środa, 29 kwietnia 2015

Zbiórka charytatywna

W marcu na zebraniu rady sołeckiej, przy okazji wyborów na sołtysa, wójt osobiście ogłosił zbiórkę rzeczy dla bezdomnych i rodzin wielodzietnych. Wyznaczył datę rozpoczęcia, czas trwania i miejsca gdzie można będzie te rzeczy oddać. Co roku jest taka akcja, ale zawsze były o tym tylko ogłoszenia na tablicy. Niestety jak co roku nie tylko u nas, ale w całej gminie jakoś szczególnie dużego odzewu nie było. Organizatorom takiej akcji potrzeba trzech rzeczy: serca, zaangażowania i podejścia do ludzi. Wójt nie miał żadnej z tych cech. Na ostatnim zebraniu rady na początku kwietnia nowo wybrany sołtys w porozumieniu z naszymi radnymi zaproponował ponowną zbiórkę, ale przedstawił to w trochę inny sposób. Cała akcja zaczęła się od wystosowania do każdej rodziny specjalnego listu z zaproszeniem do wzięcia udziału w zbiórce. W skrócie to pismo wyglądało mniej więcej tak, że każda szafa jest zawalona niepotrzebnymi ubraniami, a ponieważ nadszedł czas na wiosenne porządki warto przejrzeć wszystkie ubrania i na pewno znajdą się jakieś niepotrzebne albo takie z których wyrosły nasze dzieci. Po co je wyrzucać jak mogą się jeszcze komuś przydać. Że nawet w parafii jest wiele osób, które potrzebują naszej pomocy i nie chodzi tylko o ubrania, ale wszystkie rzeczy poniewierające się po naszych domach. Po rozmowach z właścicielami sklepów w każdym, nie tylko spożywczym stał kosz do którego chętni mogli włożyć różne towary. Tym razem zainteresowanie akcją przeszło najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że kosze trzeba było wymieniać kilka razy. Jednak największym zaskoczeniem był udział dzieci, które oddawały zabawki, gry planszowe i różne inne a niektórzy nawet swoje ulubione. Mówiły, że mają dużo zabawek a są dzieci, które nie mają żadnych i chcą się z nimi podzielić. Jak widać ludzie mają dobre serca tylko potrzebują odpowiedniej zachęty aby to okazać. Wójt nie mógł uwierzyć w osiągnięcie sołtysa i pewnie do dziś zastanawia się jak mu się to udało. Serce, zaangażowanie i podejście do ludzi. Sołtys to ma.  

wtorek, 28 kwietnia 2015

Odpust parafialny

Co roku o tej porze obchodzone jest święto, chyba najważniejsze w całej parafii, czyli odpust parafialny. Powiecie, że w każdej parafii jest i nie ma w tym nic niezwykłego. O ile z pierwszą częścią mogę się zgodzić to z drugą już nie. Mam liczną rodzinę rozrzuconą po całym kraju i na wielu takich świętach byłam, ale tak hucznie jak u nas nigdzie się go nie obchodzi. Ale zacznijmy od początku. W większości parafii odpusty przenoszone są na najbliższą niedzielę i tak też jest u nas. Oczywiście jest baaaardzo dużo kramów na których można kupić zabawki, balony czy watę cukrową tak jak wszędzie. Całe świętowanie zaczyna się o godzinie jedenastej uroczystą sumą odpustową po której wszyscy parafianie na czele z proboszczem idą w procesji ulicami naszej miejscowości. Początek procesje jest koło kościoła a koniec na boisku sportowym. Nic wielkiego: 90 na 60 metrów. Czas potrzebny na pokonanie tej trasy to około godziny. W skład naszej parafii wchodzi pięć miejscowości i każda ma odmienne tradycje zarówno kulturowe jak i kulinarne. Nawet to zostało wykorzystane przy naszym święcie. Prawie połowę boiska zajmują namioty, w których gospodynie w strojach ludowych prezentują potrawy i wypieki ze swoich rodzinnych stron. W trakcie całej uroczystości można oglądać występy okolicznych zespołów muzycznych. Nie są to jakieś super gwiazdy, ale w niczym im nie ustępują a od niektórych są nawet lepsze. I tak jak przy wypiekach tak i tu każda z miejscowości przedstawia repertuar ze swojego regionu. Druga połowa boiska przeznaczona jest na zawody w gry towarzyskie dla dzieci i młodzieży, piłkę nożną albo siatkówkę. Jeszcze jedną ciekawostką jest loteria fantowa, w której nie ma pustych losów, żaden uczestnik nie odchodzi z pustymi rękami. Jak w każdej loterii do wygrania są różne rzeczy. Ostatnio trafiła mi się trąbka a później ołówek. W zeszłym roku moja wnuczka miała więcej szczęścia, bo ona wylosowała ogromną figurę anioła stróża. Powiedziała, że będzie ją chronił. Jak na razie spisuje się bardzo dobrze. Sam udział w takiej uroczystości to wielkie przeżycie. Zapraszam wszystkich, przekonacie się sami.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Mała księżniczka

