom, ale sposób jej
przygotowania już nie. Jak by nie było, jest to małe oszustwo. Nie
wiem, może dyrektor uznał, że w tym jednym przypadku cel uświęca
środki? Oby nie stosował tej zasady zbyt często.
środa, 24 maja 2017
Ciągle pada
Witajcie. Znacie piosenkę Czerwonych gitar „Ciągle pada” U nas
od dwóch dni jest właśnie taka pogoda. Ciemno, mokro i ponuro.
Wczoraj wieczorem nad naszą miejscowością przeszła straszna
burza. Grzmot za grzmotem, błysk za błyskiem. Mnie osobiście
bardzo podobają się błyskawice. Niesamowite zjawisko. Jednak nie
wszyscy mają takie podejście. Prawie każde z naszych wnuków boi
się burzy. Jedynie Ania poszła w moje ślady. Na szczęście
mieszkamy na bardzo piaszczystym terenie a w pobliżu nie ma żadnej
dużej rzeki, więc mimo tak wielkiego deszczu na razie nie mieliśmy
kłopotów z powodziami. Co można robić z dziećmi, gdy na zewnątrz
pada deszcz i nie zanosi się na to, że przestanie. Każdy ma swoje
metody. O ile starsze dzieci pół dnia spędzają w szkole, a po
południu odrabiają lekcje, to z małymi jest gorzej. Od rana do
wieczora trzeba je czymś zająć. Według mnie, żadnego dziecka nie
powinno się zostawiać samego w czasie burzy, szczególnie gdy się
jej boją. Ponieważ zbliżają się urodziny naszych najmłodszych
wnuków, w naszym ulubionym sklepie z zabawkami kupiłam zestawy
„VTech
- Autko Policja” Dla tych, którzy nie orientują się w temacie.
Jest to zabawka dla dzieci w kategorii wiekowej +1. Autko mówi,
śpiewa i gra. Bardzo dobra zabawka pomagająca w rozwijaniu
wyobraźni małych dzieci. W prawdzie kupiliśmy je jako prezent na
urodziny, ale w tym wypadku bardzo się przydały. Mieliśmy już
różne gry, puzzle i zabawki, ale żadna z nich nie zaciekawiła
żadnego z dzieci na dłużej niż trzy, cztery godziny. Tym razem
nawet grzmoty i błyskawice nie zdołały oderwać ich od nowej
zabawki. W
pewnym momencie nastąpiła awaria prądu. W domu mamy dość mocne
lampki na baterie, więc resztę
wieczoru
z Anią i Agnieszką grałyśmy w karty. Dziadek pilnował
najmłodszej dwójki dzieci. Nie miał dużo do roboty. Nawet brak
prądu nie zwrócił ich uwagi. Dziś od samego rana znów pada
deszcz.
piątek, 19 maja 2017
Co za dużo to nie zdrowo
Robi się coraz cieplej, zbliża się koniec roku szkolnego. Wszyscy
nauczyciele i rodzice zaczynają się martwić o oceny uczniów. Jak
można się domyślić, najbardziej zainteresowani przejmują się
tym najmniej. Zasada: jakoś to będzie jest wszechobecna. Na
szczęście od każdej reguły są wyjątki. Nie raz pisałam o
Agnieszce i jej koleżankach. Ta piątka wszystko robi wspólnie.
Razem się bawią, uczą i robią wszystko inne co dzisiejsza
młodzież powinna robić a czasem to czego im nie wolno. W szkole
mają dobre oceny, ale pod koniec roku szkolnego bardzo dużo się
uczą. Ostatni weekend właśnie tak spędziły. Piątek po południu,
całą sobotę i gdybym nie wkroczyła do akcji pewnie uczyły by się
też całą niedzielę. W piątek po lekcjach wszystkie koleżanki
odwiedziły Agnieszkę. W pokoju było bardzo cicho, więc
pomyślałam, więc postanowiłam zajrzeć. Dziewczynki siedziały
nad książkami. Na początku pomyślałam, że to dobrze. W sobotę
rano znów przyszły. W pokoju znowu panowała cisza. Myślałam, że
skoro wczoraj się uczyły, to może układają jakieś puzzle czy
grają w jakąś grę. Dałam im spokój. Ale gdy w niedzielę
sytuacja się powtórzyła, nie wytrzymałam i zajrzałam do pokoju.
