W marcu na zebraniu
rady sołeckiej, przy okazji wyborów na sołtysa, wójt osobiście
ogłosił zbiórkę rzeczy dla bezdomnych i rodzin wielodzietnych.
Wyznaczył datę rozpoczęcia, czas trwania i miejsca gdzie można
będzie te rzeczy oddać. Co roku jest taka akcja, ale zawsze były o
tym tylko ogłoszenia na tablicy. Niestety jak co roku nie tylko u
nas, ale w całej gminie jakoś szczególnie dużego odzewu nie było.
Organizatorom takiej akcji potrzeba trzech rzeczy: serca,
zaangażowania i podejścia do ludzi. Wójt nie miał żadnej z tych
cech. Na ostatnim zebraniu rady na początku kwietnia nowo wybrany
sołtys w porozumieniu z naszymi radnymi zaproponował ponowną
zbiórkę, ale przedstawił to w trochę inny sposób. Cała akcja
zaczęła się od wystosowania do każdej rodziny specjalnego listu z
zaproszeniem do wzięcia udziału w zbiórce. W skrócie to pismo
wyglądało mniej więcej tak, że każda szafa jest zawalona
niepotrzebnymi ubraniami, a ponieważ nadszedł czas na wiosenne
porządki warto przejrzeć wszystkie ubrania i na pewno znajdą się
jakieś niepotrzebne albo takie z których wyrosły nasze dzieci. Po
co je wyrzucać jak mogą się jeszcze komuś przydać. Że nawet w
parafii jest wiele osób, które potrzebują naszej pomocy i nie
chodzi tylko o ubrania, ale wszystkie rzeczy poniewierające się po
naszych domach. Po rozmowach z właścicielami sklepów w każdym,
nie tylko spożywczym stał kosz do którego chętni mogli włożyć
różne towary. Tym razem zainteresowanie akcją przeszło
najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że kosze trzeba było
wymieniać kilka razy. Jednak największym zaskoczeniem był udział
dzieci, które oddawały zabawki, gry planszowe i różne inne a
niektórzy nawet swoje ulubione. Mówiły, że mają dużo zabawek a
są dzieci, które nie mają żadnych i chcą się z nimi podzielić.
Jak widać ludzie mają dobre serca tylko potrzebują odpowiedniej
zachęty aby to okazać. Wójt nie mógł uwierzyć w osiągnięcie
sołtysa i pewnie do dziś zastanawia się jak mu się to udało.
Serce, zaangażowanie i podejście do ludzi. Sołtys to ma.
środa, 29 kwietnia 2015
wtorek, 28 kwietnia 2015
Odpust parafialny
Co roku o tej porze
obchodzone jest święto, chyba najważniejsze w całej parafii,
czyli odpust parafialny. Powiecie, że w każdej parafii jest i nie
ma w tym nic niezwykłego. O ile z pierwszą częścią mogę się
zgodzić to z drugą już nie. Mam liczną rodzinę rozrzuconą po
całym kraju i na wielu takich świętach byłam, ale tak hucznie jak
u nas nigdzie się go nie obchodzi. Ale zacznijmy od początku. W
większości parafii odpusty przenoszone są na najbliższą
niedzielę i tak też jest u nas. Oczywiście jest baaaardzo dużo
kramów na których można kupić zabawki, balony czy watę cukrową
tak jak wszędzie. Całe świętowanie zaczyna się o godzinie
jedenastej uroczystą sumą odpustową po której wszyscy parafianie
na czele z proboszczem idą w procesji ulicami naszej miejscowości.
Początek procesje jest koło kościoła a koniec na boisku
sportowym. Nic wielkiego: 90 na 60 metrów. Czas potrzebny na
pokonanie tej trasy to około godziny. W skład naszej parafii
wchodzi pięć miejscowości i każda ma odmienne tradycje zarówno
kulturowe jak i kulinarne. Nawet to zostało wykorzystane przy naszym
święcie. Prawie połowę boiska zajmują namioty, w których
gospodynie w strojach ludowych prezentują potrawy i wypieki ze
swoich rodzinnych stron. W trakcie całej uroczystości można
oglądać występy okolicznych zespołów muzycznych. Nie są to
jakieś super gwiazdy, ale w niczym im nie ustępują a od niektórych
są nawet lepsze. I tak jak przy wypiekach tak i tu każda z
miejscowości przedstawia repertuar ze swojego regionu. Druga połowa
boiska przeznaczona jest na zawody w gry towarzyskie dla dzieci i
młodzieży, piłkę nożną albo siatkówkę. Jeszcze jedną
ciekawostką jest loteria fantowa, w której nie ma pustych losów,
żaden uczestnik nie odchodzi z pustymi rękami. Jak w każdej
loterii do wygrania są różne rzeczy. Ostatnio trafiła mi się
trąbka a później ołówek. W zeszłym roku moja wnuczka miała
więcej szczęścia, bo ona wylosowała ogromną figurę anioła
stróża. Powiedziała, że będzie ją chronił. Jak na razie
spisuje się bardzo dobrze. Sam udział w takiej uroczystości to
wielkie przeżycie. Zapraszam wszystkich, przekonacie się sami.
