Witajcie.
Zdarzyło się kiedyś, że zrobiono Wam awanturę za coś, z czym
nie mieliście nic wspólnego? Mnie ostatnio tak. Ale od początku.
Przed świętami mieliśmy pod opieką najmłodszą dwójkę naszych
wnuków. Jaka była pogoda każdy wie, bardzo ciepło jak na tę porę
roku i wkoło roztopiony śnieg. Jednak pewnej, nieszczęsnej nocy
spadło trochę śniegu. Dzieci uznały, że można iść lepić
bałwana. Jest śnieg, będzie bałwan. Oczywiście nie pozwoliłam
im na to, a wtedy nasze kochane wnuki poszły zapytać o pozwolenie
dziadka. Dobrze wiedziały, że on im na wszystko pozwala. I tym
razem miały rację. Do tej pory, gdy nie pozwoliłam im na coś,
szły do pokoju i zajmowały się jakąś grą albo puzzlami. Teraz
nawet nie zauważyłam kiedy wyszły z domu. Bałwana oczywiście nie
ulepiły, ale wróciły całkowicie przemoczone. Nikt nie przewidział
takiej sytuacji, więc nie zabrały ze sobą żadnych ubrań na
zmianę. Wysłałam dziadka, żeby takie przywiózł. Trwało to
ponad dwie godziny. W wyniku tych zdarzeń, dwa dni później dzieci
musiały odwiedzić lekarza. Właśnie wtedy córka zrobiła mi
awanturę. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, a ona najpierw
na mnie nawrzeszczała, a później wyjaśniła co się stało. To od
niej dowiedziałam się o chorobie dzieci. Dziadek zawinił, a mnie
się dostało. Może trochę słusznie, przecież obiecałam je
pilnować. Tylko że dzieci trochę minęły się z prawdą jak
opowiadały mamie całą sytuacje. To babcia pozwoliła. Chciałam je
odwiedzić, zagrać z nimi w „5 sekund junior” żeby im się nie
nudziło, ale córka zabroniła. Mogły posłuchać jak babcia
zabroniła to nie byłoby całej sytuacji. Niech teraz siedzą same.
Według mnie to trochę złe podejście, ale to przecież tylko moje
wnuki. Nie raz słyszałam, że nie jestem ich mamą i nie mogę się
wtrącać w wychowanie dzieci. Trochę racji w tym jest.
piątek, 29 grudnia 2017
środa, 27 grudnia 2017
Obiecał, to będzie
Jak
to mówią, święta, święta i po świętach. W każdej rodzinie
tradycje są różne. Jedną z naszych jest spotkanie rodzinne. W
drugi dzień świąt wszyscy spotykają się w domu rodzinnym. Tak
się akurat składa, że to nasz dom. Ale dopiero w zeszłym roku nie
zabrakło nikogo. Chodzi o Sławka. Podczas ostatniej wizyty, obiecał
dzieciom, że w te święta na pewno przyjedzie, jednak jakiś
tydzień temu dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. Wiadomo
było co to oznacza. Nie chcieliśmy mówić dzieciom, żeby nie psuć
im całego okresu świątecznego, ale pech chciał, że znalazły
kartkę. Od samego początku nie wierzyły w nasze słowa, że skoro
dostaliśmy już życzenia, to nie ma co liczyć na wizytę wujka.
Obiecał, to przyjedzie i już. Ale im bliżej świąt, tym ich wiara
w spełnienie obietnicy słabła. Było w tym trochę naszej winy,
ale chyba było lepiej, że wiedziały wcześniej. Każdego roku
ubieraniem choinki zajmowały się Agnieszka i Ania. W tym roku nie
miały za bardzo na to ochoty. Myślałam, że prezenty pod choinką
poprawią im humor, ale i to nie pomogło. Po ostatnim sprzątaniu, a
właściwie katastrofie, musiałam kupić nowe. Wydawało mi się, że
zestaw puzzli z ulubionymi bohaterkami „Anna i Elsa- Puzzle Glam”
choć trochę poprawi humor Agnieszce, ale prezent otworzyła tylko
dlatego, że o to poprosiliśmy. O Ani nawet nie ma co wspominać.
Pierwszy dzień świąt każda z nich spędziła w swoim pokoju.
Drugie święto zapowiadało się tak samo. Przy każdym dzwonku do
drzwi dziewczynki wybiegały z pokoju sprawdzić kto przyszedł.
Niestety. Gdy przyszli już wszyscy i siedliśmy do obiadu, dzwonek
rozległ się jeszcze raz. Zgadnijcie, kto był pierwszy przy
drzwiach. Gdy dziewczynki je otworzyły, okazało się, że obietnica
jednak została dotrzymana. Teraz rodzina była w komplecie. Humor
dzieci od razu się zmienił. Po obiedzie wszystkie chciały
pochwalić się prezentami. Na jednym z nich była kartka z napisem:
od wujka.
piątek, 22 grudnia 2017
Nieoceniona pomoc
Okres
przedświąteczny, oprócz przeżyć duchowych, to czas sprzątania,
pieczenia ciast i reszty przygotowań. Każdy chce mieć wtedy
spokój, żeby móc wszystko zaplanować i nie robić wszystkiego od
razu. U nas w domu, wolę wszystko zrobić sama, niż mieć pomoc,
która bardziej przeszkadza niż pomaga. Niestety tak się składa,
że każdy chce mieć spokój. Córka poprosiła nas o pomoc w opiece
nad dziećmi w trakcie sprzątania. Dziadek od razu zgłosił się
na ochotnika. Wszystko miało odbyć się u nich w domu. Dziadek
poszedł i wszystko było w porządku. Córka miała czas na
sprzątanie, ja też miałam spokój. Przynajmniej do czasu. W pewnym
momencie w drzwiach pojawił się dziadek z trójką wnuków.
Oznajmił, że przecież nie ma różnicy gdzie dzieci będą się
bawić. Zaprowadził je do pokoju i zaczął się z nimi bawić. W
końcu dzieci zaczęły się kłócić, a gdy weszłam zobaczyć co
się dzieje, zobaczyłam na podłodze porozrzucane puzzle i pudełka
z gier, a dziadek siedział w fotelu i spał. Żeby było ciekawiej,
razem z grami rozwalone leżały zestawy, które kupiłam jako
prezenty gwiazdkowe. Zestawów „Anna i Elsa- Puzzle Glam” i
„Anty-monopoly” szukałam dość długo. Do tej pory nie było
kłopotów z ich zakupem. Może winę ponosi popularność tych
zestawów. W trakcie jak kłóciłam się z dziadkiem, dzieci
postanowiły pomóc mi w sprzątaniu. Wyobraźcie sobie, trójka
dzieci sama w kuchni i pootwierane szafki. Wszystko było na ziemi. Z
zawartością torebek nie było kłopotu, ale gdy na podłogę
zaczęły lecieć garnki i szklanki, nie było już tak wesoło.
Szklanek mi nie żal, jak to mówią, będzie szczęście. Bardziej
chodziło mi o ręce dzieci. Przecież potłuczone szkło jest bardzo
niebezpieczne. Po odwiezieniu wnuków do domu, znów zaczęła się
awantura. Nie dość, że dziadek nie widział nic złego w
przyprowadzeniu dzieci do nas, to na dodatek wcale nie chciał pomóc
w posprzątaniu tego bałaganu.
środa, 20 grudnia 2017
Trudny wybór?
Na
wielu przyjęciach urodzinowych byłam, kilka z nich pomagałam
organizować, ale pierwszy raz słyszałam o takim, które zostało
odwołane z powodu braku solenizanta. Jak to możliwe? Kiedyś
wspominałam Wam o Tomku, nowym uczniu w klasie Agnieszki. Razem z
rodzicami przeprowadził się do naszej miejscowości ponad dwa lata
temu. Jego rodzina jest bardzo bogata. Ojciec Tomka prowadzi dużą
firmę transportową. Rodzina jest znana w całej okolicy. Niestety
tylko od tej złej strony. Żeby ktoś nie pomyślał, że piszę to
z zazdrości. Zapewniam Was, że nie ma czego zazdrościć. Wszystko
co robią, robią na pokaz. Szeregują ludzi według zasobności
portfela, jeśli nie jesteś odpowiednio bogaty, nie warto z tobą
rozmawiać. Może nie uwierzycie, ale Tomek jest zupełnie inny.
Nigdy nie dał nikomu do zrozumienia, że jest lepszy, bo ma więcej
pieniędzy. Odwołane przyjęcie miało być właśnie na jego
urodziny. Wszystko zorganizowane, przybyli goście a Tomek gdzieś
zniknął. Na stole zostawił kartkę z napisem: miłej zabawy. Gdzie
był? Kilka dni wcześniej odwiedził rodziców jednego ze swoich
kolegów dziwną prośbą. Wtedy pierwszy raz wspomniał o
pieniądzach. Zapytał, czy swoje urodziny mógłby obchodzić u nich
i jeśli się zgodzą, pokryje wszystkie wydatki z tym związane.
Zgodzili się, jednak był jeden warunek. Żadnego pokrywania
wydatków. Przyszła prawie cała klasa. Zwykłe życzenia i
prezenty. Nic wielkiego, gry, puzzle i jedno duże zdjęcie klasowe.
Później był tort i rozpoczęła się zabawa, a nawet mecz piłki
nożnej. Żebyście widzieli jak grają nasze dzieci, nawet
dziewczynki. Po meczu przyszedł czas na coś lżejszego. Gra „5
sekund junior” dostarczyła również wiele emocji. Wieczorem
wszyscy odprowadzili Tomka do domu. Mówił, że dzień był
wspaniały. Jednak skończył się po wejściu do domu. Chyba w całej
miejscowości słychać było krzyki jego mamy. Na drugi dzień i tak
przyznał, że mimo takiej awantury, było warto. Co wybrać?
Wystawne przyjęcie na kilkadziesiąt osób, czy spotkanie z kilkoma
kolegami i później awanturę. Dziwne, prawda?
poniedziałek, 18 grudnia 2017
Portret
Próbowaliście
kiedyś zrobić zdjęcie małemu dziecku? Nie mówię tu o fotkach z
wakacji, ale na przykład o zdjęciu rodzinnym czy portrecie. Wiem,
że to trochę dziwny pomysł w XXI wieku, ale niektórzy mają je
jeszcze. Jednym z takich ludzi jest moja córka. Uparła się na
portret najmłodszych członków naszej rodziny. Zbiegiem
okoliczności są to jej dzieci. Próbowała sama zrobić zdjęcie,
potem małe poprawki na komputerze, ale nic jej z tego nie wyszło.
Każde zdjęcie wychodziło rozmazane. Nie jest to wina sprzętu ani
fotografa. Fotografowane obiekty nie mogły usiedzieć w miejscu ani
przez chwilę. Myślałam, że po tylu nieudanych próbach zrezygnuje
z tego pomysłu, ale jak ona się na coś uprze, to nie ma takiego
sposobu, który mógłby ją przekonać. Niestety wtedy nie zważa na
cenę jaką przyjdzie zapłacić za realizację jej planu. I nie mam
na myśli pieniędzy. Jedyne do czego dało się ją namówić, to
wizyta w profesjonalnym studio fotograficznym. Tym razem reszta
rodziny się uparła. Odwiedziliśmy wszystkie zakłady i w każdym
efekt był ten sam. Został jeszcze jeden, prowadzony przez prawie
siedemdziesięcioletniego człowieka. Powiedzieliśmy o co nam
chodzi, a on zapytał czym bawią się dzieci. Co ma wspólnego
robienie zdjęcia z zabawkami? Teraz już wiemy. Fotografowi chodziło
o odwrócenie uwagi. Umówiliśmy się na następny dzień i
zaopatrzeni w zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” udaliśmy się do
zakładu. Jednak dzieci nie za bardzo miały ochotę bawić się
czymś co mają na co dzień. Fotograf to przewidział. W pokoju
wymalowanym na zielono, na samym środku przygotowana była gra „5
sekund junior” Była jedna zmiana w regułach gry. Odpowiedzi
udzielało się na stojąco. Zobaczcie, zielone tło, odpowiedź na
stojąco i aparat ustawiony właśnie na odpowiadającego. Dzieci
nawet nie wiedziały kiedy zostały sfotografowane. Kilka dni później
portret był gotowy. Wielkie, profesjonalne zakłady fotograficzne
nie dały sobie rady, a siedemdziesięcioletni dziadek od razu
wiedział co zrobić w takiej styuacji.
piątek, 15 grudnia 2017
W obronie misia
Przedszkole
to ciekawe miejsce. Czasem dzieją się tam rzeczy, które ciężko
jest wytłumaczyć. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale za chwilę
sami się przekonacie. Co robią dzieci, gdy dostaną jakąś
zabawkę? Rzucają w kąt stare i bawią się tylko tą nową. Ale
czy zawsze? Na ostatnim zebraniu, rodzice i pani dyrektor przedszkola
podjęli decyzję o wymianie części wyposażenia jednej z sal. Nie
chodzi tu tylko o gry czy zestawy puzzli, ale o meble i zasłony.