Wszystkie dziewczynki znów siedziały nad książkami. Nie
wiedziałam co zrobić. Z jednej strony dobrze, że się uczą. Ale z
drugiej trzy dni od rana do wieczora siedzieć z nosem w książkach
to trochę za dużo. Mówiłam im, że tak nie można, ale nie
słuchały. Gdy zapytałam o posiłek, nie były głodne. Jakieś
napoje, nie chciało im się pić. Po siedmiu godzinach nauki,
Agnieszka zawołała mnie do pokoju. Myślałam, że coś się stało.
Okazało się, że skończyły naukę i jak nie mam nic do roboty to
mogę się do nich przyłączyć. Zaczęłyśmy grać w karty. Firma
Trefl ma w swojej ofercie bogatą kolekcję, więc było z czego
wybierać. Zaznaczę, że mamy wszystkie zestawy. Powiedziały, że w
tym tygodniu mają dużo sprawdzianów i musiały się do nich
przygotować.
środa, 17 maja 2017
Zmiana metod nauczania
To, że klasa Agnieszki pojechała na zieloną szkołę, już wiecie.
Wiecie też, że Agnieszka i jej cztery koleżanki zostały. Po
zeszłorocznym wyjeździe cała klasa zgodnie oznajmiła, że za
żadne skarby nie pojedzie już na coś takiego. Każdy dzień
zaplanowany co do minuty, nawet „czas wolny” Jak sama nazwa
wskazuje, każdy na własną rękę ten czas sobie organizuje. Jedyną
wolnością była możliwość wyboru gry czy puzzli do układania.
Ewentualnie można było iść do sali telewizyjnej na jakiś film.
Nauczyciele zastanawiali się, czy organizować taki wyjazd w tym
roku, ale gdy tylko ogłosili, że jest taka możliwość prawie
wszystkie dzieci od razu zgłosiły chęć wyjazdu. Nie było wiadomo
co zrobić z pozostałą piątką. Nie opłacało się prowadzić
lekcji dla pięciu uczniów. Wymyślono, że podczas nieobecności
reszty klasy Agnieszka i jej koleżanki na zajęcia będą chodziły
do klasy o rok starszej. Rodzicom nie za bardzo to pasowało. Po
konsultacji z nauczycielami ustalono coś innego. Przez pierwszy
tydzień wszystkie uczennice będą brały udział w dodatkowych
zajęciach mających na celu powtórkę całego materiału i
poprawienie ocen. Moim skromnym zdaniem to jest lepsze rozwiązanie.
Jednak na początku nie za bardzo wierzyłam, że to się uda. W
czasie jednej lekcji przy pełnej klasie nauczycielka zdąży wezwać
do odpowiedzi sześć, siedem osób. Tu jest ich pięć. Po pierwszym
dniu Agnieszka przyszła do domu bardzo szczęśliwa. Wiele razy
byłam świadkiem jej powrotu i prawie zawsze była albo smutna, albo
zła. Radość widziałam baaaardzo rzadko. Dowiedziałam się, że
lekcje nie wyglądają tak jak zwykle. Do tej pory na wszystkich
lekcjach podawane były tylko suche fakty. Tym razem dziewczynki mają
do swojej dyspozycji różne, nazwijmy to, pomoce naukowe. Nie wiem
jak można uczyć się na przykład języka polskiego przy pomocy
puzzli albo kart. Okazało się, że drugi tydzień będzie wyglądał
podobnie. Podczas tych dwóch tygodni wszystkie dziewczynki poprawiły
oceny. Coś w tym musi być, że po zmianie sposobu nauczania dzieci
od razu zmieniły podejście do szkoły.
poniedziałek, 15 maja 2017
Dziwne włamanie
Witajcie. O dobrych rzeczach pisze się łatwo. Urodziny, przyjęcia
czy szkolne wycieczki. Prawie zawsze kończą się dobrze i wszyscy
są zadowoleni. Ale przychodzi czas, gdy trzeba opisać jakieś złe
wydarzenie. Szczególnie jeśli chodzi o postawę ludzi zamieszanych.
Ostatnio w naszej okolicy doszło do serii włamań do sklepów.