niedziela, 26 kwietnia 2015
Mała księżniczka
Kim jest dekorator
wnętrz? Moja znajoma twierdzi, że jest to ktoś podobny do osoby
układającej puzzle. Każda rzecz musi dokładnie pasować do reszty
i wtedy wszystko wygląda jak jedna całość. Nie sztuka jest
wrzucić do pokoju co i gdzie popadnie. Nawet jeden niepasujący
kawałek psuje cały obraz. Chyba wie co mówi, w końcu sama jest
dekoratorką. Ostatnio miałam okazję się o tym przekonać. Żeby
pokazać mi, że to co mówiła jest prawdą zabrała mnie do jednego
z takich domów, którego wystrój projektowali sami mieszkańcy. Na
miejscu okazało się, że nie wyszło im to najlepiej. Ich puzzle
miały za dużo kawałków i chyba z różnych pudełek. Na początku
nie zrozumiałam żartu, ale Justyna, moja znajoma, wyjaśniła o co
chodzi. Pokój przeznaczony dla pięcioletniego dziecka. Nie było
w tym nic dziwnego poza tym, że był większy niż niejedno
mieszkanie w moim bloku. Rodzice myśleli, że im większy tym
lepszy, że ich pociecha będzie miała gdzie trzymać wszystkie
swoje zabawki. W pokoju oprócz wielkiego łóżka było wiele
kwiatów sztucznych i żywych, na ścianach zauważyłam nawet lampę
naftową. Pamiątka, twierdzili rodzice. I wiele innych niepasujących
do siebie rzeczy. Ktoś powie kwestia gustu. Może i tak, ale
wszystko ma swoje granice, komputer i lampa naftowa? Nic z tego.
Oczywiście każdy komentarz nie jest mój bo ja się na tym nie znam
wygląda na to, że i mieszkańcy też nie. Justyna wzięła się do
pracy. Na samym początku poprosiła o wybór stylu pokoju. Albo
komputer i styl nowoczesny, albo lampa naftowa i styl retro. Rodzice
chcieli nowocześnie, ale po obejrzeniu projektów to mała Ania
miała wybrać a jej bardzo spodobał się stary styl. Chciała mieć
w pokoju jak w pałacu. W końcu tata często nazywał ją swoją
księżniczką. Komputer został przeniesiony do innego pokoju,
zabawki pochowane w ogromnej skrzyni, łóżko przykryte ogromnym
baldachimem a ubrania poukładane w szafie też odpowiednio
przygotowanej. Brakowało tylko korony na głowę księżniczki,
ale jak mówiła Justyna, wszystko jest do zrobienia.
środa, 22 kwietnia 2015
Spotkanie rodzinne
Spotkania z rodziną
zawsze były dla mnie czymś niezwykłym może dlatego, że to jest
możliwość zobaczenia dawno nie widzianych osób bardziej lub mniej
lubianych. Takie spotkanie odbyło się miesiąc temu w domu moich
rodziców. Zjawiła się cała rodzina w sumie dwanaście osób nie
licząc dzieci. Ale to one były głównymi gośćmi bo nie ma nic
bardziej miłego dla dziadków jak wizyta ukochanych wnuków.
Ponieważ było ciepło wszystkie dzieci poszły się bawić do
ogrodu. Rodzice mieli bardzo duży ogród a na jego środku stał
ogromny parasol, pod którym można było posiedzieć nawet w czasie
deszczu. Właśnie tam, wokół okrągłego stołu, prawie wszystkie
dzieci usiadły i zaczęły grać w jakieś gry planszowe dla dzieci.