Kim jest dekorator wnętrz? Moja znajoma twierdzi, że jest to ktoś podobny do osoby układającej puzzle. Każda rzecz musi dokładnie pasować do reszty i wtedy wszystko wygląda jak jedna całość. Nie sztuka jest wrzucić do pokoju co i gdzie popadnie. Nawet jeden niepasujący kawałek psuje cały obraz. Chyba wie co mówi, w końcu sama jest dekoratorką. Ostatnio miałam okazję się o tym przekonać. Żeby pokazać mi, że to co mówiła jest prawdą zabrała mnie do jednego z takich domów, którego wystrój projektowali sami mieszkańcy. Na miejscu okazało się, że nie wyszło im to najlepiej. Ich puzzle miały za dużo kawałków i chyba z różnych pudełek. Na początku nie zrozumiałam żartu, ale Justyna, moja znajoma, wyjaśniła o co chodzi. Pokój przeznaczony dla pięcioletniego dziecka. Nie było w tym nic dziwnego poza tym, że był większy niż niejedno mieszkanie w moim bloku. Rodzice myśleli, że im większy tym lepszy, że ich pociecha będzie miała gdzie trzymać wszystkie swoje zabawki. W pokoju oprócz wielkiego łóżka było wiele kwiatów sztucznych i żywych, na ścianach zauważyłam nawet lampę naftową. Pamiątka, twierdzili rodzice. I wiele innych niepasujących do siebie rzeczy. Ktoś powie kwestia gustu. Może i tak, ale wszystko ma swoje granice, komputer i lampa naftowa? Nic z tego. Oczywiście każdy komentarz nie jest mój bo ja się na tym nie znam wygląda na to, że i mieszkańcy też nie. Justyna wzięła się do pracy. Na samym początku poprosiła o wybór stylu pokoju. Albo komputer i styl nowoczesny, albo lampa naftowa i styl retro. Rodzice chcieli nowocześnie, ale po obejrzeniu projektów to mała Ania miała wybrać a jej bardzo spodobał się stary styl. Chciała mieć w pokoju jak w pałacu. W końcu tata często nazywał ją swoją księżniczką. Komputer został przeniesiony do innego pokoju, zabawki pochowane w ogromnej skrzyni, łóżko przykryte ogromnym baldachimem a ubrania poukładane w szafie też odpowiednio przygotowanej. Brakowało tylko korony na głowę księżniczki, ale jak mówiła Justyna, wszystko jest do zrobienia.  