Zwykle złodzieje kradną zawartość kasy lub jakieś wartościowe
przedmioty. Aha, żeby nikt z Was nie pomyślał, że mam z tymi
włamaniami coś wspólnego. O tym co zostało skradzione i z którego
sklepu, przeczytałam w lokalnej prasie. Jak mówiłam, włamania
zaczęły się około miesiąca temu. W sumie było ich siedem. Z
pierwszego sklepu, a właściwie kiosku ruchu, skradziono tylko
zawartość kasy. Policja założyła, że to włamanie jest takie
samo jak inne i od razu przesłuchała ludzi, którzy gdy jest
popełniane jakieś wykroczenie zawsze zatrzymywani są pierwsi.
Okazali się niewinni. Złodzieje nie ograniczyli się tylko do
kiosku ruchu. Okradali różne sklepy, a na końcu sklep z zabawkami.
O ile we wszystkich włamaniach przede wszystkim ginęły pieniądze,
złodzieje kradli też duże ilości towaru. Szczególnie upatrzyli
sobie alkohol i papierosy. Według pokręconej logiki nic w tym
dziwnego. Jednak sklep z zabawkami to inna bajka. Włamanie było w
nocy. We wszystkich sklepach wybita została szyba wystawowa i
tamtędy złodzieje dostali się do środka. Nie wiadomo dlaczego,
ostatnie włamanie było inne. Sprawcy weszli do sklepu tylnym
wejściem. Nie ruszyli kasy. Rano, gdy właściciel przyszedł
otworzyć sklep, zauważył na szybie wystawowej pod znanym wszystkim
napisem „Mamy wszystko czego potrzebujesz” dopisaną jeszcze
jedną linijkę: To jest szczera prawda. Brzmi to dziwnie. Przez trzy
dni nikt nie wiedział co to znaczy. Okazało się, że celem
złodziei były zestawy puzzli. Po dokładnym sprawdzeniu stanu
magazynu, właściciel zauważył, że brakuje wszystkich zestawów
„VTech
- Autko Policja” Nie
wiadomo dlaczego akurat te przedmioty. Przecież są to
ogólnodostępne zestawy firmy Trefl. Policja uważa, że to ostatnie
włamanie nie ma nic wspólnego z poprzednimi.
czwartek, 11 maja 2017
Co jest ważniejsze
Małe miejscowości mają to do siebie, że jest tam cicho i
spokojnie. Przez długi czas może nic się nie wydarzyć i wszyscy
mieszkańcy uważają to za coś normalnego. Jednak czasami, przy
różnych uroczystościach może się to zmienić. Mogą to być
święta parafialne. W maju, od początku istnienia naszej parafii
obchodzimy dwie ważne uroczystości. Odpust parafialny i uroczystość
pierwszej komunii świętej. Przez wszystkie lata te dwa święta
były obchodzone w różne niedziele. W tym roku rada parafialna
postanowiła połączyć obie uroczystości. 14 maja mieliśmy
podwójne święto. Specjalnie na te okazje zaproszenie przyjął
ksiądz biskup. Zawsze przyjeżdżał jakiś jego zastępca, ale
ponieważ uroczystość była podwójna, zaszczycił nas swoją
obecnością. Pierwsza komunia święta to w życiu każdego dziecka
dzień szczególny. A przynajmniej powinien taki być. Jednak nie
zawsze tak jest. W dzisiejszych czasach ważniejsze od samego święta
jest przyjęcie, ilość zaproszonych gości a dla dzieci oczywiście
prezenty. Ktoś powie: takie czasy. Tylko że to nie jest wina czasów
ani dzieci. No ale skoro już tak jest to nic na to nie poradzimy.