Wiele z nich było już na tyle stare i zużyte, że nadszedł czas
na wymianę. Gdy dzieci dowiedziały się o tym fakcie ich radości
nie było końca. Każde z nich inaczej opowiadało o swojej
wymarzonej sali. Oczywiście zabawki zajmowały pierwsze miejsce. Ze
znalezieniem najlepszych i najtańszych producentów mebli nie było
problemu, ale gdy zaczęło się szukanie zabawek, nie było już tak
łatwo. Tysiące zestawów, setki producentów a każdy z innymi
cenami i jeszcze pomysły dzieci. Po zakupie mebli wszyscy
potrzebowali przerwy. Dwa dni później na następnym zebraniu
wszyscy przedstawili swoje propozycje. Kilka z nich pokrywało się.
Wymieniane były zestawy puzzli, pluszowe misie i gry. Jednak na
każdej kartce były dwa zestawy „Kalejdoskop 50 gier” i „5
sekund junior” Rodzice, pytani dlaczego wpisali właśnie te dwa
zestawy, odpowiadali tak samo: nie wiem, coś kazało mi to wpisać.
Coś kazało, dziwne prawda? Budżet przewidziany na wszystko
skurczył się bardzo nie wiele, więc można było wydać resztę
pieniędzy na wszystkie propozycje rodziców. Jeszcze zostało. W
dzień dostarczenia zamówienia wydarzyła się rzecz jeszcze
dziwniejsza. Przy próbie zabrania starych, zniszczonych zabawek
wszystkie dzieci stanęły w ich obronie. Nie dały zabrać ani
jednej zabawki, szczególnie broniły pluszaków. Mówiły, że są z
nimi od zawsze i nie można ich wyrzucić. Nowe zabawki zostały
schowane, będą wymienione zaraz na początku wakacji. Nie wiadomo
dlaczego dzieci tak się zachowały.
środa, 13 grudnia 2017
Plotka i remont przedszkola
Najgorszą
rzeczą jaka zagraża życiu w małej społeczności jest plotka. Jak
ja ich nie lubię. Przykład? Proszę bardzo. Jakiś czas temu w
naszej miejscowości rozeszła się wiadomość o planowanym remoncie
przedszkola. Każdy opowiadał to inaczej, byli nawet tacy, którzy
twierdzili, że połowa budynku zostanie całkowicie zburzona, a na
jej miejsce powstanie nowa. Nie bardzo wierzyłam w te rewelacje, bo
przecież w zeszłe wakacje był przeprowadzony remont. Właściwie
to dwa. Pisałam już o tym, ale tak dla przypomnienia i w wielkim
skrócie. Na początku wakacji zaczął się ów remont. Pracownicy
pierwszej firmy zbyt dosłownie podeszli do słów dyrektorki
„wyrzucamy wszystko” i przez okna leciało całe wyposażenie
sal. Chyba nie o to chodziło. Umowa z firmą została rozwiązana.
Druga firma była bardziej profesjonalna i tydzień przed otwarciem
zakończyła pracę. Niestety tydzień później w jednej z sal spadł
cały sufit. Wszystko zostało naprawione i po przeprowadzeniu
wszystkich możliwych kontroli, przedszkole zostało otwarte. Od
początku tego roku nasza miejscowość „trochę” się rozrosła.
Nie wiadomo dlaczego sprowadziło się do nas wiele młodych rodzin.
Nie muszę mówić, że od razu stały się obiektem domysłów i
plotek. Pojawiły się też pytania o możliwość otwarcia żłobka.
I tu dochodzimy do tego nieszczęsnego remontu. Z powodu tych
wszystkich próśb dyrektorka postanowiła przystosować jedną z sal
właśnie do tego celu. Idealnie nadawała się jedna, niestety
zajęta przez grupę trzylatków i trzeba było ich przenieść. Cały
remont polegał na przeniesieniu całego wyposażenia z jednej sali
do drugiej. Podczas tej przeprowadzki wiele sprzętu uległo
zniszczeniu, szczególnie pudełka z puzzlami i grami, ale rodzice
zobowiązali się uzupełnić zniszczone zabawki. Ponieważ firma
Trefl bardzo często aktualizuje swoją ofertę, wśród zakupów nie
mogło zabraknąć ich produktów. Trzeba przyznać, że rodzice się
postarali. Nie kupowali wszystkiego co znaleźli, ale to czym lubią
się bawić ich dzieci. Okazało się, że większość maluchów
bardzo lubi zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” Tak właśnie jest z
plotkami. Ktoś coś usłyszy, ktoś coś dołoży a potem wychodzą
nie stworzone historie.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Pobyt w szpitalu
Jak
wielu z Was pamięta, ostatnie trzy tygodnie spędziłam w szpitalu,
a dokładniej w dwóch. Miałam mały wypadek podczas wędrówki
przez naszą miejscowość. Jej cel jest w tej chwili mało ważny.
Niestety poślizgnęłam się i efektem tego była zwichnięta ręka.
Po prześwietleniu w szpitalu okazało się, że zwichnięcie było
groźniejsze niż podejrzewali lekarze i takim sposobem znalazłam
się w drugim szpitalu na rehabilitacji. Leżąc w szpitalu, mogłam
przyjrzeć się pracy jego personelu. Lekarze, pielęgniarki a nawet
salowe były bardzo miłe, czasem nawet za bardzo. Z opowiadań
innych pensjonariuszek wiem, że siostra przełożona bardzo rzadko
zaglądała na jakąkolwiek salę, chyba że któraś z młodych
pielęgniarek nie mogła sobie z czymś poradzić. Wtedy
przychodziła. Dziwna rzecz, każdy spodziewał się awantury, ale
nic takiego się nie działo. Siostra przełożona wszystko
objaśniła, pokazała i następnym razem nie było żadnego
problemu. To się nazywa podejście. Ale jak to mówią, od każdej
reguły są wyjątki. Jedna z pielęgniarek dawała wszystkim do
zrozumienia kto tu rządzi. Nie pomagały nawet upomnienia i awantury
z przełożonymi. Któregoś dnia odwiedziła mnie córka. Nie miała
z kim zostawić wnuczki, więc zabrała ją ze sobą. Gdy zobaczyła
to owa pielęgniarka, zrobiła straszną awanturę. Dzieci nie mogą
wchodzić na oddział i już. A właśnie. Przy pomocy dofinansowania
unijnego cały szpital został wyremontowany. Faktycznie są oddziały
na które nie wolno wchodzić dzieciom i dlatego jedna z sal służy
jako świetlica. W razie potrzeby, odwiedzający mogą zostawić
dziecko pod opieką doświadczonego personelu. Żeby nikt się nie
nudził, sala została wyposażona w różnego rodzaju gry, puzzle i
inne zabawki. Czasem i pacjenci zostawiali jakieś pluszaki. Też
miałam swój wkład. Jeden z prezentów mikołajkowych, powiedzmy to
delikatnie, nie spodobał się. Był to zestaw „Kalejdoskop 50
gier” więc pomyślałam, że tu może się przydać. Trochę
szkoda mi młodego personelu, mieć do czynienia z tak niemiłą
pielęgniarką to nic przyjemnego, chociaż prawie wszyscy
praktykanci to ludzie weseli i bardzo mili dla pacjentów. Oby tak
zostało.
czwartek, 7 grudnia 2017
Mikołaj w przedszkolu
No i
się zaczęło. Jak wiecie, w naszej miejscowości mamy przedszkole,
szkołę podstawową i basen. To tyko te obiekty, które są obecnie
najważniejsze. A właśnie. Zapomniałam o kościele. Wszystkim
wiadomo, że do każdego z tych miejsc zapraszany jest Święty
Mikołaj. Każdego roku, każda z placówek zapraszała Mikołaja we
własnym zakresie. Tym razem postanowiono zorganizować wszystko
wspólnie. Od razu pojawił się problem. Nie można było znaleźć
odpowiednio wielkiej sali, aby mogła pomieścić tyle dzieci. Nawet
kościół okazał się za mały. Jedynym miejscem odpowiednim do
tego celu była sala kinowa w domu kultury. Może inaczej. Kiedyś,
gdy mieliśmy jeszcze kino ta sala pełniła taką funkcję. Gdy kino
zostało zamknięte, przestała być potrzebna. Dopiero gdy w
wyborach wygrał obecny sołtys, ta sytuacja się zmieniła. Sala
kinowa została wyremontowana i przekształcona w halę sportową. Na
wszelki wypadek zachowano scenę, która przy okazji wielu
uroczystości bardzo się przydaje. Ale wróćmy do Mikołaja.
Głównym organizatorem został opiekun domu kultury, nasz sołtys.
Nie było w tym nic dziwnego, w końcu to on organizuje najlepsze
imprezy. Wszystko ładnie, pięknie, ale zapomniałam napisać o
jednej, ważnej rzeczy. Z całego przedsięwzięcia została
wyłączona cała grupa 3-latków. Rodzice postanowili, że dla nich
spotkanie z Mikołajem zostanie zorganizowane osobno, ponieważ
będzie to pierwsze spotkanie ich dzieci z tak ważną osobą,
zorganizują wszystko sami, łącznie z kupieniem prezentów.
Wszystkie paczki musiały być takie same, bez względu na zamożność
rodziców. W skrócie, w paczce miały znaleźć się albo zestawy
puzzli, albo karty. Jedyną, obowiązkową rzeczą był zestaw
„1,2,3 liczysz Ty!” Dlaczego rodzice tak postąpili? Nie umiem
tego wytłumaczyć, ale chodziło o ilość ludzi, która będzie w
domu kultury. 6 grudnia w przedszkolu pojawił się oczekiwany gość.
Dzień wcześniej dzieci próbowały opisać go. Jak wygląda, albo
jak jest ubrany. Wszystkie dzieci opowiadały podobnie. Czerwony
strój, długa broda i renifer z czerwonym nosem. Tego ostatniego nie
można było zorganizować, ale gdy Mikołaj pojawił się w drzwiach
nikt nie zauważył braku renifera.
wtorek, 5 grudnia 2017
Pechowe zakupy
Jutrzejszej daty nie trzeba przedstawiać nikomu. Już od początku
listopada w sklepach można było zauważyć choinki i świąteczne
dekoracje. Później pojawiły się ogłoszenia o zapisach na paczki.
U nas w każdym sklepie można znaleźć taki plakat. Nigdy nie byłam
zwolenniczką kupowania gotowych. Wolę sama taką paczkę
przygotować, przynajmniej wiem co jest w środku. Paczki paczkami,
ale na Mikołaja trzeba dzieciom kupić coś oprócz słodyczy. W
naszej rodzinie to ja zawsze zajmowałam się takimi zakupami.
Dziadek dorzucał jakiś grosik, albo i nie, ale prezenty były
wspólne. W tym roku oznajmił, że swoimi zakupami zajmie się
osobiście. Wszyscy znacie moje zasady. Niczego nie odkładać na
ostatnią chwilę, więc moje zakupy mam już dawno za sobą. Nic
wielkiego: kilka książek dla najmłodszych, dla Agnieszki i Ani gry
i zestawy „Anna i Elsa- Puzzle Glam” Wszystko spakowane,
podpisane i ukryte przed ciekawskimi dziećmi, czeka na 6 grudnia.
Dziadek jak to dziadek na zakupy wybrał się w sobotę. Oferowałam
pomoc, ale nie chciał nawet o tym słyszeć. Jednak w końcu się
zgodził. Miała tylko mu towarzyszyć. Dzięki temu mogę Wam
opowiedzieć co się wydarzyło. Przez kilka godzin chodziliśmy
między półkami sklepowymi. Po zapełnieniu całego wózka
spotkaliśmy całą piątkę naszych wnuków. Razem z rodzicami, jak
w każdą sobotę wybrały się na zakupy. Dzieci od razu uznały, że
to dla nich i jeszcze w sklepie zaczęły wszystko dzielić. W porę
udało się je uspokoić, bo nie wiele brakło, żeby wszystkie
pudełka zostały otwarte. Za późno było wyjaśnić im dlaczego
wszystko zostało kupione i po powrocie do domu trzeba było
dokończyć podział. Dziadek musiał wybrać się na zakupy jeszcze
raz. Tym razem kupił dla każdego paczki ze słodyczami, a jako
jeden prezent dla wszystkich, ulubioną przez nas grę „5 sekund
junior” Trochę mi go szkoda, bo kilka godzin spędzonych na
zakupach to dla niego nie lada wyczyn, ale może będzie to nauczka.