środa, 22 kwietnia 2015

Spotkanie rodzinne

Spotkania z rodziną zawsze były dla mnie czymś niezwykłym może dlatego, że to jest możliwość zobaczenia dawno nie widzianych osób bardziej lub mniej lubianych. Takie spotkanie odbyło się miesiąc temu w domu moich rodziców. Zjawiła się cała rodzina w sumie dwanaście osób nie licząc dzieci. Ale to one były głównymi gośćmi bo nie ma nic bardziej miłego dla dziadków jak wizyta ukochanych wnuków. Ponieważ było ciepło wszystkie dzieci poszły się bawić do ogrodu. Rodzice mieli bardzo duży ogród a na jego środku stał ogromny parasol, pod którym można było posiedzieć nawet w czasie deszczu. Właśnie tam, wokół okrągłego stołu, prawie wszystkie dzieci usiadły i zaczęły grać w jakieś gry planszowe dla dzieci. Nikt nie wiedział w jakie, ale obiecano nam wyjawić tą tajemnicę później. Po kilku godzinach zaczął padać deszcz dzieci jednak nie wróciły do domu, chronił je parasol. Po południu usłyszeliśmy krzyki dzieci, które najwyraźniej pokłóciły się w trakcie tej tajemniczej gry. Córka mojego brata przybiegła do domu zapłakana i powiedziała, że wszyscy oszukują i nie będzie więcej z nimi grała w żadne gry planszowe. Chciałam się dowiedzieć co dokładnie się stało, na czym to oszukiwanie miało polegać. Okazało się, że dzieci grały w Monopoly. Na początku gry wszystko szło dobrze, dopiero w trakcie wyszło na jaw, że bankier popełniał takie błędy w liczeniu, które nie powinny się zdarzyć uczniowi czwartej klasy. A mówiąc wprost oszukiwał przy wydawaniu reszty. Dzieci wiedziały, że nie pozwolilibyśmy im grać w tę grę bo zawsze kończyło się to kłótnią, ale im bardziej zabranialiśmy tym częściej w to chciały grać. Napisałam, że prawie wszystkie dzieci siadły pod parasolem. Część z nich wzięła swoje zabawki i poszła bawić się na koniec ogrodu, gdzie dziadek, specjalnie dla swoich wnuków zbudował plac zabaw. Nic wielkiego, huśtawka, drabinki i piaskownica. Gdy zaczął padać deszcz te dzieci wróciły od razu do domu, żeby nie zmoknąć. Na pytanie czemu nie bawiły się wszyscy razem odpowiedziały, że inne dzieci oszukują i wolą nie grać z nimi. A plac zabaw jest lepszy niż jakiś tam parasol.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Sąsiad sąsiadowi nierówny

Mieszkanie w bloku ma swoje zalety ale i wady. Jednym i drugim są sąsiedzi, którzy mogą być albo przyjaciółmi, albo wręcz przeciwnie. Dobry sąsiad może być na wagę złota o czym przekonałam się osobiście. Na moim piętrze są trzy mieszkania, moje znajduje się naprzeciwko schodów. Moimi sąsiadami jest rodzeństwo, dwie siostry Wanda i Dorota z rodzinami. Jedna po prawej druga po lewej stronie nas. Ich mężowie nie bardzo się lubią, ale to już inna bajka. Najważniejsze jest to, że relacje panujące między nami a nimi są bardzo dobre. Przez ponad trzydzieści lat mieszkania razem, jeśli dobrze pamiętam, nie kłóciliśmy się ani razu. Obie mieszkają tylko z mężem a ich dzieci już dawno założyły swoje własne rodziny, ale często odwiedzają rodziców. Nawet jak przyjadą z dziećmi i robi się naprawdę dużo hałasu i zamieszania to nikt nie ma pretensje bo wiadomo, że dzieci już takie są. Czasem nawet po takich wizytach na korytarzu zostają jakieś zabawki, ale od razu babcia albo dziadek wszystko ładnie posprząta. Zdarza się też, że wszystkie wnuki z trzech mieszkań przyjadą w odwiedziny w tym samym czasie. Możecie sobie wyobrazić jaki wtedy jest głośno? W sumie jest ośmioro dzieci mniej więcej w tym samym wieku. Wtedy za wszelką cenę próbujemy jakoś nakłonić je aby poszły się bawić na plac zabaw na naszym osiedlu. Czasem to się udaje wtedy grają w gry towarzyskie szczególnie w chowanego. Tą grę lubią najbardziej. Jest ich tyle, że taka zabawa morze ciągnąć się baaaardzo długo. I dobrze. Dzieci czasem się kłócą, ale tak już jest nawet wśród przyjaciół. Niestety nie każdy ma tyle szczęścia do sąsiadów. Mój syn jest w takiej sytuacji. A właściwie był. Jego sąsiad, jak tylko usłyszał nawet głośniejszą rozmowę od razu pukał w kaloryfer. Syn kiedyś o to zapytał i dowiedział się, że sąsiad lubi ciszę a „taki hałas” mu przeszkadza. Po wielkiej kłótni i straszeniu policją trochę się uspokoił a teraz jak synowi urodziło się dziecko obiecał, że postara się przyzwyczaić. Idzie mu nieźle.   