Córka znajomej szła w tym roku do pierwszej komunii. Zostaliśmy
zaproszeni. Nie można było się wyłamać i o jakimś prezencie
trzeba było pomyśleć. Znając religijność tej rodziny
postanowiłam zapytać Marysię co jej kupić. Wiem, że nie
powinnam, ale po tym jakie propozycje znalazłam w internecie,
wolałam dowiedzieć się tego od niej. Dowiedziałam się, że
najważniejszy prezent dostanie w niedzielę, a reszta to tylko
dodatek. Nie miała konkretnych wymagań. Cokolwiek kupiliśmy miało
być podpisane z jakiej to okazji. Zdecydowaliśmy się na dwa
zestawy puzzli „Galaktyczna
przygoda Barbie” z
drugim mieliśmy więcej kłopotu. Ciężko jest znaleźć puzzle z
okazji pierwszej komunii. Ale od czego są foto puzzle. Wiele razy
kupowaliśmy taki zestaw. Myślałam, że firma Trefl ma coś takiego
w swojej ofercie, ale niestety. Zamówiliśmy u konkurencji. Prezent
bardzo się spodobał.
środa, 10 maja 2017
Dwa przyjęcia w jednym
Pogoda jaka jest, każdy widzi. Od rana świeci słońce, za chwilę
pada deszcz, a wczoraj w naszej okolicy padał śnieg. Wyobraźcie
sobie sytuację, że musicie zorganizować przyjęcie urodzinowe dla
dziecka. Jak się zabrać do pracy? Gdyby na zewnątrz cały dzień
świeciło słońce nie byłoby problemu. Ogród jest duży, więc
miejsca do zabawy nie braknie. Całe przyjęcie przygotowane w
ogrodzie. Ale co zrobić jeśli zacznie padać? I w drugą stronę.
Można zorganizować przyjęcie w domu. Ale aż żal byłoby patrzeć
w okno gdyby okazało się, że na zewnątrz pięknie świeci słońce
a wszyscy goście siedzą w domu. Jedynym wyjściem przy tak zmiennej
pogodzie jest przygotowanie się na obie możliwości. Jednym słowem,
można przygotować plan przyjęcia uwzględniając obie sytuacje.
Nawet gdyby zdarzyło się tak, że w trakcie zabaw w ogrodzie
zacznie padać deszcz, można szybko przenieść dalszą część
przyjęcia do domu, gdzie czekają na gości gry, puzzle czy gra w
karty. Miałam okazję uczestniczyć w przyjęciu, które
przygotowywała wynajęta firma. Przez kilka dni świeciło słońce,
więc cała uroczystość miała odbyć się w ogrodzie. Na początku
wszystko szło zgodnie z planem. Powitania, tort, prezenty i zabawy.
Pod koniec zaczął padać deszcz. Jak mówili organizatorzy, byli
przygotowani na wszystko. Jak się okazało, nie przewidzieli zmiany
pogody. Ale był ktoś, kto był na to przygotowany. Rodzice
solenizantki, w tajemnicy przed wszystkimi przygotowali plan awaryjny
właśnie na wypadek zmiany pogody. Wszystko skończyło się dobrze.
Nikt nawet nie zorientował się, że zmienił się organizator.
Prezenty trochę zmokły, ale najważniejszy ocalał. Była to gra
planszowa „Grzybobranie w zielonym gaju” firmy Trefl. Ten zestaw
solenizantka dostała od dawno nie widzianej babci, której jak
wszyscy wiedzieli, rodzina nie darzyła sympatią i szacunkiem. Ale
nikt nie wie dlaczego. Dziesiąte urodziny wnuczki były okazją do
spotkania, które przebiegło nadzwyczaj spokojnie. W końcu taka
okazja zdarza się raz w życiu.
poniedziałek, 8 maja 2017
Nie żałują ani przez chwilę
W zeszłym roku klasa Agnieszki pojechała na zieloną szkołę.
Wszyscy bardzo cieszyli się na taki wyjazd. Może oprócz rodziców.
Ktoś przecież musiał za to zapłacić. Myśleliśmy, że wszyscy
wrócą zadowoleni i gdy taki wyjazd będzie organizowany w tym roku
wszystkie dzieci też nie będą mogły się doczekać. Zielona
szkoła trwa dwa tygodnie. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Każdego
dnia Agnieszka dzwoniła i opowiadała jak to tam jest źle i jak
najszybciej chce wracać do domu. Z rozmów z innymi rodzicami
dowiedziałam się, że nie tylko Agnieszka tak miała. Po powrocie
wszystkie dzieci mówiły, że za żadne skarby na coś takiego nie
pojadą. Nie wiadomo było czy w tym roku organizować podobny wyjazd
czy nie, skoro nikt nie chce jechać. Gdy podano do wiadomości, że
jednak wyjazd na zieloną szkołę jednak dojdzie do skutku
wszystkie dzieci, oprócz Agnieszki od razu się zapisały. Dlaczego
na zeszłorocznym wyjeździe było tak źle? Chodziło o plan dnia.