Nikt nie wiedział w jakie, ale obiecano nam wyjawić tą tajemnicę
później. Po kilku godzinach zaczął padać deszcz dzieci jednak
nie wróciły do domu, chronił je parasol. Po południu usłyszeliśmy
krzyki dzieci, które najwyraźniej pokłóciły się w trakcie tej
tajemniczej gry. Córka mojego brata przybiegła do domu zapłakana i
powiedziała, że wszyscy oszukują i nie będzie więcej z nimi
grała w żadne gry planszowe. Chciałam się dowiedzieć co
dokładnie się stało, na czym to oszukiwanie miało polegać.
Okazało się, że dzieci grały w Monopoly. Na początku gry
wszystko szło dobrze, dopiero w trakcie wyszło na jaw, że bankier
popełniał takie błędy w liczeniu, które nie powinny się zdarzyć
uczniowi czwartej klasy. A mówiąc wprost oszukiwał przy wydawaniu
reszty. Dzieci wiedziały, że nie pozwolilibyśmy im grać w tę grę
bo zawsze kończyło się to kłótnią, ale im bardziej
zabranialiśmy tym częściej w to chciały grać. Napisałam, że
prawie wszystkie dzieci siadły pod parasolem. Część z nich wzięła
swoje zabawki i poszła bawić się na koniec ogrodu, gdzie dziadek,
specjalnie dla swoich wnuków zbudował plac zabaw. Nic wielkiego,
huśtawka, drabinki i piaskownica. Gdy zaczął padać deszcz te
dzieci wróciły od razu do domu, żeby nie zmoknąć. Na pytanie
czemu nie bawiły się wszyscy razem odpowiedziały, że inne dzieci
oszukują i wolą nie grać z nimi. A plac zabaw jest lepszy niż
jakiś tam parasol.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Sąsiad sąsiadowi nierówny
Mieszkanie w bloku
ma swoje zalety ale i wady. Jednym i drugim są sąsiedzi, którzy
mogą być albo przyjaciółmi, albo wręcz przeciwnie. Dobry sąsiad
może być na wagę złota o czym przekonałam się osobiście. Na
moim piętrze są trzy mieszkania, moje znajduje się naprzeciwko
schodów. Moimi sąsiadami jest rodzeństwo, dwie siostry Wanda i
Dorota z rodzinami. Jedna po prawej druga po lewej stronie nas. Ich
mężowie nie bardzo się lubią, ale to już inna bajka.
Najważniejsze jest to, że relacje panujące między nami a nimi są
bardzo dobre. Przez ponad trzydzieści lat mieszkania razem, jeśli
dobrze pamiętam, nie kłóciliśmy się ani razu. Obie mieszkają
tylko z mężem a ich dzieci już dawno założyły swoje własne
rodziny, ale często odwiedzają rodziców. Nawet jak przyjadą z
dziećmi i robi się naprawdę dużo hałasu i zamieszania to nikt
nie ma pretensje bo wiadomo, że dzieci już takie są. Czasem nawet
po takich wizytach na korytarzu zostają jakieś zabawki, ale od razu
babcia albo dziadek wszystko ładnie posprząta. Zdarza się też, że
wszystkie wnuki z trzech mieszkań przyjadą w odwiedziny w tym samym
czasie. Możecie sobie wyobrazić jaki wtedy jest głośno? W sumie
jest ośmioro dzieci mniej więcej w tym samym wieku. Wtedy za
wszelką cenę próbujemy jakoś nakłonić je aby poszły się bawić
na plac zabaw na naszym osiedlu. Czasem to się udaje wtedy grają w
gry towarzyskie szczególnie w chowanego. Tą grę lubią
najbardziej. Jest ich tyle, że taka zabawa morze ciągnąć się
baaaardzo długo. I dobrze. Dzieci czasem się kłócą, ale tak już
jest nawet wśród przyjaciół. Niestety nie każdy ma tyle
szczęścia do sąsiadów. Mój syn jest w takiej sytuacji. A
właściwie był. Jego sąsiad, jak tylko usłyszał nawet
głośniejszą rozmowę od razu pukał w kaloryfer. Syn kiedyś o to
zapytał i dowiedział się, że sąsiad lubi ciszę a „taki hałas”
mu przeszkadza. Po wielkiej kłótni i straszeniu policją trochę
się uspokoił a teraz jak synowi urodziło się dziecko obiecał, że
postara się przyzwyczaić. Idzie mu nieźle.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Pierwszy dzień wiosny
Pierwszy dzień
wiosny dla dawnych uczniów bardziej znany jako dzień wagarowicza.