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Pierwszy dzień wiosny

Pierwszy dzień wiosny dla dawnych uczniów bardziej znany jako dzień wagarowicza. Był to jedyny dzień w którym całe klasy szły na wagary i nikt nie wyciągał z tego faktu żadnych konsekwencji. Niestety zdarzały się takie klasy, w których osoby najbardziej namawiające do ucieczki później wracały do szkoły a że na lekcji gdzie obecnych jest kilka osób nie ma sensu omawiać nowych rzeczy uczniowie ci zostali zwolnieni do domów. Cóż, trzeba było jakoś się podlizać nauczycielom. Na szczęście moje dzieci do nich nie należały. W dzisiejszych czasach ta tradycja już zanika. Teraz pierwszego dnia wiosny w przedszkolach dzieci topią albo palą marzannę a w szkołach organizowane są jakieś nazwijmy to imprezy sportowe. Zawody organizowane są w zależności od wieku uczniów. Dla najmłodszych w tym roku były puzzle. Dzieci dobierały się w drużyny, każda dostała jedno pudełko. Wygrywali ci, którzy najszybciej ułożyli cały obrazek. Mimo że to tylko dzieci rywalizacja była zacięta jak na prawdziwych mistrzostwach. Było kilka drużyn więc żeby wyłonić zwycięzcę trzeba było rozegrać kilka pojedynków. W naszych szkołach każdego dnia rano jest losowany numerek, który w danym dniu nie może być wzywany do odpowiedzi. W tym roku nagrodą za pierwsze w miejsce w zawodach dla najmłodszych była taka „ochrona” Nauczyciele nie mogli wzywać zwycięzców do odpowiedzi przez całe dwa tygodnie, czyli było o co walczyć. Dla starszych klas przewidziane były gry towarzyskie jak piłka nożna czy tenis stołowy oczywiście wszystko odbywało się na hali ze względu na pogodę. Padał śnieg. W tym wypadku też w celu wyłonienia zwycięzców rozgrywany był cały turniej. Uczniowie liczyli na to, że do tych dyscyplin dojdzie jeszcze bilard, ale dyrekcja szkoły nie chciała się na to zgodzić, mimo że w magazynie sportowym stół do tej gry był. I tu za zajęcie pierwszego miejsca nagrodą była jak to uczniowie później komentowali „ochrona przed nauczycielami” ale trwająca tylko tydzień. Trochę to nie sprawiedliwe, ale dobre i to. Ciekawe co nauczyciele wymyślą w przyszłym roku. Zobaczymy.

piątek, 17 kwietnia 2015

Gry komputerowe rozrywka czy zagrożenie

Nie uwierzycie jak się wczoraj zdenerwowałam. Przeglądając wiadomości w internecie natrafiłam na artykuł na temat gier komputerowych. Konkretniej wpływu na dzieci. Według amerykańskich naukowców młodzi i bardzo młodzi ludzie zajmujący się tego typu rozrywką są bardziej agresywni od innych. Moim skromnym zdaniem jest to kompletna bzdura. Tacy wykształceni ludzie a piszą takie głupoty. Fakt, gry komputerowe są brutalne i do słownictwa też można mieć zastrzeżenia, ale na każdym pudełku jest przecież kategoria wiekowa. Z drugiej strony jak się przekonałam osobiście to gry z kategorią +18 cieszą się największym zainteresowaniem szczególnie wśród młodzieży, a dokładniej moich dzieci. Jak to mówią „zakazany owoc smakuje najlepiej” To rodzice powinni kontrolować w co grają ich pociechy i kupować gry, które są w odpowiedniej kategorii wiekowej i mogą czegoś nauczyć. Taka rozrywka połączona z nauką - piszą jedni a inni, że to ograniczanie wolności, że gry to tylko rozrywka i nie ma znaczenia czy gra czegoś uczy czy jest to zwykłe odreagowanie stresu po całym dniu w szkole. Lepiej niech rozwali klawiaturę i myszkę niż czyjeś okno, albo jeszcze gorzej. Coś w tym jest. I jedni mają rację i drudzy też, bo tak gdyby tylko kupować gry, które kosztują ile kosztują to rodzice mogliby mieć jakiś wpływ na to w co grają ich dzieci, ale jeżeli grę można za darmo pobrać z sieci jeszcze przed premierą to już jest to prawie nie możliwe. Jeden z komentujących napisał coś, co delikatnie mówiąc nie spodobało się innym. Ci którzy pisali później już nie opisywali treści artykułu, ale śmiali się z tej wypowiedzi, czy słusznie ocenicie sami. Napisał, że jego jedenastoletni syn w ogóle nie gra na komputerze, a jego rozrywką jest sport: bieganie, pływanie i inne. Że bierze udział w konkursach, w których do wygrania nie są gadżety komputerowe, ale gry planszowe, puzzle albo jakieś zabawki. Podsumowanie może być takie: dopóki gry będą w takich cenach pobieranie ich z sieci będzie na porządku dziennym i nad tym rodzice nie będą mieć kontroli. Gdyby ceny były dużo niższe piractwo po prostu by się nie opłacało. Ale to tylko moje skromne zdanie.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Obsesja Adama