Chociaż znając go to w przyszłym roku zrobi dokładnie to samo.
czwartek, 9 listopada 2017
Mata do układania puzzli
Mam
głupie pytanie. Kto z Was układał kiedykolwiek puzzle? Myślę, że
prawie wszyscy odpowiedzą twierdząco. A ile razy denerwowaliście
się, gdy przy podnoszeniu ułożonego obrazka ten się rozsypał i
trzeba było układać wszystko od nowa? W ofercie firmy Trefl
znalazłam coś takiego, jak mata do układania puzzli. Z opisu
wynika, że jest to kawałek filcu z narysowanymi ramkami. W razie
potrzeby przeniesienia całego zestawu, zwijamy całą matę w rulon,
zabezpieczamy rzepami i to tyle. Postanowiłam to sprawdzić. Jak
pisałam kilka dni temu, Agnieszka pokłóciła się z koleżanką, a
jej najlepsza przyjaciółka zamiast bronić Agnieszki, stanęła po
stronie przeciwniczki. Wiecie też, że jedynym, odkrytym sposobem na
uspokojenie wnuczki są puzzle. Niestety tym razem i to zawiodło.
Agnieszka zrzuciła cały zestaw ze stołu. Co prawda udało się
znaleźć wszystkie elementy, ale wszystko trzeba było układać od
nowa. Zestaw składający się z 1000 elementów nie jest tak łatwo
ułożyć. Ale wróćmy do maty. Nie było łatwo ją zdobyć. Na
stronach sklepu internetowego Trefla cały czas jest podana
informacja, że produkt jest chwilowo niedostępny. Udałam się do
zaprzyjaźnionego sklepu z zabawkami. Tego, z napisem „Mamy
wszystko” Na dostawę podobnej maty czekałam prawie tydzień.
Wyglądała inaczej niż w sklepie internetowym i była dużo
droższa, ale po dokładnym przeczytaniu opisu, okazało się, że
różnią się tylko kolorami. Pokazałam Agnieszce mój nowy zakup i
dla wypróbowania jego właściwości, zaczęłyśmy układać od
nowa zniszczony obrazek. Siedziałyśmy kilka godzin, ale potem
przyszła w odwiedziny najmłodsza dwójka wnuczków i od razu
zainteresowały się naszym zestawem. To była świetna okazja aby
wypróbować właściwości maty. Po zwinięciu okazało się, że
ani jeden element nie wypadł. Z ciekawości rozwinęłam ją w innym
pokoju. Stan obrazka był dokładnie taki sam, jak w momencie
zwijania. Mogę polecić taką matę każdemu, kto lubi układać
puzzle.
wtorek, 7 listopada 2017
Płacz i śmiech
Odkąd
pamiętam, Agnieszkę zawsze uspokajało układanie puzzli. Na
początku były to zestawy składające się z niewielkiej ilości
elementów, ale wraz z wiekiem było ich coraz więcej. Obecnie
zestawy składają się z 500 do 1000 elementów. Wiadomo, że im
więcej elementów, tym większy obrazek powstaje po ich ułożeniu.
Najmłodsza dwójka też zaczęła się interesować układaniem, ale
Agnieszka nie dopuszcza ich do swoich zestawów. Po zapoznaniu się z
ofertami wielu sklepów postanowiłam kupić im zestaw. Chciałam
sprawdzić jak sobie poradzą. Szukałam czegoś, co ma mało
elementów i przedstawia ich ulubionych bohaterów. Na szczęście
podobają im się te same bajki. Wreszcie znalazłam zestaw „Bajkowe
księżniczki” Na jakiś czas zmieniły obiekt zainteresowań.
Agnieszka mogła w spokoju układać swój obrazek. Ale to nie koniec
kłopotów. Pewnego dnia wróciła ze szkoły bardzo zła. Nie
chciała powiedzieć dlaczego, ale od razu zorientowałam się, że
chodzi o jej najlepszą przyjaciółkę. Zamknęła się w pokoju i
dla uspokojenia się zaczęła układać swój zestaw. Pech chciał,
że miała ułożone ponad połowę. Przypomnę, że zestaw składał
się z 1000 elementów. W pewnym momencie usłyszeliśmy huk, jakby
coś spadło. Agnieszka zrzuciła ze stołu cały zestaw. Gdy
weszliśmy do pokoju, siedziała w kącie i płakała. Dowiedziałam
się wtedy, że pokłóciła się z koleżanką przy całej klasie, a
jej przyjaciółka, zamiast stanąć po jej stronie, przyznała rację
koleżance, z którą się kłóciły. To było powodem złości
Agnieszki. Udało się ją uspokoić. Pozbierałyśmy wszystkie
puzzle. Najgorzej było je policzyć. Pomagały nam trzy osoby.
Okazało się, że znaleźliśmy wszystkie. Agnieszka powiedziała,
że nie płacze przez kłótnię w szkole, tylko że trzeba będzie
układać wszystko jeszcze raz. I zaczęła się śmiać. Według
mnie, to nie było śmieszne, bo spędziłyśmy przy zestawie wiele
godzin, ale skoro Agnieszka przestała myśleć o wydarzeniach w
szkole i skupiła się na czymś innym, to zaczęcie od nowa nie
wydawało się takie straszne. Na drugi dzień wszystkie trzy
dziewczynki pogodziły się, każda przyjęła przeprosiny i wszystko
wróciło do normy.
piątek, 27 października 2017
Choinka na wystawie
W
sklepach powoli zaczynają pojawiać się choinki. Pogoda jest taka,
że na wystawach powinny pojawić się parasole, ale na to nie mamy
wpływu. Od rodziców koleżanek Ani i Agnieszki dowiedziałam się,
że skoro choinki się pojawiły, czas zacząć pisać listy do
Świętego Mikołaja. Nie, żeby jakieś dziecko wierzyło w
świętego, ale tradycja nakazuje, to wszyscy piszą. Każdy sklep
chce być pierwszy. Im wcześniej reklamy świąteczne pojawią się
w oknach wystawowych, tym większe szanse na sprzedaż towarów.
Fakt, że często są to rzeczy dostępne przez cały rok, ale gdy
przy cenie znajdzie się jakaś ozdoba świąteczna, to już nie to
samo. Dzieci piszą listy, więc rodzice i dziadkowie muszą zacząć
rozglądać się za prezentami. Co kupić w tym roku. Oczywiście nie
kupimy ich już teraz, ale warto rozeznać się w obowiązującej
modzie i cenach, jakie za takie przyjemności przyjdzie nam zapłacić.
Jak każdego roku, kupienie prezentu dla najmłodszej dwójki naszych
wnuków nie będzie problemem, przecież przez cały rok
obserwowaliśmy czym lubią się bawić, to w przypadku Ani i
Agnieszki trzeba będzie się bardziej postarać. Ostatnio pisałam o
przyjęciu urodzinowym. Zauważyłam, że jeden z prezentów jakie
otrzymała solenizantka, zestaw „Fisher
Price- gra piotruś” bardzo się naszym maluchom spodobał. Może u
nas będzie to jeden z prezentów. Ponieważ Ania i Agnieszka, mimo
że mają dopiero po 12 lat, wiele rzeczy uważają za zbyt dziecinne
dla nich, to z zestawów „Wrotkarski zestaw Make -up Soy Luna”
będą zadowolone. Myślę, że wolałyby jakieś kosmetyki dla
dorosłych, ale jak to mówią, od czegoś trzeba zacząć. To są
tylko wstępne pomysły, a w miarę zbliżania się 6 grudnia oferty
sklepów będą coraz większe i ciekawsze, wszystko może się
zmienić. Rzecz jasna przy wyborze prezentów będą się też
liczyły listy napisane przez dzieci, ale znając
nasze wnuki nie muszę się martwić, że będą to życzenia,
których nie uda się spełnić.
wtorek, 24 października 2017
Niezwykłe przeżycie
Urodziny
najmłodszej wnuczki to dla babci ogromne przeżycie, zwłaszcza gdy
to ona organizuje przyjęcie. Warto wspomnieć, że wnuczka ma trzy
lata. Rodzice solenizantki chcieli powierzyć to zadanie zewnętrznej
firmie. Z tego powodu wybuchła pierwsza, wielka awantura. Nie raz
opisywałam takie przyjęcia. Wiele z nich kończyła się
katastrofą. Jak mówią reklamy, każde przyjęcie jest zaplanowane
od początku do końca i zawsze się udaje. W praktyce wyglądało to
trochę inaczej. Żeby ktoś nie pomyślał, że żadna z firm nie
potrafi zorganizować przyjęcia, nie. W naszej okolicy są dwie
takie firmy, a właściwie były dwie. Po jednym z przyjęć, które
nie zdążyło się nawet rozpocząć, jedna z firm musiała
zrezygnować z działalności. Przyjęcie było zaplanowane na
słoneczny dzień, w końcu nie padało od prawie tygodnia, i nagle
niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz. Nikt nie był na to
przygotowany, z wyjątkiem rodziców i to oni uratowali przyjęcie.
Druga awantura wybuchła u nas w domu. Chodziło o prezent.
Przypomnę, że solenizantka ma trzy lata. Moja genialna córka
chciała na prezent kupić „Wrotkarski
zestaw Make -up Soy Luna” Ludzie,
zestaw make – up dla trzyletniego dziecka? Kłóciłyśmy się o to
prawie dwie godziny. Jak się później okazało, ktoś wpadł na
taki sam pomysł. W końcu dała się przekonać. Fakt, że nie
odzywała się do mnie przez cały dzień, ale rano jej przeszło.
Razem wybrałyśmy się na zakupy. Odwiedziłyśmy chyba wszystkie
sklepy z zabawkami w okolicy. Kupiłyśmy kilka rzeczy, między
innymi zestaw kart „Fisher Price- gra piotruś” Wszystkie dzieci
znają tę grę. I jestem pewna, że nie tylko dzieci. Kategoria
wiekowa +3, więc
idealnie się nadawał na prezent. Oczywiście były też zakupy dla
naszych dzieci. Na wszelki wypadek gdyby odkryły gdzie i co
kupiłyśmy. Przyjęcie się udało, wszyscy byli zadowoleni, a
szczególnie solenizantka.
piątek, 20 października 2017
Co ja wyrabiam
Wczoraj
po południu miałam gości. Ktoś powie, goście jak goście. Czym
się tu ekscytować. Może i tak, ale cel ich wizyty był
ekscytujący. Ale od początku. Jak pamiętacie, w sobotę miałam
przyjemność pomagać Agnieszce i Marcie w lekcjach. W połowie
nauki doszła jeszcze jedna koleżanka. Uczyłyśmy się historii
wykorzystując do tego celu przygotowane przez dziewczynki karty.
Przygotowywałyśmy się do zapowiedzianego na wczoraj sprawdzianu.
Nauczyciel zmienił zdanie i przełożył go na poniedziałek. W
zamian wszyscy uczniowie zostali wezwani do odpowiedzi. Każda z
moich uczennic otrzymała ocenę dobrą z plusem. I tu dochodzimy do
wspomnianych odwiedzin. Odwiedziły mnie mamy koleżanek Agnieszki.
Jako dobra gospodyni zaprosiłam je do środka, przygotowałam
poczęstunek i wtedy się zaczęło. Mamy zaczęły opowiadać o
powrocie swoich córek do domu w sobotę wieczorem. Mimo tłumaczenia,
nie mogły zrozumieć w jaki sposób dziewczynki uczyły się do
sprawdzianu. Całe wyjaśnienia zakończyły się słowami „zobaczymy
co z tego wyniknie” Wczoraj okazało się, że oceny jakie ich
córki otrzymały, były jak do tej pory najlepsze. Czwórka z
historii to niesamowity wyczyn, a w domu jeszcze większym wyczynem
było zmuszenie ich do nauki. W sobotę wieczorem dziewczynki wróciły
do domu ucieszone jak po najlepszej imprezie. Nikt z domowników nie
mógł uwierzyć, że wracają po kilkugodzinnej nauce. Po powrocie
córek ze szkoły z wiadomościami o otrzymanych ocenach mamy uznały,
że muszą dowiedzieć się kto i w jaki sposób przygotował ich
dzieci do sprawdzianu. I tak trafiły do mnie prawie z pretensjami,
co ja wyrabiam z ich dziećmi. Opowiedziałam o rozgrywce w
„Anty-monopoly” i kartach. Na początku nie bardzo mi wierzyły.