Organizatorzy zaplanowali wszystko bardzo dokładnie. W skrócie
wyglądało to mniej więcej tak: rano pobudka, śniadanie a od 9 do
12 lekcje. Godzina 13 obiad, później godzina odpoczynku po
obiedzie. Od 15 do 16.30 odrabianie lekcji. Między 16.30 a 18 dzieci
miały mieć czas wolny. O 18 kolacja a po niej spotkanie całej
grupy i podsumowanie dnia. Organizatorzy nazwali to godziną
szczerości. O 21 wszyscy kładli się spać. I tak każdego dnia.
Wspominałam o czasie wolnym. W zasadzie był to czas wolny ale od
zajęć lekcyjnych. Przez półtorej godziny, pod nadzorem
wychowawców dzieci mogły grać w karty, układać puzzle a w sali
telewizyjnej obejrzeć jakiś film albo program. Na szczęście
wszystkie zestawy puzzli to były najnowsze produkty. Po powrocie
mówiła, że to były najnudniejsze dwa tygodnie w całym roku
szkolnym. Jedynym plusem było to, że wszyscy przywieźli tylko
dobre stopnie. Jak się później okazało nie zostały one wpisane
do dziennika. Na tegoroczny wyjazd nie pojechały tylko Agnieszka i
jej koleżanka. Nie żałują tego ani przez chwilę.
piątek, 5 maja 2017
Moja mała zemsta
Witajcie po dłuższej przerwie, ale wiecie jak to jest. Długi
weekend, wyjazd do rodziny i takie tam. Niestety nie wszystkim dane
było cieszyć się z takich odwiedzin. Agnieszka zachorowała i ktoś
musiał z nią zostać. Prawdę mówiąc, nie spieszyło mi się za
bardzo aby spotkać się z całą rodziną. Na pewno wielu z Was ma
tak samo. Jechać kawał drogi, żeby wysłuchiwać kłótni członków
rodziny. Nie było chętnych żeby zostać w domu z chorym dzieckiem,
więc gdy wszyscy podawali tysiąc powodów, dzięki którym mogą
się od tego wymigać, poczekałam aż wszyscy skończą i skoro nikt
nie podjął się tego zadania, sama zaoferowałam, że zostanę.
Trochę wyglądało to jakbym robiła reszcie łaskę, ale nie
chciałam, żeby się zorientowali, że wolę zostać. I tak od
piątku do wtorku zostałyśmy z Agnieszką same. Może to niezbyt
uczciwe z mojej strony, ale postanowiłam pokazać jej jak może czuć
się chory gdy ktoś opiekuje się nim tak, jak moje wnuczki mną.
Przez cały dzień w kółko słyszałam: babciu może chcesz
herbatę, może kawę, może w coś zagramy, a gdy chciały mnie
karmić podczas obiadu nie wytrzymałam i zrobiłam im małą
awanturę. Przeprosiły i obiecały poprawę. Niestety następnego
dnia wszystko zaczęło się od nowa. Postanowiłam pokazać
Agnieszce jak to jest, oczywiście nie tak natrętnie, ale jednak. Co
chwila chodziłam do jej pokoju i pytałam czy czegoś nie
potrzebuje. Pod koniec pierwszego dnia z zestawem puzzli „Galaktyczna
przygoda Barbie” poszłam do pokoju Agnieszki. Gdy weszłam, od
razu usłyszałam, że teraz wie jak ja się czułam i więcej się
to nie powtórzy. To
znaczy taka opieka nade mną. Mam nadzieję, że czegoś się
nauczyła. Opieka, zgoda. Można zagrać w karty, ułożyć puzzle,
można robić całą masę innych rzeczy, ale pomoc na siłę, to nie
przejdzie. Taka pomoc może jeszcze bardziej dobić chorego niż sama
choroba. We wtorek wszyscy wrócili. Nie myliłam się. Nie było ani
dnia, żeby ktoś nie wszczynał awantury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)