Znów pojechaliśmy do Marysi. Chcieliśmy zobaczyć jak radzi sobie Adam z dotrzymywaniem obietnicy złożonej nam wszystkim gdy odkryliśmy jego słabość do modeli pociągów. Na miejscu od razu było widać zmiany. Niestety garaż dalej stał na miejscu, ale tym razem był otwarty. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu przywitał nas Adam. Po powrocie z pracy spokojnie zjadł obiad a potem pomógł żonie posprzątać. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Dziadek oczywiście od razu poszedł do pokoju wnuczków i prawie cały czas tam siedział. Co chwila było słychać śmiech, chyba dobrze się bawili. Tym razem Adam zrobił kawę, siedliśmy we trójkę na tarasie. Chciałyśmy dowiedzieć się jak zaczęło się to zamiłowanie do pociągów. Na początku Adam nie za bardzo chciał opowiedzieć swoją historię, ale bardzo nalegałyśmy i w końcu się zgodził. Więc to było tak: Na początku szkoły średniej wszyscy chłopcy w tym on jako rozrywkę traktowali gry towarzyskie. Szczególnie piłkę nożną, w którą grali w każdej wolnej chwili i w każdym możliwym miejscu. Właśnie, szkoła w której uczył się Adam to było Technikum Kolejowe. Prawie wszystko jasne. Skąd taki kierunek? W podstawówce z całą klasą pojechali do Muzeum Kolejnictwa i to tam pierwszy raz zobaczył model pociągu. Zakochał się od razu. Od tamtej wycieczki wszystko co robił miało jakiś związek z torami i pociągami. Łącznie ze szkołą. Jego zainteresowania były skupione tylko na tym. Oczywiście nie licząc koleżanek, których w szkole kolejowej było zadziwiająco dużo. Zaraz po skończeniu szkoły przez kilka lat pracował jako maszynista. Traktował lokomotywy jak swoje zabawki, nawet jedną próbował kiedyś umyć, ale koledzy zaczęli się z niego śmiać. Niestety takich sytuacji było coraz więcej. W końcu musiał odejść ze swojej wymarzonej pracy. Został zatrudniony w firmie, gdzie pracuje do dziś. Potem poznał Marysię i wszyscy wiedzą co było dalej. Jednak jakiś czas temu jeden z nowych pracowników zaprosił grupkę nowych przyjaciół na przyjęcie. Okazało się, że od lat kolekcjonuje modele pojazdów, w tym lokomotyw i obsesja Adama wróciła. Wtedy pojawił się nowy garaż i modele pociągów. Oby nigdy się to nie powtórzyło.    