Pokazałam karty i sposób ich wykorzystania, ale widziałam po ich
twarzach, że i to nie pomogło. Ponieważ z dziewczynkami umówiłam
się na następne spotkanie, tym razem w sprawie przyrody, obiecałam,
o ile ich córki się zgodzą, że będą mogły obserwować co i jak
robimy. Może, gdy zobaczą na własne oczy, wtedy uwierzą.
środa, 18 października 2017
Złodzieje
W
szkole widziałam już różne rzeczy, ale o szajce złodziei słyszę
pierwszy raz. Jakiś tydzień temu dzieciom zaczęły ginąć
najpierw długopisy, piórniki i inne drobne przybory. Agnieszka
przyszła któregoś dnia ze szkoły i oznajmiła, że ktoś ukradł
jej piórnik. Na pewno zgubiła i żebyśmy nie robili awantury jaka
to ona jest nieuważna, powiedziała o kradzieży. Tak pomyśleliśmy.
Później dowiedzieliśmy się od innych rodziców, że ich dzieciom
przytrafiło się coś podobnego. W końcu zaczęły ginąć plecaki.
Dyrektor szkoły zawiadomił policję i kilka dni później złodzieje
zostali złapani. Co z tego, jak skradzionych przedmiotów nie udało
się odzyskać. Trzeba było udać się do sklepu po nowe. Jak już
nie raz pisałam, na zakupy zawsze udajemy się całą rodziną.
Jednak tym razem nie było czasu na całodzienne chodzenie po
sklepach. Jednak co zrobić, żeby wszyscy oprócz Agnieszki zostali
w domu. Ania zgodziła się od razu, z dwójką najmłodszych było
gorzej. Nie wiadomo skąd, ale od razu wiedziały, że ich siostra
wybiera się na zakupy. Potrzebowaliśmy czegoś, co odwróci ich
uwagę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze mam na takie
okazje przygotowane różne rzeczy. Gry, puzzle albo inne zabawki.
Tym razem też miałam. Parę tygodni temu jeden ze sprzedawców
przygotował w swoim sklepie prezentację nowych produktów.
Zaciekawiły mnie dwa z nich. Zestawy edukacyjne „1,2,3
liczysz Ty!” i „A,B,C czytać chcę” Są to zestawy składające
się z kolorowych klocków, na których z jednej strony są literki
lub cyfry, a z drugiej kolorowe obrazki i słowa. Trzeba było
jeszcze znaleźć kogoś, kto zaopiekowałby się maluchami pod naszą
nieobecność. Na ochotnika zgłosił się dziadek. Dziwiliśmy się
trochę, ponieważ nigdy nie spieszył się do takich zadań. Skoro
sam zaoferował pomoc, to nie mogłyśmy się nie zgodzić. Dzieci
zaczęły układać klocki, a my mogłyśmy w spokoju opuścić dom.
Kupiłyśmy co było trzeba. Po powrocie zastałyśmy ciekawą
sytuację. Dziadek razem z dziećmi siedział na podłodze i razem
układali klocki. Widać było, że dobrze się bawią.
poniedziałek, 16 października 2017
Marzenie z dzieciństwa
Witajcie.
Stało się to, czego się obawiałam. Pamiętacie, jak pomagałam
Agnieszce i jej koleżance Marcie w nauce? W największym skrócie
było to tak: Nauczyciel historii zapowiedział sprawdzian. Prawie
całej klasie nie poszedł on najlepiej, więc wszyscy mieli
możliwość poprawy oceny. Agnieszka poprosiła mnie o pomoc w
przygotowaniu się do odpowiedzi. Zgodziłam się. Jak można się
domyślić od razu powiedziała swojej koleżance kto jej pomagał.
Na drugi dzień pomagałam już im obydwóm. Na wszelki wypadek poprosiłam
je, aby nikomu nie mówiły o tym fakcie. Niestety takich rzeczy nie
ukryje się zbyt długo. Dziewczynki miały przyjść do mnie rano i
miałyśmy uczyć się o rozbiorach Polski. Zanim zaczęłyśmy,
rozegrałyśmy kilka rundek w „Anty – monopoly” tak dla
oczyszczenia umysłów. Pech chciał, że gdy rozpoczęłyśmy naukę,
do drzwi zapukała koleżanka Agnieszki. Otworzył dziadek i zanim
zdążyłyśmy zareagować była już w środku. Wszystko się
wydało. Między koleżankami wybuchła awantura. Wyjaśniłam, że
to ja prosiłam, aby nikomu nie mówiły. Co było robić? Zaprosiłam
również ją do wspólnej nauki. Przyznam się bez bicia, że gdy
byłam mała, moim marzeniem było zostać nauczycielką. Zawsze
podobał mi się ten zawód. Jednak życie ułożyło mi się trochę
inaczej. Ale jak widać nawet na stare lata można realizować
marzenia z dzieciństwa. Nauka zajęła nam prawie całe popołudnie.
Zauważyłam, że jak prawie wszystkie dzieci, dziewczynki są
zdolne, ale trochę leniwe i na pewno brakuje im motywacji.
Zaczęłyśmy grać w karty. Nawet nie zauważyły, że celem gry
było zdobycie wiedzy na temat rozbiorów Polski. Żeby było jeszcze
ciekawiej cały zestaw kart zrobiły same. Jakie będą skutki takiej
nauki zobaczymy już jutro. Mam nadzieję, że choć trochę udało
mi się oszukać ich wewnętrznego lenia i taki sposób nauki
przyniesie zamierzony efekt. Gdy pod koniec dnia sprawdziłam ich
wiadomości, znały odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Wszystko
okaże się już jutro.
środa, 11 października 2017
Nauczycielka
Jak pisałam, pomagałam Agnieszce w nauce historii. Okazało się,
że dobrze wywiązałam się z tego zadania, bo dziś wezwano ją do
odpowiedzi i dostała czwórkę. Jej koleżankom nie poszło tak
dobrze. Po szkole Agnieszka opowiedziała nam jak to wyglądało.
Przed lekcją miała ochotę sama zgłosić się do odpowiedzi.
Namawialiśmy ją na to, ale w końcu stchórzyła. Mówiła, że
gdyby się zgłosiła sama, a nie znała odpowiedzi na jakieś
pytanie, wtedy nauczyciel w wyjątkowo złośliwy sposób
zaznaczyłby, że nic nie umie. Trochę wstyd przy całej klasie. I
tak musiała odpowiadać. Znała odpowiedzi na wszystkie pytania,
oprócz jednego. Chodziło o jakieś mało znaczące nazwisko. Nie
zgadniecie co wymyśliła Agnieszka. W imieniu najlepszej koleżanki
Marty poprosiła mnie o pomoc w nauce. Owa koleżanka też została
wezwana do odpowiedzi mimo zgłoszenia przed lekcją, że się nie
przygotowała. Dostała ocenę niedostateczną i możliwość
poprawienia jej dziś. Pomyślałam sobie, że skoro z Agnieszką
poszło mi całkiem dobrze, to może uda mi się pomóc jej
koleżance. Zjawiła się o umówionej godzinie. Okazało się, że
materiału jest więcej niż mówiły, ale jak obiecałam to nie
mogłam się wycofać. Po trzech godzinach powtarzania tego samego,
postanowiłam zrobić przerwę. W ramach odprężenia chciałam
zaproponować rozgrywkę w „Anty-monopoly”
jednak po namyśle uznałam, że ułożenie jakiegoś zestawu puzzli
będzie lepszym sposobem na odprężenie się. Okazało się, że tak
samo jak Agnieszkę, puzzle uspokajają również jej koleżankę. Po
sześciu godzinach nauki wszystkie zgodnie uznałyśmy, że Marta
jest dobrze przygotowana. Gdy to piszę dziewczynki są jeszcze w
szkole. Nie chcę nawet myśleć, co będzie gdy Marta dostanie jakąś
dobrą ocenę i gdy reszta koleżanek dowie się kto pomagał jej w
nauce. Szkoda, że nie poprosiłam aby nikomu o tym nie mówiły. Nie
żebym chciała robić z tego jakąś wielką tajemnicę, ale
wyobraźcie sobie coś takiego: cała klasa przychodzi do Was prosić
o pomoc w nauce. Co byście zrobili?
poniedziałek, 9 października 2017
Dotrzymać obietnicy
Jeszcze podczas wakacji obiecałam, w miarę swoich możliwości,
pomagać Agnieszce w nauce. Obietnica obejmowała przedmioty takie
jak historia albo przyroda. Zapytacie, dlaczego akurat te? Odpowiedź
jest bardzo prosta. Nie trzeba się uczyć regułek. Cała nauka
polega na opowiadaniu swoimi słowami o wydarzeniach opisanych w
książkach. Tak się złożyło, że w najbliższy wtorek nauczyciel
historii obiecał wezwać do odpowiedzi właśnie Agnieszkę. Przez
jakiś czas była na zwolnieniu lekarskim i właśnie wtedy prawie
wszyscy uczniowie z jej klasy byli pytani. Trzeba było wywiązać
się z obietnicy. Jak wiadomo, w czasie nauki potrzebny jest spokój.
Niestety, przez cały weekend mieliśmy pod opieką całą piątkę
naszych wnuków. W takich warunkach nie za bardzo dało się uczyć.
Gdy zaczęłyśmy, reszta dzieci z uwagą nam się przyglądała.
Szczególnie najmłodsza dwójka. Co chwila powtarzały to co my.
Oczywiście po swojemu. Czasem z sensem, czasem bez. Przypomniałam
sobie robienie tortu dla męża. Pamiętacie jak to było? Najmłodsze
dzieci też powtarzały po mnie niektóre czynności. Później
miałam masę sprzątania, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o
powtarzanie czynności. Na dnie szafy miałam schowany zestaw „A,
B, C Czytać chcę” Jest to edukacyjny zestaw pomagający dzieciom
w poznawaniu liter i nauce czytania. Producentem jest firma Trefl.
Nie wiem dlaczego go kupiłam, po prostu w czasie zakupów zauważyłam
go na półce. Pomyślałam, że może kiedyś się przydać. No i
proszę. Miałam rację. Poprosiłam męża, aby zaczął zabawę w
czasie gdy my zrobimy przerwę. Udało się. Dzieci zainteresowały
się poczynaniami dziadka. Razem z Agnieszką wróciłyśmy do nauki.
Zajęło nam to ponad trzy godziny. W tym czasie nikt nie zajrzał do
nas ani raz. Czy wywiązałam się z obietnicy, zobaczymy we wtorek.
Wydaje mi się, że Agnieszka jest dobrze przygotowana do
odpowiedzi. Możliwe też, że trzeba będzie zaopatrzyć się kilka
zestawów edukacyjnych. Tak na wszelki wypadek. Na szczęście w
ofercie Trefla jest ich dużo.
czwartek, 5 października 2017
Grasz, nie gotuj
Gry, puzzle, karty i wszystkie inne produkty tego typu mają według
producentów zapewnić rozrywkę na długi czas. Niestety w wielu
przypadkach z takimi rzeczami jest jak z serialami. Co z tego, że
producent zachwala w opisach i reklamach jaka to gra jest świetna i
edukacyjna. Gra jest po prostu nudna. Grałam z rodziną w wiele
takich gier. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Jak to
mówią, każdy produkt służący rozrywce musi mieć „to coś”
co nie pozwala odejść od planszy, telewizora czy monitora. Są
takie produkty. Na pewno nie raz byliście świadkami bądź
uczestnikami sytuacji, gdy trzeba było odejść od jakiejś gry ale
się nie dało. Jeszcze jedna rozgrywka, jeszcze jeden potwór do
zabicia, a za chwilę okazuje się, że jest trzecia rano i zaraz
trzeba będzie wstać do pracy. Niestety z takich sytuacji mogą
wyniknąć niemałe kłopoty. Mój mąż jest wielkim smakoszem
boczku. Mógłby go jeść na śniadanie, obiad i kolację. Ostatnio
kupiłam kawałek. Po przyniesieniu zakupów do domu boczek włożyłam
do garnka żeby go ugotować. Kawałek był dość duży, więc i
garnek musiał być odpowiednich rozmiarów. Chwilę później
przyszła Agnieszka i przyniosła swój najnowszy zakup, grę
„Anty-monopoly” Zaczęłyśmy grać. Do rozgrywki zaprosiłyśmy
dziadka, żeby było ciekawiej. Boczek się gotował, a ja co chwila
chodziłam sprawdzić czy już jest gotowy. W miarę rozwijającej
się sytuacji w grze, robiłam to coraz rzadziej. W pewnym momencie
usłyszeliśmy syrenę strażacką za oknem. Okazało się, że nasza
rozgrywka trwała trochę dłużej niż zakładaliśmy i w tym czasie
woda w garnku zdążyła się wygotować a boczek całkowicie się
spalił. Dymu było tyle, że któryś z sąsiadów zadzwonił pod
112 i wezwał straż pożarną, myśląc, że u nas w domu wybuchł
pożar. Po przyjeździe straży miejskiej i wyjaśnieniu sytuacji,
dostaliśmy mandat za nieuzasadnione wezwanie strażaków. Nie wiem
dlaczego my. Przecież zadzwonił sąsiad. Mała rada dla wszystkich:
gdy zaczynacie grać w jakąkolwiek nową grę, upewnijcie się, że
nic się w kuchni nie gotuje.