Był to jedyny dzień w którym całe klasy szły na wagary i nikt
nie wyciągał z tego faktu żadnych konsekwencji. Niestety zdarzały
się takie klasy, w których osoby najbardziej namawiające do
ucieczki później wracały do szkoły a że na lekcji gdzie obecnych
jest kilka osób nie ma sensu omawiać nowych rzeczy uczniowie ci
zostali zwolnieni do domów. Cóż, trzeba było jakoś się podlizać
nauczycielom. Na szczęście moje dzieci do nich nie należały. W
dzisiejszych czasach ta tradycja już zanika. Teraz pierwszego dnia
wiosny w przedszkolach dzieci topią albo palą marzannę a w
szkołach organizowane są jakieś nazwijmy to imprezy sportowe.
Zawody organizowane są w zależności od wieku uczniów. Dla
najmłodszych w tym roku były puzzle. Dzieci dobierały się w
drużyny, każda dostała jedno pudełko. Wygrywali ci, którzy
najszybciej ułożyli cały obrazek. Mimo że to tylko dzieci
rywalizacja była zacięta jak na prawdziwych mistrzostwach. Było
kilka drużyn więc żeby wyłonić zwycięzcę trzeba było rozegrać
kilka pojedynków. W naszych szkołach każdego dnia rano jest
losowany numerek, który w danym dniu nie może być wzywany do
odpowiedzi. W tym roku nagrodą za pierwsze w miejsce w zawodach dla
najmłodszych była taka „ochrona” Nauczyciele nie mogli wzywać
zwycięzców do odpowiedzi przez całe dwa tygodnie, czyli było o co
walczyć. Dla starszych klas przewidziane były gry towarzyskie jak
piłka nożna czy tenis stołowy oczywiście wszystko odbywało się
na hali ze względu na pogodę. Padał śnieg. W tym wypadku też w
celu wyłonienia zwycięzców rozgrywany był cały turniej.
Uczniowie liczyli na to, że do tych dyscyplin dojdzie jeszcze
bilard, ale dyrekcja szkoły nie chciała się na to zgodzić, mimo
że w magazynie sportowym stół do tej gry był. I tu za zajęcie
pierwszego miejsca nagrodą była jak to uczniowie później
komentowali „ochrona przed nauczycielami” ale trwająca tylko
tydzień. Trochę to nie sprawiedliwe, ale dobre i to. Ciekawe co
nauczyciele wymyślą w przyszłym roku. Zobaczymy.
piątek, 17 kwietnia 2015
Gry komputerowe rozrywka czy zagrożenie
Nie uwierzycie jak
się wczoraj zdenerwowałam. Przeglądając wiadomości w internecie
natrafiłam na artykuł na temat gier komputerowych. Konkretniej
wpływu na dzieci. Według amerykańskich naukowców młodzi i bardzo
młodzi ludzie zajmujący się tego typu rozrywką są bardziej
agresywni od innych. Moim skromnym zdaniem jest to kompletna bzdura.
Tacy wykształceni ludzie a piszą takie głupoty. Fakt, gry
komputerowe są brutalne i do słownictwa też można mieć
zastrzeżenia, ale na każdym pudełku jest przecież kategoria
wiekowa. Z drugiej strony jak się przekonałam osobiście to gry z
kategorią +18 cieszą się największym zainteresowaniem szczególnie
wśród młodzieży, a dokładniej moich dzieci. Jak to mówią
„zakazany owoc smakuje najlepiej” To rodzice powinni kontrolować
w co grają ich pociechy i kupować gry, które są w odpowiedniej
kategorii wiekowej i mogą czegoś nauczyć. Taka rozrywka połączona
z nauką - piszą jedni a inni, że to ograniczanie wolności, że
gry to tylko rozrywka i nie ma znaczenia czy gra czegoś uczy czy
jest to zwykłe odreagowanie stresu po całym dniu w szkole. Lepiej
niech rozwali klawiaturę i myszkę niż czyjeś okno, albo jeszcze
gorzej. Coś w tym jest. I jedni mają rację i drudzy też, bo tak
gdyby tylko kupować gry, które kosztują ile kosztują to rodzice
mogliby mieć jakiś wpływ na to w co grają ich dzieci, ale jeżeli
grę można za darmo pobrać z sieci jeszcze przed premierą to już
jest to prawie nie możliwe. Jeden z komentujących napisał coś, co
delikatnie mówiąc nie spodobało się innym. Ci którzy pisali
później już nie opisywali treści artykułu, ale śmiali się z
tej wypowiedzi, czy słusznie ocenicie sami. Napisał, że jego
jedenastoletni syn w ogóle nie gra na komputerze, a jego rozrywką
jest sport: bieganie, pływanie i inne. Że bierze udział w
konkursach, w których do wygrania nie są gadżety komputerowe, ale
gry planszowe, puzzle albo jakieś zabawki. Podsumowanie może być
takie: dopóki gry będą w takich cenach pobieranie ich z sieci
będzie na porządku dziennym i nad tym rodzice nie będą mieć
kontroli. Gdyby ceny były dużo niższe piractwo po prostu by się
nie opłacało. Ale to tylko moje skromne zdanie.