środa, 15 kwietnia 2015

Przekleństwo z młodości

Pojechaliśmy z mężem w odwiedziny do córki. Mieszka, jak to się mówi, w pięknym i dużym domu. Dużym – na pewno. A czy pięknym? No cóż, kwestia gustu. W każdym razie zapowiedzieliśmy się na niedzielę. Po przyjeździe na miejsce stwierdziłam, że chyba coś się zmieniło. Faktycznie, do tej pory posiadali jeden garaż, a teraz są dwa. Córka przywitała się z nami jak zwykle bardzo serdecznie. Zjedliśmy obiad, na deser było moje ulubione ciasto jagodowe. Marysia (moja córka) zrobiła kawę i zaczęłyśmy rozmawiać. Mój mąż jak na prawdziwego dziadka przystało od razu poszedł się bawić z wnuczkami. Pokazywały mu swoje nowe zabawki, gry planszowe i inne. Ale wróćmy do nas. Marysia zaczęła mi opowiadać, że jej mąż zrobił się jakiś „inny” od kiedy kupili ten nieszczęsny garaż. Nikt nie wie co jest w środku bo nikt nie ma tam wstępu, oprócz męża oczywiście. Wiele razy próbowała tam zajrzeć, ale nigdy jej się to nie udało. Adam (jej mąż) pytany co tam jest, z dziwnym wyrazem twarzy odpowiadał, że tu cytat „przekleństwo z młodości i nie chce o tym mówić” Robiło się nie ciekawie. Po powrocie z pracy coraz częściej bez obiadu zamykał się tam i wychodził dopiero późnym wieczorem. Pewnego razu nie wrócił na noc i nie poszedł do pracy. Było źle. Któregoś dnia podczas nieobecności Adama Marysia zajrzała do garażu. Zadzwoniła do nas z wiadomością, że wie co mąż robi w garażu i poprosiła o przyjazd. Mieliśmy najczarniejsze myśli. Dojechaliśmy na miejsce, córka wyszła przed dom zapłakana i szczęśliwa jednocześnie. Zaprowadziła nas do garażu. Otworzyliśmy drzwi i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Okazało się, że Adam siedzi nad makietą miasta ze wszystkimi szczegółami a po torach jeździły modele tramwajów i pociągów, a on cieszy się tą zabawą jak małe dziecko. Przeprosił nas za to przekleństwo z młodości. Każde z nas, nawet dzieci, krzyczało na niego, że tak się nie robi. Obiecał, że to się nie powtórzy i że od tej pory będzie dużo więcej czasu spędzał z rodziną. Na razie dotrzymuje obietnicy. Jego „przekleństwem” było zamiłowanie do modeli pociągów.  

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Przyjęcie urodzinowe

Gwiazdka, mikołaj czy dzień dziecka to okazje, na które wszystkie dzieci (i nie tylko) dostają prezenty. To wiedzą wszyscy. Zapomniałam o najważniejszej – urodziny. Tak się „szczęśliwie” poskładało, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy trzy moje wnuczki obchodziły swoje urodziny. Jednym z przywilejów babci jest możliwość rozpieszczania ich, więc i tym razem z niego skorzystałam. Postanowiłam zorganizować wielkie przyjęcie z tej okazji. Zebrała się cała rodzina: babcia (czyli ja) dziadek i wszystkie wnuki z rodzicami. Trzy wnuczki i dwóch wnuków. Oczywiście był ogromny tort. Na początku miałam kłopot ze świeczkami, ale dziadek wpadł na genialny pomysł. Tort został podzielony na trzy części a na każdej z nich było napisane imię solenizantki i odpowiednia ilość świeczek. Kilka dni wcześniej wszyscy zgodnie ustalili, że po prezenty wybierzemy się całą rodziną. Myśleliśmy, że pójdziemy do księgarni po jakieś książki, ale dziewczynki wybrały sklep z zabawkami. Był bardzo znany i baaardzo duży. Niech będzie i tak. Gdy rodzice wchodzą do takiego sklepu kupują rzeczy, które czegoś nauczą dzieci czyli gry planszowe, puzzle i inne przy których trzeba myśleć. Gdy ich pociechy wybierają jest już zupełnie inaczej. Po wejściu wszystkie dzieci (nie tylko nasze) pierwsze kroki kierują w stronę półek na których są lalki, klocki, misie i wszelkiego rodzaju zabawki, a nie jakieś tam gry towarzyskie. Wyobraźnia jest ograniczona tylko zasobnością portfela rodziców albo limitem na karcie kredytowej. Ale przy czterech sponsorach moje wnuczki miały pole do popisu, albo mówiąc dzisiejszym językiem mogły „zaszaleć” i tak się stało. W sklepie spędziliśmy prawie cały dzień. Dobrze że nie przyjechaliśmy autobusem. Przywieźliśmy trzy torby zabawek. Po twarzach dzieci było widać, że świetnie się bawiły i zakupy się udały. Po twarzach dorosłych już nie, bo ktoś musiał za to wszystko zapłacić. Ale w tym dniu miały się cieszyć dzieci a nie rodzice. Po powrocie do domu dzieci i nie tylko, od razu zaczęły oglądać zakupione zabawki. Myślę, że tegoroczne urodziny zapadną w pamięć naszym kochanym wnuczkom. Dla wnuków też już planujemy wyprawić podobne urodziny. Już się boję kupowania prezentów, ale cóż.