środa, 4 października 2017
Wypracowanie
Jak każdego roku, uczniowie piszą wypracowanie na temat: Jak
spędziłeś wakacje. Gdy moje dzieci chodziły do szkoły, miały o
czym pisać. Każdego roku wyjeżdżały na kolonie czy obozy. Nie
trzeba było być zbyt bogatym, aby to się udało. Miałam to
szczęście, że pracowałam w zakładzie, którego oddziały
znajdowały się w różnych miejscach Polski. Tak się złożyło,
że były to najatrakcyjniejsze turystycznie tereny naszego kraju.
Zakopane, Ustka czy Stary Sącz. Niestety zakład został zamknięty,
na jego miejsce otworzono nowy z tym, że już bez takiego zaplecza.
Również ceny takich wyjazdów też się trochę zmieniły. Wysłanie
trójki dzieci na dwutygodniowe kolonie może być zbyt dużym
obciążeniem dla wielu domowych budżetów, więc wszelkie wyjazdy
organizują sami rodzice. Wychodzi dużo taniej. Jak wiecie, w tym
roku część naszej rodziny wyjechała nad morze w połowie wakacji.
Można powiedzieć, że pogoda dopisała. Nie działo się jednak
nic, co byłoby warte opisania. Trzeba było dodać coś, aby było
co opowiedzieć. Wiecie również o moim wyjeździe w połowie
września. Miałam pomóc przyjaciółce. I właśnie ten wyjazd był
tematem wypracowania. Żeby jak najmniej mijać się z prawdą,
opisałyśmy dokładnie co się tam działo, o czym możecie
przeczytać w moich wcześniejszych postach, ale dodałyśmy udział
Agnieszki w kilku wydarzeniach i zmieniłyśmy datę i miejsce
pomocy. Nie była to świetlica w szkole, a w ośrodku wypoczynkowym.
Dodałyśmy również turniej układania puzzli i rozgrywek w
„Anty-monopoly”
Jest
to gra firmy Trefl wzorowana na starej i bardzo popularnej grze
„Monopoly” Trochę zmieniły się zasady i epoka, ale klimat gry
został zachowany. Tym razem kierujemy swoim imperium na miarę XXI
wieku. Mali przedsiębiorcy, monopoliści i tak dalej. Kto grał, ten
wie o co chodzi. Wypracowanie ma być oddane do piątku, ale z tego
co wiem, wszyscy już swoje prace skończyli. Teraz pozostało czekać
na ocenę.
poniedziałek, 2 października 2017
Sposób na dzieci
Jak
przekonać dziecko do nauki? Wystarczy odpowiednia motywacja. Na moją
najmłodszą dwójkę wnuczków znalazłam sposób i to całkiem
przypadkiem. To było przed urodzinami męża. Zawsze przyjęcia
były organizowane z okazji imienin,ale ponieważ była to okrągła
rocznica, w tym roku przenieśliśmy świętowanie. Właśnie
dlatego, że była to okrągła rocznica urodzin, postanowiłam
osobiście przygotować tort. Nie żebym była jakąś mistrzynią
cukiernictwa, ale pamiętam z dawnych lat, że wszystkim moje wypieki
smakowały. Przynajmniej tak mówili. Ale nie o to chodziło. Przy
wyrabianiu ciasta zauważyłam, że moje wnuczki dziwnie mi się
przyglądają. Jak nasypuję mąkę czy rozbijam jajka. Nie wydawało
mi się to jakoś specjalnie dziwne, może z wyjątkiem spokoju z
jakim to robiły, chciały się po prostu dowiedzieć co robi babcia.
W pewnym momencie zauważyłam brak kilku rzeczy. Ze stołu zniknęła
torebka z mąką, jajka i słoik dżemu i oczywiście dzieci.
Zajrzałam do ich pokoju i aż mnie zatkało. Cała podłoga była w
mące, jajkach i dżemie. Powiedziały, że też pieką placek. Wtedy
właśnie zauważyłam, że bardzo często powtarzają po mnie różne
czynności. Żeby sprawdzić swoją teorię, wybrałam się do sklepu
i kupiłam dwa zestawy zabawek o najdziwniej brzmiących nazwach,
oczywiście według mnie. Pierwszym zestawem jaki wybrałam był
„Akuku
Stuku Puku” Po
dłuższych poszukiwaniach znalazłam kolejny zestaw. Nazywa się
„A,B,C czytać chcę” Przyszłam do domu i pokazałam zakupy
wnuczkom. Nie za bardzo zainteresowało je to co kupiłam, więc sama
zaczęłam układać literki i obrazki. Wyglądało to trochę
dziwnie, babcia bawiąca się klockami i dzieci przyglądające się
jej. Po chwili przyłączyły się do zabawy. To samo spróbowałam z
drugim zestawem. Efekt był taki sam. Moja teoria potwierdziła się.
Niestety działa tylko na najmłodszą dwójkę. Gdybym zaczęła
odrabiać lekcje za starsze dzieci, one poszły by
spotkać
się z przyjaciółmi i cieszyły by się, że nie muszą się uczyć,
bo ktoś zrobi to za nie. Ten sposób nie zadziała.
piątek, 29 września 2017
Urlop
Urlop. Planujemy go jeszcze przed wakacjami. Niektórym udaje się
zrealizować swoje plany a niektórym nie. W naszej rodzinie to się
udało. Niestety nie było możliwości, aby wszyscy wyjechali w tym
samym czasie i akurat na mnie padło, że musiałam zostać w domu.
Prawdę mówiąc zgłosiłam się na ochotnika, ale nie mówcie
nikomu. Urlop powinien być czasem wypoczynku i najlepiej spędzić
go bez rodziny. Takie jest moje zdanie. Może słuszne, może nie.
Osądzicie sami. Pod koniec wakacji skontaktowała się ze mną dawna
znajoma. Mieszka nad morzem i potrzebowała pomocy przy prowadzeniu
małego pensjonatu. Oczywiście się zgodziłam. Nie będę opowiadać
o przygotowaniach do wyjazdu i samej podróży. Po prostu nic
ciekawego się nie działo. Na miejscu zostałam serdecznie powitana.
Koleżanka zaczęła przepraszać, że nie powiedziała wszystkiego
na temat tej pomocy. Szkołę, którą trzeba było wyremontować po
ostatnich wydarzeniach pogodowych trzeba było gdzieś przenieść.
Zgadnijcie kto zgodził się przyjąć najmłodszych uczniów. Trzeba
było zorganizować lekcje a dla niektórych dzieci również
poprowadzić świetlicę. To zadanie przypadło mnie. Co było robić.
W końcu się zgodziłam. Jak na tak mały pensjonat, świetlica była
bardzo dobrze zaopatrzona. Gry, puzzle i wszystko inne co jest
potrzebne do zorganizowania czasu wolnego młodym ludziom. Nie
uwierzycie jak się zdziwiłam, gdy okazało się, że producentem
największej części wyposażenia sali jest firma Trefl.
Dowiedziałam się, że to nie przypadek. Po prostu produkty z Trefla
są najlepszym wyborem. Tak mówiła nie tylko koleżanka ale
dyrektorka szkoły też. Nie raz byłam w szkole, na przykład na
wywiadówkach. Widziałam jak zachowują się uczniowie. Tu było
zupełnie inaczej. Cisza i spokój. Żeby zorientować się czy
trwają lekcje czy przerwa trzeba było wyjść na korytarz. Dzieci
były bardzo grzeczne. Wróciłam wczoraj. Nie powiem, że to był
wymarzony urlop, ale do najgorszych nie mogę go zaliczyć. Takich
uczniów mogą zazdrościć wszyscy nauczyciele i pracownicy szkoły.
czwartek, 7 września 2017
Podwójne zasady
Na pewno zauważyliście, że młodzież w zależności od środowiska
w którym się znajduje, zachowuje się jak zupełnie inna osoba.
Świetnym przykładem z mojego otoczenia będzie Agnieszka. Uczy się
w szóstej klasie. Ale to już wiecie. Ostatnio umówiła się z
koleżankami na wycieczkę po sklepach w galerii handlowej.
Oficjalnie miało to być po lekcjach, ale wszyscy wiemy co wygra w
starciu: szkoła kontra moda. Jednak w tym przypadku wygrała szkoła.
Dziwne, prawda? Po lekcjach Agnieszka wróciła do domu, zjadła
obiad i wzięła się za odrabianie lekcji. Żebyście nie pomyśleli,
że jest jakimś „kujonem” Po prostu na popołudnie umówiła się
z koleżankami. Nie wiadomo dlaczego, ale gdy zaczął padać deszcz,
wszystkie dziewczynki uznały, że lepiej zostać w domu niż zmoknąć
podczas tej wycieczki. Przecież galeria ma dach, ale niech im
będzie. Żeby było jeszcze dziwniej, przyniosły do domu grę „Ego”
firmy Trefl. Chciałam się dowiedzieć co takiego ma w sobie ta gra,
że wygrała nawet z zakupami. Na stronie producenta dowiedziałam
się, że jest to gra towarzyska, polegająca na odpowiadaniu na
pytania dotyczące innych graczy. Widząc jak dobrze się przy tym
bawią, postanowiłam nie przeszkadzać. Jednak po paru godzinach
zaproponowałam im herbatę i ciastka. Nie uwierzycie, ale od razu
wszystkie dziewczynki zaproponowały pomoc w przygotowaniu
poczęstunku. Nie raz, gdy prosiłam o coś Agnieszkę czy
którekolwiek z moich wnuczków o pomoc, w każdy delikatny sposób
odmawiały. A to musiały się uczyć, a to nie czuły się za
dobrze. A tu proszę, jakie uczynne. Zaproponowałam Agnieszce, że
po tak wyczerpującej rozgrywce, w ramach odprężenia, zajmą się
czymś spokojniejszym. Miałam na myśli puzzle. W odpowiedzi
usłyszałam, że na takie zabawy jest za duża. Dziwne, jeszcze
wczoraj układałyśmy je razem i wszystko było w porządku. Jak
mówiłam. Inne zasady w towarzystwie babci, a inna gdy dookoła są
koleżanki. Które lepsze? Tego nie wiem. Mam nadzieję, że
zdecyduje się na jedne z nich, nie ważne które.
wtorek, 5 września 2017
Niespodzianka
Po
wczorajszych uroczystościach z okazji rozpoczęcia roku szkolnego
niektórzy uczniowie byli bardzo zadowoleni, inni mniej, a jeszcze
inni wcale. Jak to mówią: każdemu nie dogodzisz. Z przedszkolakami
jest inaczej. Jak wspominałam, mieliśmy przymusowy remont jednej z
sal. Dla przypomnienia, zgniła podłoga. Nie było to jakieś
wielkie wyzwanie dla firmy. Jedynym kłopotem był czas. Pomijając
szczegóły, sala została przygotowana trzy dni przed terminem i
wszystkie dzieci mogły ocenić rezultaty zaraz po uroczystościach.
Pisałam również o konieczności wymiany wszystkich zabawek.
Niestety zgniły razem z podłogą. Sponsor znalazł się szybko,
firma Trefl też nie zawiodła, przedstawiła najlepszą ofertę i na
przyjęcie dzieci wszystko było gotowe. To tak dla przypomnienia.
Przed rozpoczęciem uroczystości dyrektorka poinformowała
wszystkich przedszkolaków o małej niespodziance. Rodzice wiedzieli,
że chodzi o wyposażenie sali. W końcu pomagali w tym finansowo.
Gdy uroczystość się skończyła, rodzice zostali poproszeni o
udanie się do domu i odebranie dzieci około 13. Wieczorem mieliśmy
gości. Dwójka naszych przedszkolaków przyszła opowiedzieć nam
swoje wrażenia z pierwszego dnia. Spełniły obietnicę, co im się
chwali. Dowiedzieliśmy się jak wyglądało przyjęcie do
przedszkola nowych dzieci. Wydawało mi się, że po zakończeniu
uroczystości rozpoczynających rok szkolny, wszystkie dzieci idą do
swoich sal i to wszystko. Okazało się, że to cały rytuał.