czwartek, 16 kwietnia 2015
Obsesja Adama
Znów pojechaliśmy
do Marysi. Chcieliśmy zobaczyć jak radzi sobie Adam z
dotrzymywaniem obietnicy złożonej nam wszystkim gdy odkryliśmy
jego słabość do modeli pociągów. Na miejscu od razu było widać
zmiany. Niestety garaż dalej stał na miejscu, ale tym razem był
otwarty. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu przywitał nas Adam. Po
powrocie z pracy spokojnie zjadł obiad a potem pomógł żonie
posprzątać. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Dziadek
oczywiście od razu poszedł do pokoju wnuczków i prawie cały czas
tam siedział. Co chwila było słychać śmiech, chyba dobrze się
bawili. Tym razem Adam zrobił kawę, siedliśmy we trójkę na
tarasie. Chciałyśmy dowiedzieć się jak zaczęło się to
zamiłowanie do pociągów. Na początku Adam nie za bardzo chciał
opowiedzieć swoją historię, ale bardzo nalegałyśmy i w końcu
się zgodził. Więc to było tak: Na początku szkoły średniej
wszyscy chłopcy w tym on jako rozrywkę traktowali gry towarzyskie.
Szczególnie piłkę nożną, w którą grali w każdej wolnej chwili
i w każdym możliwym miejscu. Właśnie, szkoła w której uczył
się Adam to było Technikum Kolejowe. Prawie wszystko jasne. Skąd
taki kierunek? W podstawówce z całą klasą pojechali do Muzeum
Kolejnictwa i to tam pierwszy raz zobaczył model pociągu. Zakochał
się od razu. Od tamtej wycieczki wszystko co robił miało jakiś
związek z torami i pociągami. Łącznie ze szkołą. Jego
zainteresowania były skupione tylko na tym. Oczywiście nie licząc
koleżanek, których w szkole kolejowej było zadziwiająco dużo.
Zaraz po skończeniu szkoły przez kilka lat pracował jako
maszynista. Traktował lokomotywy jak swoje zabawki, nawet jedną
próbował kiedyś umyć, ale koledzy zaczęli się z niego śmiać.
Niestety takich sytuacji było coraz więcej. W końcu musiał odejść
ze swojej wymarzonej pracy. Został zatrudniony w firmie, gdzie
pracuje do dziś. Potem poznał Marysię i wszyscy wiedzą co było
dalej. Jednak jakiś czas temu jeden z nowych pracowników zaprosił
grupkę nowych przyjaciół na przyjęcie. Okazało się, że od lat
kolekcjonuje modele pojazdów, w tym lokomotyw i obsesja Adama
wróciła. Wtedy pojawił się nowy garaż i modele pociągów. Oby
nigdy się to nie powtórzyło.
środa, 15 kwietnia 2015
Przekleństwo z młodości
Pojechaliśmy z
mężem w odwiedziny do córki. Mieszka, jak to się mówi, w pięknym
i dużym domu. Dużym – na pewno. A czy pięknym? No cóż,
kwestia gustu. W każdym razie zapowiedzieliśmy się na niedzielę.
Po przyjeździe na miejsce stwierdziłam, że chyba coś się
zmieniło. Faktycznie, do tej pory posiadali jeden garaż, a teraz są
dwa. Córka przywitała się z nami jak zwykle bardzo serdecznie.
Zjedliśmy obiad, na deser było moje ulubione ciasto jagodowe.
Marysia (moja córka) zrobiła kawę i zaczęłyśmy rozmawiać. Mój
mąż jak na prawdziwego dziadka przystało od razu poszedł się
bawić z wnuczkami. Pokazywały mu swoje nowe zabawki, gry planszowe
i inne. Ale wróćmy do nas. Marysia zaczęła mi opowiadać, że jej
mąż zrobił się jakiś „inny” od kiedy kupili ten nieszczęsny
garaż. Nikt nie wie co jest w środku bo nikt nie ma tam wstępu,
oprócz męża oczywiście. Wiele razy próbowała tam zajrzeć, ale
nigdy jej się to nie udało. Adam (jej mąż) pytany co tam jest, z
dziwnym wyrazem twarzy odpowiadał, że tu cytat „przekleństwo z
młodości i nie chce o tym mówić” Robiło się nie ciekawie. Po
powrocie z pracy coraz częściej bez obiadu zamykał się tam i
wychodził dopiero późnym wieczorem. Pewnego razu nie wrócił na
noc i nie poszedł do pracy. Było źle. Któregoś dnia podczas
nieobecności Adama Marysia zajrzała do garażu. Zadzwoniła do nas
z wiadomością, że wie co mąż robi w garażu i poprosiła o
przyjazd. Mieliśmy najczarniejsze myśli. Dojechaliśmy na miejsce,
córka wyszła przed dom zapłakana i szczęśliwa jednocześnie.
Zaprowadziła nas do garażu. Otworzyliśmy drzwi i wszyscy
zaczęliśmy się śmiać. Okazało się, że Adam siedzi nad makietą
miasta ze wszystkimi szczegółami a po torach jeździły modele
tramwajów i pociągów, a on cieszy się tą zabawą jak małe
dziecko. Przeprosił nas za to przekleństwo z młodości. Każde z
nas, nawet dzieci, krzyczało na niego, że tak się nie robi.
Obiecał, że to się nie powtórzy i że od tej pory będzie dużo
więcej czasu spędzał z rodziną. Na razie dotrzymuje obietnicy.
Jego „przekleństwem” było zamiłowanie do modeli pociągów.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Przyjęcie urodzinowe
Gwiazdka,
mikołaj czy dzień dziecka to okazje, na które wszystkie dzieci (i
nie tylko) dostają prezenty. To wiedzą wszyscy. Zapomniałam o
najważniejszej – urodziny. Tak się „szczęśliwie”
poskładało, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy trzy moje
wnuczki obchodziły swoje urodziny. Jednym z przywilejów babci jest
możliwość rozpieszczania ich, więc i tym razem z niego
skorzystałam. Postanowiłam zorganizować wielkie przyjęcie z tej
okazji. Zebrała się cała rodzina: babcia (czyli ja) dziadek i
wszystkie wnuki z rodzicami. Trzy wnuczki i dwóch wnuków.
Oczywiście był ogromny tort. Na początku miałam kłopot ze
świeczkami, ale dziadek wpadł na genialny pomysł. Tort został
podzielony na trzy części a na każdej z nich było napisane imię
solenizantki i odpowiednia ilość świeczek. Kilka dni wcześniej
wszyscy zgodnie ustalili, że po prezenty wybierzemy się całą
rodziną. Myśleliśmy, że pójdziemy do księgarni po jakieś
książki, ale dziewczynki wybrały sklep z zabawkami. Był bardzo
znany i baaardzo duży. Niech będzie i tak. Gdy rodzice wchodzą do
takiego sklepu kupują rzeczy, które czegoś nauczą dzieci czyli
gry planszowe, puzzle i inne przy których trzeba myśleć. Gdy ich
pociechy wybierają jest już zupełnie inaczej. Po wejściu
wszystkie dzieci (nie tylko nasze) pierwsze kroki kierują w stronę
półek na których są lalki, klocki, misie i wszelkiego rodzaju
zabawki, a nie jakieś tam gry towarzyskie. Wyobraźnia jest
ograniczona tylko zasobnością portfela rodziców albo limitem na
karcie kredytowej. Ale przy czterech sponsorach moje wnuczki miały
pole do popisu, albo mówiąc dzisiejszym językiem mogły „zaszaleć”
i tak się stało. W sklepie spędziliśmy prawie cały dzień.
Dobrze że nie przyjechaliśmy autobusem. Przywieźliśmy trzy torby
zabawek. Po twarzach dzieci było widać, że świetnie się bawiły
i zakupy się udały. Po twarzach dorosłych już nie, bo ktoś
musiał za to wszystko zapłacić. Ale w tym dniu miały się cieszyć
dzieci a nie rodzice. Po powrocie do domu dzieci i nie tylko, od
razu zaczęły oglądać zakupione zabawki. Myślę, że tegoroczne
urodziny zapadną w pamięć naszym kochanym wnuczkom. Dla wnuków
też już planujemy wyprawić podobne urodziny. Już się boję
kupowania prezentów, ale cóż.
Subskrybuj:
Posty (Atom)