Najpierw przedszkolanka przywitała wszystkich. Najważniejszą
częścią przyjęcia do nowej grupy, był wybór szafki w szatni,
gdzie każdy będzie zostawiał ubrania. Każda szafka ma swój
znaczek i trzeba było wybrać coś dla siebie. Dopiero wtedy można
przejść do sali. Teraz czas na niespodziankę.
Wyposażenie sali. Wszystkie zabawki wymienione. Wśród wszystkich
nowych gier i kart pojawiły się zestawy „Grzybobranie
w Zielonym Gaju” Jest
to gra planszowa z przepiękną kolorową planszą i wieloma
elementami przestrzennymi takimi jak koszyczki na grzyby, pionki i
oczywiście grzyby. Wszyscy chcieli od razu zacząć w grać.
Przedszkolanka obiecała im to na jutro. Dziś oglądali resztę
wyposażenia. Dzieci opowiadały co to za przedmioty, ale co chwila
wracały do grzybków.
poniedziałek, 4 września 2017
Rozpoczęcie roku szkolnego
Stało się. Nadszedł wielki dzień. Rozpoczęcie roku szkolnego.
Wielu uczniów uzna to za herezję, ale siedząc przed ekranem
komputera mogę sobie na nią pozwolić. Gdy przedstawiłam swoją
opinię moim wnuczkom, Ania i Agnieszka prawie się na mnie obraziły.
Jednak wśród piątki naszych pociech, dwójka najmłodszych nie
mogła się doczekać, kiedy pierwszy raz po wakacjach pójdą do
przedszkola. Wszyscy mieli zobaczyć nową salę gimnastyczną. Ale
od początku. Nasza miejscowość leży na trasie pielgrzymek na
Jasną Górę. Każdego roku, w połowie sierpnia gościmy
pielgrzymów podążających do Częstochowy. Jako dobrzy gospodarze,
oferujemy uczestnikom posiłek i w razie potrzeby nocleg. Miejsca
jest bardzo dużo. Szkoła, basen, hotel i ewentualnie prywatne domy.
Trzeba było szybko znaleźć dodatkowe miejsca. Wybór padł na salę
gimnastyczną w przedszkolu. Duża, niedawno remontowana idealnie
nadawała się do tego celu. Wszyscy byli zadowoleni. Może to zbieg
okoliczności, ale gdy pielgrzymi nas opuścili, dyrektorka
zauważyła, że podłoga w sali gimnastycznej zaczyna gnić.
Niestety podczas malowania sali obok, wszystkie zabawki spakowano do
pudeł i postawiono niedaleko pechowego miejsca. Gnijąca podłoga to
nic przyjemnego ani dla oka, ani dla nosa. Po obejrzeniu i obwąchaniu
pudeł z zabawkami uznano, że je też trzeba wymienić. Rodzice
widzieli efekty remontu trzy dni temu, a dzieci dopiero dziś. Z
wymianą parkietu nie było problemu. Gorzej z zabawkami. Puzzle,
karty i inne gry. Wszystko trzeba było kupić nowe. Sponsor się
znalazł. Pozostało wybrać z wielu ofert. Najciekawszą z nich
przedstawiła firma Trefl. A to niespodzianka. Jak wiecie, większość
zabawek znajdujących się w naszym przedszkolu jest właśnie tej
firmy. Rodzice również dołożyli swoją cegiełkę. Zestawy „Arka
Noego” czy „Moje pierwsze rymowanki” były ich wkładem w
wyposażenie sali. Oczywiście było tego więcej, ale te dwa
spodobały mi się najbardziej. Nasze wnuczki mają takie same w domu
i bardzo im się podobają. Gdy wrócą z przedszkola, na pewno będą
opowiadały swoje wrażenia. Nie wiem czemu, ale bardzo lubię te ich
opowieści.
wtorek, 29 sierpnia 2017
Chrzest
W każdej rodzinie, gdy na świat przychodzi dziecko, panuje wielka
radość. Wszyscy wymyślają imiona dla nowego członka rodziny,
ale i tak ostatnie słowo mają rodzice. Nadchodzi dzień chrztu
świętego. Oczywiście dla tych, którzy sobie tego życzą.
Pierwsza okazja do świętowania, a właściwie druga. Pierwszą są
narodziny dziecka. Organizowane jest uroczyste przyjęcie, przychodzą
goście. Jeśli przyjęcie, to prezent. W rodzinnych stronach mojego
męża, był taki zwyczaj, że gdy szło się na jakąś uroczystość
do dziecka, a w domu było ich kilkoro, prezenty trzeba było dać
wszystkim, bo przecież nie można sprawić przykrości pozostałym.
Ten zwyczaj przeniósł się razem z nami do nowego domu. W okolicy
szybko się przyjął. Nie raz wspominałam, że mam dużą rodzinę.
Nie dawno jedna z moich sióstr została po raz pierwszy babcią.
Radości i łez było mnóstwo i to ona zorganizowała ogromne
przyjęcie z okazji chrztu. Na szczęście dla dziecka wybrano imię
Łukasz. Dlaczego na szczęście? Przysłuchajcie się, jakie imiona
nadaje się dziś dzieciom to zrozumiecie. Mówiłam, że jeśli w
domu jest więcej dzieci, wszystkim daje się jakiś prezent. Ale
nikt nie wiedział co zrobić, gdy w domu jest tylko jedno dziecko,
ale na przyjęciu będzie ich więcej. Obdarować wszystkie, czy
tylko głównego bohatera. Po wcześniejszych naradach uznaliśmy, że
jednak trzeba kupić coś wszystkim dzieciom z tą różnicą, że
najważniejsze z nich dostanie coś od każdego gościa z osobna, a
reszta po jednym prezencie od wszystkich. Ostatnio w naszej okolicy
pojawiła się moda na glutożelki. Osobiście nie wzięłabym tego
do ręki, ale dla dzieci to świetna zabawa. Na stronie sklepu firmy
Trefl znalazłam coś takiego. Nazywa się to „Warsztacik
Glutożelków” Kategoria wiekowa +8, więc dla najstarszych dzieci
będzie w sam raz. Głównemu bohaterowi przyjęcia kupiliśmy
grawerowaną pamiątkę chrztu świętego. Zamiast kupować jakieś
ubranka czy inne rzeczy, umówiliśmy się z rodzicami, że mały
Łukaszek dostanie od nas pieniądze i niech oni kupią co będzie
potrzebne.
piątek, 25 sierpnia 2017
Zainteresowanie czy już obsesja
Ludzie mają różne zainteresowania. Czasem w jednej rodzinie każdy
interesuje się czym innym, a czasem kilka pokoleń tym samym. U nas
jest to wszystko co ma jakikolwiek związek z pociągami. Był czas,
że wszędzie, gdzie nie spojrzeć, plątały się modele lokomotyw,
wagonów i książki o kolejnictwie. Wszystko zaczęło się od
mojego taty. Pracował jako zawiadowca stacji. Pamiętam, gdy wracał
do domu zawsze opowiadał co mu się przydarzyło, jakie pociągi
przejeżdżały przez jego stację i jakich ludzi spotkał.
Słuchaliśmy jak zaczarowani. Gdy przedstawiłam rodzinie swojego
narzeczonego, obecnie męża, mój kochany tatuś od razu zaczął go
wciągać w świat kolei i pociągów. Niestety mu się udało.
Powiecie, to dobrze, że ma jakieś zainteresowania. Zgoda, ale
zainteresowania a obsesja to co innego. Mieliśmy w domu modele i
opisy chyba wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z pociągami.
Pewnego dnia, po wielkiej awanturze, wszystkie te zabawki wylądowały
w garażu, który nie wiadomo czemu od razu został zamknięty na
kłódkę. Myślałam, że będzie spokój. Okazało się, że
wszystko zostało odbudowane. Ogromna makieta miasta. Drogi, budynki
i oczywiście linie kolejowe. Naszego syna też zaczęły interesować
pociągi. Wiele godzin spędzali z tatą w tym garażu, bawiąc się
modelami. Niestety okazuje się, że nasze najmłodsze wnuki też
mogą tak skończyć. Zauważyłam, że gdy tylko w telewizji
nadawany jest jakiś program związany z pociągami, dzieci rzucają
wszystko i siadają przed ekranem. Teraz gdy kupujemy jakieś karty
albo puzzle, muszą być związane z koleją. Na stronie sklepu firmy
Trefl znalazłam zestaw „Hejka Kolejka” Jest to model kolejki
wykonany z drewna. Nie jest to może jakiś zaawansowany technicznie
zestaw, ale myślę, że dla trzylatków w zupełności wystarczy.
Mam nadzieję, że uda mi się uchronić dzieci przed wpadnięciem w
obsesję. Z doświadczenia wiem, że to nic dobrego. Będą chciały
interesować się pociągami, proszę bardzo. Przypilnuję jednak,
żeby oprócz kolei w ich życiu liczyło się coś jeszcze.
środa, 23 sierpnia 2017
Zabawa w chowanie
Od kilku dni pod naszą opiekę została oddana najmłodsza dwójka
naszych wnuków. Tak się złożyło, że przez dwa tygodnie ich
rodzice chodzą do pracy na tę samą zmianę. Gdy pięknie świeciło
słońce, ze znalezieniem zajęcia nie było kłopotu. W ogrodzie
mamy zainstalowany basen. Nie to żebym się chwaliła, ale nie jest
to taki kupiony w markecie. Zestaw robiony na zamówienie przez
znajomego, zajmującego się takimi projektami. Nie jest to ogromny
basen, ma trzy metry długości i dwa szerokości i jest
przystosowany zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Po prostu ma
różne głębokości. Nasze kochane wnuki bardzo lubią zabawę w
chowanego. Jednak nie chowają się dzieci, ale to one chowają jakiś
przedmiot, a moim i dziadka zadaniem jest jego znalezienie. Ich
skrytką zawsze jest basen. Siadają w wodzie i trzymają przedmiot
pod nią. Wiadomo, że nie wszystko można zamoczyć, więc naszą
chowaną zabawką jest „VTech- Grająca Rybka do Kąpieli” firmy
Trefl. Ale pogoda się zepsuła, za oknami zaczął padać deszcz i
zabawy na basenie musiały się skończyć. W domu było trochę
trudniej. Na puzzle albo kalambury są za małe, ale na szczęście
sklepy internetowe oferują całą gamę produktów, które mogą
zainteresować małe dzieci. Takim produktem jest „Franek
Sześcianek” Nazwa nie mówi zbyt wiele, ale po zapoznaniu się z
opisem mogę Wam troszkę o nim opowiedzieć. Jak sama nazwa
wskazuje, jest to sześcian. Na każdej jego ściance jest
przygotowana inna zabawa. To chyba najważniejsze rzeczy. Po więcej
informacji odsyłam na stronę sklepu. Niestety nasze wnuki są zbyt
„żywe” i jest niewiele rzeczy, które mogłyby zatrzymać je w
jednym miejscu, ale ten sześcian spełnił swoje zadanie.
Przynajmniej przez dwa dni. Trzeba było wrócić do zabawy w
chowanie. Nie wiem co ta zabawa w sobie ma, ale bawimy się w to już
trzeci dzień, skrytka dzieci zawsze jest ta sama, w sumie nasza też.
Za nic w świecie nie chcą bawić się w nic innego.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Wyprawka do szkoły
Witajcie po dłuższej przerwie. Nie zagłębiając się w szczegóły,
musiałam na trochę wyjechać. Ale do rzeczy. Jak to mówią,
reklama jest dźwignią handlu. Większość to tylko słowa, ale
trafiają się takie, które ukazują prawdę. Z doświadczenia wiem,
że jest ich bardzo mało, ale jednak. Co zrobić, takie czasy i
trzeba się przyzwyczaić. Na ogół nie wierzę reklamom, jednak
czasem trzeba coś kupić, nie dlatego, że jest to wychwalane w
reklamach, ale po prostu jest potrzebne. Każda okazja jest dobra,
żeby układać reklamy. Obecnie taką okazją jest zbliżający się
rok szkolny. Wszędzie można zobaczyć i usłyszeć oferty przyborów
szkolnych. Każdy sklep próbuje prześcignąć konkurencję.
Plecaki, kredki, piórniki i wiele, wiele innych przedmiotów trzeba
kupić. Reklama może pomóc, ale nie może być jedynym źródłem
informacji. Najlepiej iść do sklepu i samemu dokonać wyboru, a
jeszcze lepiej aby takiego wyboru dokonali sami zainteresowani. W
końcu to dzieci będą używać tych wszystkich przyborów. Jednak,
jak wszyscy wiemy, zabranie dzieci na zakupy, szczególnie do dużych
sklepów, prawie zawsze kończy się w dziale z zabawkami. W naszej
rodzinie to na mnie spadł obowiązek przygotowania wyprawek dla
wnucząt. Postanowiłam, że najpierw sama udam się do sklepu, aby
zapoznać się z ofertą, a dopiero później zabiorę dzieci. W
sklepie byłam świadkiem ciekawej sytuacji. Chodząc między
regałami zauważyłam kilkoro dzieci, które za wszelką cenę
ciągnęły chyba rodziców w jedno miejsce. Nie trudno się
domyślić, że chodzi o dział z zabawkami. Przez głośniki przez
cały czas słychać było ofertę właśnie z tego działu. Puzzle,
karty a nawet stare, dobre warcaby. Głos namawiał do zakupów. Po
godzinie słuchania tego samego też udałam się na wyżej
wymieniony dział. Chyba wszystkie dzieci jakie były w sklepie,
krążyły między regałami. Po kilku godzinach wróciłam do domu.
Kupiłam kilka rzeczy. Po plecaki, piórniki czy ubrania trzeba
zabrać dzieci. W tym przypadku to one muszą wybrać. Oczywiście
dział z zabawkami też odwiedzimy.
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
Wielkie szczęście
Mimo brzydkiej pogody, a może lepiej byłoby napisać strasznej, w
naszej miejscowości niewiele się dzieje, jeśli chodzi o wichury,
burze i wszystko co z tym związane. Deszcz, kilka piorunów i
grzmotów. Nasza okolica ma chyba jakiegoś anioła stróża. Kilka
lat temu mieliśmy nawet trąbę powietrzną. Szalała po lesie,
zniszczyła wiele drzew, ale po dotarciu do naszych granic,
zawróciła. Jak mówiłam, anioł stróż. Od tamtego czasu dzień 6
sierpnia to dodatkowe święto parafialne. Co roku tego dnia
organizowana jest uroczystość na pamiątkę tamtego wydarzenia. Nie
pomyślcie sobie, że świętujemy przejście trąby powietrznej,
nie. Świętujemy ominięcie naszej miejscowości przez trąbę.
Widząc, co obecnie dzieje się w naszym kraju po przejściu
nawałnic, chyba mamy prawo do swojego święta. Wybaczcie, zaczęłam
odbiegać od tematu. Uroczystość miała być zorganizowana przed
kościołem, niestety pogoda na to nie pozwoliła. Od dwóch dni
padał deszcz. Uroczysta msza w kościele, a resztę zorganizowano w
domu kultury. Święto, jak to święto. Powitania ważnych
osobistości, życzenia i przemówienia gości. Zauważyłam pewną
prawidłowość. Im wyższe stanowisko, tym dłuższa przemowa. W
sumie wszyscy mówili o tym samym, tylko używając innych słów.
Trzy godziny słuchania jakie to my mamy szczęście. Trudno się nie
zgodzić, ale czy nikt nie wpadł na to, żeby wygłosić jedną mowę
w imieniu wszystkich? Nasza uroczystość różni się trochę od
wszystkich innych, organizowanych przez cały rok. Wstęp mają
wszyscy chętni, ale w występach i pokazach mogą brać udział
wyłącznie mieszkańcy naszej parafii. Dla dzieci przygotowano
rozgrywki w kalambury. Na tę okazję stworzono specjalne zestawy
puzzli. Po ułożeniu powstaje obrazek przedstawiający trąbę
powietrzną omijającą nasz kościół. Każda rodzina otrzymała
takie puzzle w pierwszą rocznicę tego wydarzenia. Ktoś powie, że
lepiej zapomnieć. A ja Wam mówię, że takie rzeczy trzeba
pamiętać. Nie wszyscy w naszym kraju mają takie szczęście.
Wystarczy obejrzeć jakiekolwiek wiadomości.
piątek, 11 sierpnia 2017
Coś nowego
Ostatnio w naszej miejscowości nastała nowa moda. Co kilka dni
odbywają się prezentacje gier i zabawek. Jedna z nich miała
miejsce wczoraj. Organizatorami byli nasi dwaj geniusze, sołtys i
dyrektor szkoły. Z doświadczenia wiem, że gdy oni biorą się za
coś takiego, zawsze jest ciekawie. Temat przewodni prezentacji „
zabawki i gry z dawnych lat” Na początku wszyscy myśleli, że
taki rodzaj rozrywki nie zainteresuje młodego pokolenia. Wyobraźcie
sobie wyraz twarzy organizatorów, gdy na pokaz przyszły chyba
wszystkie dzieci, które nie wyjechały na wakacje. O prowadzenie
pokazu poproszono jedyną osobę, którą można uważać za eksperta
w dziedzinie zabawek, czyli pana Adama, zaprzyjaźnionego
kolekcjonera. Zgodził się bez namysłu, nawet obiecał przywieźć
kilka eksponatów. Oczywiście słowa dotrzymał. W przeddzień
całego wydarzenia organizatorzy zaczęli przygotowywać salę.
Przygotowano plan prezentacji, ale prowadzący i na to był
przygotowany. Powiedział, że jeśli ma prowadzić pokaz to na
swoich zasadach. Szczególnie po przeczytaniu przygotowanego
scenariusza. Wszystko zaczęło się o 9 rano. Na początku były
powitania, podziękowania i takie tam. Pierwsze pytanie jakie pan
Adam zadał, zatkało wszystkich zebranych. Poprosił, aby podać
kilka przykładów zabawek, którymi bawili się rodzice albo
dziadkowie. Po długiej chwili jedno dziecko wymieniło karty. W tym
temacie wyjaśnień za dużo nie było. Wspomniano tylko grę
„Piotruś” Wymieniano jeszcze puzzle, ale więcej przykładów
nie było. Wtedy prowadzący pokazał pudełko warcabów. O ile o tej
grze kilka osób potrafiło coś powiedzieć, to o grze z drugiej
strony planszy nikt nic nie wiedział. Nawet dorośli mieli problem.
Chodzi o grę „Młynek” Gra bardzo prosta, albo inaczej, zasady
gry bardzo proste. Zablokować przeciwnika, to rozgrywka może być
trudniejsza niż mogłoby się wydawać. Nie będę opisywać, jak
może ona wyglądać, bo każda jest inna, ale jak w każdej grze w
„Młynku” trzeba być skupionym, żeby nie przegrać zaraz po
rozpoczęciu. Dzieciom bardzo spodobała się taka prezentacja. Po
zakończeniu pytały, kiedy będzie następna. Tylko tym razem
chciałyby zagrać w przedstawiane gry. Obiecano im to jeszcze przed
końcem wakacji.
wtorek, 8 sierpnia 2017
Nowość
Na naszej tablicy ogłoszeń pojawiały się już różne plakaty.
Imprezy, uroczystości, wszelkiego rodzaju zbiórki i rocznice. Do
wyboru, do koloru. Wiele razy przechodziłam obok tej tablicy i
zawsze było to samo. Ostatnio pojawiło się coś nowego. Na
ogromnym plakacie było zaproszenie na prezentację. Jeden z dużych
sklepów przedstawiał swoje najnowsze produkty. Czegoś takiego
jeszcze nie było. Zaproszenie było kierowane przede wszystkim do
dzieci z okolicy. W całe przedsięwzięcie włączył się Gminny
Ośrodek Kultury, udostępniając salę kinową w domu kultury. Jest
to największe klimatyzowane pomieszczenie na naszym terenie.
Prezentacja trwała dwa dni. Pierwszego dnia, przedstawiciele
opowiadali o produktach jakie zamierzają pokazać. Dopiero drugiego
dnia wszystko się zaczęło. O umówionej godzinie wszystkie dzieci
stawiły się przed wejściem. Po otwarciu drzwi obowiązywała jedna
zasada. Kto pierwszy, ten lepszy. Jednak żadne dziecko z niej nie
skorzystało. Wszyscy wchodzili spokojnie, a miejsc wystarczyło dla
wszystkich. Zaraz za dziećmi wchodzili pracownicy sklepu, wnosząc
wielkie pudła. Okazało się, że przedmiotem prezentacji miały być
gry, zabawki i puzzle największych producentów. Wszystkimi
produktami można było się pobawić, we wszystkie gry zagrać.
Najmłodsi mieli najwięcej frajdy. Słyszeliście kiedyś o czymś
takim jak „Franek Sześcianek” Ja też nie. Właśnie z
prezentacji dowiedziałam się, że jest to mini plac zabaw. Na
każdej ściance jest inna zabawa. Albo „Śmigi Wyścigi”
następna nowość w ofercie firmy Trefl. Najprościej mówiąc, jest
to zestaw czterech równoległych torów wyścigowych, na których
najmłodsze dzieci mogą urządzać wyścigi. To tylko dwa z wielu
prezentowanych zestawów. Jenak w całej prezentacji był jeden
haczyk. Dzieci, które zdecydowały się na zabawę, musiały
opowiedzieć wszystkim zebranym swoje wrażenia. Wszyscy zastanawiali
się, po co przygotowano scenę i nagłośnienie. Teraz już wiadomo.
Nie wszystkie dzieci miały na tyle odwagi aby wyjść i w obecności
całej sali wygłosić swoje zdanie na temat konkretnych zabawek. Na
koniec dnia wszyscy uczestnicy otrzymali w prezencie wybrany przez
siebie zestaw.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Dożynki parafialne
Już nie raz pisałam, że nasz sołtys jest geniuszem jeśli chodzi
o organizację imprez. Przeżyłam już kilka lat, uczestniczyłam w
wielu takich wydarzeniach, bardziej lub mniej udanych. Jednak te,
organizowane przez naszego sołtysa zawsze są na najwyższym
poziomie i oczywiście każda jest inna. Nie było takiej sytuacji,
że któraś była podobna do poprzedniej. Inaczej jest z imprezami
sportowymi. Wiadomo, że podczas zawodów muszą być przestrzegane
zasady poszczególnych dyscyplin, a one bardzo rzadko się zmieniają,
i wszystko wydaje się podobne do tego co już było na poprzednich
uroczystościach. Inne są tylko dyscypliny. Jednak i w tym przypadku
jest spore pole do popisu. W sobotę świętowano połowę wakacji.
Dla niektórych jest to przypomnienie, że jeszcze tylko miesiąc
został do rozpoczęcia roku szkolnego, dla innych zmiana turnusów.
My mamy to szczęście, że na naszym terenie znajduje się kilka
hoteli i kryta pływalnia, więc z wakacji najbardziej cieszą się
prywatni przedsiębiorcy. Ale wróćmy do imprezy. Tak się akurat
złożyło, że w tym samym dniu przypadały dożynki parafialne. Z
całej okolicy zjeżdżają się przedstawiciele wszystkich
miejscowości aby pokazać zwyczaje i stroje ludowe ze swoich
ojczystych stron. Zapomniałam wspomnieć, że nasza gmina to jedno
wielkie zbiorowisko ludzi z całego świata. Nie pomyliłam się, z
całego świata. Świętowano cały dzień. W tym samym czasie
trwały występy artystyczne i turnieje sportowe dla młodzieży.
Dwie dyscypliny cieszyły się zainteresowaniem też wśród
dorosłych. Stare, dobre warcaby i kalambury. Bardzo często na
takich imprezach najmłodsze dzieci miały możliwość powalczyć w
zawodach układania puzzli na czas, ale tym razem organizatorzy
zrezygnowali z tego pomysłu. W zamian pozwolono im wziąć udział w
kalamburach. Hasła były dużo łatwiejsze niż dla młodzieży, ale
i tak było mnóstwo zabawy i śmiechu. Dodatkowym utrudnieniem były
występy artystyczne. W przeciwieństwie do starszych uczestników,
dzieciom to w ogóle nie przeszkadzało. Nikogo nie zdziwi fakt, że
wszyscy uznali imprezę za bardzo udaną.
piątek, 4 sierpnia 2017
Rybka do kąpieli
Nie wiem jak w Waszych rodzinach, ale w mojej dzieci podczas kąpieli
bardzo lubią bawić się gumowymi kaczuszkami, żabkami i innego
rodzaju zabawkami przeznaczonymi do tego celu. Oczywiście po takiej
zabawie więcej wody jest na podłodze niż w wannie, ale zawsze
można powycierać. Jak to mówią, nie ma nic na wieki. Przychodzi
czas, gdy wszystkie gumowe kaczuszki, rybki i żabki trzeba wymienić.
Nie raz przekonałam się, że największe szanse na kupienie
potrzebnych rzeczy daje sklep internetowy firmy Trefl. Na pewno
powiecie, przecież jest wiele innych sklepów. Dlaczego akurat ten?
Nie raz szukałam różnych rzeczy i oprócz naszego osiedlowego
sklepu z zabawkami, tylko ten sklep nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze
znalazłam to, czego szukałam. Tym razem było podobnie. Szukałam
czegoś, czego moje wnuczki jeszcze nie miały. Już widzę reakcję
Ani i Agnieszki gdybym nie wspomniała, że chodzi mi o dwójkę
najmłodszych wnuków. Od razu udałam się na stronę Trefla. Po
chwili poszukiwań, znalazłam. Od razu spodobał mi się zestaw
„VTech- Grająca Rybka do Kąpieli” Cena wydawała mi się trochę
za wysoka, ale powiem Wam szczerze, że ta zabawka warta jest każdej
wydanej złotówki. Przy okazji kupiłam kilka gumowych kaczuszek.
Przesyła dotarła dwa dni po złożeniu zamówienia. Wieczorem
rozpakowałam zabawki i pokazałam dzieciom. Jeszcze nie widziałam,
żeby tak szybko biegły do łazienki. Prawie zaczęły się bić,
które pierwsze ma się kąpać z rybką. Okazało się, że
zapomniałam o najważniejszej rzeczy. Rybka była jedna, a dzieci
dwoje. Nie było innego wyjścia, trzeba było zamówić drugą.
Zabawka tak się spodobała, że teraz gdy tylko jest mowa o
wszelkiego rodzaju wodzie, czy o morzu, czy jakimś jeziorze, a nawet
basenie, dzieci od razu biegną po swoje rybki. O gumowych
kaczuszkach, żabkach i innych rzeczach nie chcą nawet słyszeć. I
jeszcze jedna rzecz. W łazience na podłodze jest dużo mniej wody.
W sumie rybka musi gdzieś pływać. Prawda?
środa, 2 sierpnia 2017
Wysłać chłopa na zakupy
Pogoda jaka jest, każdy widzi. Nie pomaga nawet klimatyzacja, a
właściwie coś co miało taki podpis. Nie znam się za bardzo na
takich urządzeniach, więc myślałam, że wysłanie mojego męża
wraz z synem po tego rodzaju sprzęt będzie dobrym pomysłem, ale
się myliłam. Wyobraźcie sobie, że te dwa barany pojechały do
sklepu ze sprzętem agd i kupiły najtańszy złom i to w dodatku w
promocji. Po przyjeździe do domu od razu się tym chwalili.
Myślałam, że ich zamorduję. W upalne dni większy efekt przynosi
włączenie nawet najmniejszego wentylatora niż tego czegoś. Do
morza mamy jakieś 600 km, jakikolwiek basen też odpada. Woda jest
tam zawsze ciepła i w takie dni jest więcej ludzi niż we wszystkie
inne dni razem. Dzieci mają lepiej. Podczas ostatnich zakupów
natrafiliśmy na ciekawą ofertę. Znaleźliśmy ogromny, pompowany
basen. W sam raz dla dzieci. Był tylko jeden problem. Woda
nagrzewała się zbyt szybko. Jedynym dobrze klimatyzowanym obiektem
dostępnym dla wszystkich jest świetlica domu kultury. Ogromna sala
mogąca pomieścić wiele osób. Wcześniej była tam jedna z
największych w okolicy sala kinowa. Gminny ośrodek kultury
zorganizował tam zajęcia dla wszystkich mieszkańców. Wielu z nich
nie miało ochoty na grę w warcaby czy układanie puzzli, ale poszli
ze względu na klimatyzację. Z drugiej strony nawet puzzle czy stary
jak świat „Młynek” pamiętacie taką grę, można jakoś
przeżyć, byle tylko chłodno. Dziwnie byłoby przyjść na
świetlicę i stać pod ścianą jak kołek, szczególnie, że
wnuczki ciągle namawiają na jakąś grę. Jeśli będzie więcej
takich dni, a w telewizji zapowiadają ich wiele, trzeba będzie
uruchomić oszczędności i kupić porządną klimatyzację. Tym
razem sama pojadę do sklepu. Jak mówiłam, nie jestem na czasie
jeśli chodzi o taki sprzęt, ale przyznacie sami, że gorszego nie
kupię. W dzisiejszych czasach sprzedawcy czasem pomagają w wyborze.
Gdy tylko zacznę podejrzewać, że sprzedawca coś kręci, pójdę
do innego sklepu, gdzie będą w stanie mi uczciwie doradzić.
środa, 26 lipca 2017
Zła pogoda
Pogoda może pokrzyżować plany, ale to żadna tajemnica. Wszyscy
przez to przechodziliście. Plan dopracowany w najdrobniejszych
szczegółach a tu zmiana pogody i cały plan się sypie. Od kilku
dni moje wnuczki spędzają u nas całe przedpołudnie. Sytuacja
wygląda tak, że co jakiś czas oboje rodziców pracują w tym samym
czasie. W roku szkolnym nie ma z tym problemu, bo całe przedpołudnie
dzieci spędzają w szkole i przedszkolu, ale w czasie wakacji dzieci
nie można dzieci pozostawić bez opieki. Na pewno wiecie o czym
mówię. Dzieci mają różne pomysły na spędzenie wolnego czasu.
Któregoś dnia, gdy oboje rodziców byli w pracy ich pociechy
wpadły na pomysł upieczenia ciasta. Niewiele brakło, aby doszło
do nieszczęścia. Cały dom w mące, jajkach i wszystkim co dzieci
znalazły w szafkach. Na koniec postanowiły upiec swoje dzieło.
Ciasto się całkowicie spaliło, ktoś zauważył dym wydobywający
się z okien i zadzwonił po straż pożarną. Po wyjaśnieniu
sytuacji, rodzice musieli zapłacić wysoki mandat i od tamtego
czasu, w trakcie nieobecności rodziców, dzieci goszczą u nas. Na
początku wakacji wybraliśmy się na spacer. W koło naszej
miejscowości przebiegają różnokolorowe szlaki turystyczne, więc
jest gdzie spacerować. Teraz, gdy tylko odwiedzają nas nasze wnuki,
pierwszą rzeczą o jaką pytają to czy pójdziemy na spacer. W
poniedziałek obiecałam im taką wycieczkę. Miały wziąć ze sobą
plecaki z piciem i mieliśmy iść. Niestety od samego rana padał
deszcz i nie mogłam dotrzymać obietnicy. Zupełnie nie było co
robić. Dziś było tak samo z tą różnicą, że tym razem byłam
przygotowana na deszcz. Będąc na zakupach wstąpiłam do sklepu z
zabawkami i zaopatrzyłam się w zestawy puzzli „Dwie strony mocy”
firmy Trefl. Dziś od rana świeci słońce i udało mi się
dotrzymać obietnicy. Chodziliśmy prawie trzy godziny, a na każdą
wzmiankę o powrocie do domu obie wnuczki kręciły nosem. Ale
wszystko się kończy i około 13 wróciliśmy do domu. Jak myślicie,
o co pytały dziewczynki gdy wracały do swojego domu?
poniedziałek, 24 lipca 2017
Z przejęciem
Jak już wiecie moja córka wraz z częścią rodziny spędziła
urlop nad naszym morzem. Od samego początku mieli same kłopoty.
Najpierw zepsuty samochód. Musieli jechać pociągiem. Na miejscu
okazało się, że pracownica hotelu zakwaterowała dwie grupy w tych
samych pokojach. Trzeba było wziąć inne i oczywiście dopłacić
różnicę w cenie. Jakby tego było mało, prawie przez cały czas
pogoda nie nadawała się do leżenia i opalania się na plaży.
Tylko ostatni dzień pobytu można było określić mianem udanego.
Do domu wrócili w sobotę rano. Myślałam, że chociaż wnuczki
przyjdą przywitać się ze mną, ale nie pojawiła się ani jedna.
Wszyscy przyszli w odwiedziny dopiero wczoraj. Dowiedziałam się, że
po drodze odwieźli do domu jedną z ciotek i dopiero późnym
wieczorem dotarli do domu. Wszyscy byli bardzo zmęczeni i zaraz po
przybyciu położyli się spać. Wstali około południa. Na drugi
dzień po ich wyjeździe dowiedziałam się od córki o ich
kłopotach, ale gdy wnuczki zaczęły opowiadać mi te wydarzenia nie
miałam sumienia im przerywać. Opowiadały z takim przejęciem,
jakby to były najważniejsze sprawy w ich życiu. Dowiedziałam się
na przykład, że podczas podróży ich pociąg stał na jednej
stacji bardzo długo, a tata nie pozwolił im wysiąść, dlatego
obraziły się na niego i zajęły się grą w karty. Pierwsze dni
były deszczowe trzeba było znaleźć jakieś zajęcie. Nadal były
obrażone, ale gdy zaproponował układanie puzzli wybaczyły mu, bo
przecież nie można się gniewać na ukochanego tatusia. Udawały
tylko. Puzzle „Dwie strony mocy” to zestaw specjalnie schowany w
innej walizce niż cała reszta rzeczy dla dzieci. Widocznie ktoś
uznał, że może się przydać dodatkowe pudełko. Miał rację. Ale
nie chodziło chyba o sytuację, w której zestaw posłuży do
udobruchania obrażonych dzieci. Żyję już parę ładnych lat na
tym świecie, ale jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś z takim
przejęciem opowiadał o rzeczach, które przydarzają się ludziom
na co dzień.
piątek, 21 lipca 2017
Brak prądu
Jak ja nie lubię takiej pogody. Wczoraj na termometrze mieliśmy 34
stopnie. W nocy było ich 26 i na dodatek padał deszcz. Mimo
pootwieranych wszystkich okien w pokoju było jak w saunie. Nie
pomagała nawet włączona klimatyzacja. Mówiłam mężowi, żeby
kupić jakiś model znanego i cenionego producenta, ale on jak zwykle
na pierwszym miejscu stawiał cenę. Pamiętam czasy, gdy stawialiśmy
dom. Wszystkie główne okna musiały być skierowane na południe.
Wiecie, taras, słońce przez cały dzień i takie tam. Żałuję, że
nie da się zbudować domu, który można by było obracać. Już to
widzę, dom się obraca a słońce niech sobie świeci w jego tył.
Wtedy nawet najtańsza klimatyzacja poradziłaby sobie. Ależ ja mam
wyobraźnię, prawda? Deszcz, niech sobie pada. Po takich upałach go
potrzeba, ale niech to się odbywa spokojnie. W nocy wiał silny
wiatr. Okna trzeba było pozamykać. Wszyscy mieli do wyboru. Albo
sauna, albo basen. Osobiście wolę basen, ale dla domu nie jest to
wskazane. Wyobraźcie sobie panele na podłodze nasiąknięte wodą.
Na naszym osiedlu rośnie wiele drzew. Niektóre są starsze od
najstarszych domów. Takie drzewa są często puste w środku. Wiele
z nich powycinano, ale jedno stoi do dziś. Wycięcie go jest bardzo
niebezpieczne, gdyż stoi bardzo blisko kilku domów. Zawsze przy
silnym wietrze łamią się jakieś gałęzie. Wczoraj taka gałąź
spadła na transformator. Całe osiedle nie miało prądu. Co robić
w takiej sytuacji? Dzieci siadają na fotelach ze smartfonami w
rekach, grają, słuchają muzyki. Gorzej gdy taki smartfon się
rozładuje. Ja jestem w lepszej sytuacji. Zajęłam się układaniem
puzzli. Nie za bardzo lubię „Gwiezdne wojny” ale z braku innych
musiał mi wystarczyć zestaw „Dwie
Strony Mocy” firmy Trefl. Zbiegiem okoliczności produkty tej
firmy, zawsze ratują nas w takich sytuacjach. Gdy
wszystkie smartfony straciły zasilanie, dzieci postanowiły
przyłączyć się do mnie. Jak to mówią: w grupie raźniej. Mam
nadzieję, że awaria szybko zostanie usunięta.
środa, 19 lipca 2017
Wuuuuujek!
W poniedziałek odwiedził nas niespodziewany gość. Po południu
usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Myślałam, że to któraś z
koleżanek Agnieszki przyszła w odwiedziny, więc nie spieszyło mi
się, żeby otworzyć. Agnieszce wprost przeciwnie. W pewnej chwili
usłyszałam pisk a potem okrzyk „wuuuujek” Wyjrzałam na
korytarz i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. W drzwiach stał
Sławek. Wieści szybko się rozeszły i wczoraj mieliśmy w domu
prawdziwe przedszkole. Chyba wszystkie koleżanki i koledzy Ani i
Agnieszki przyszły przywitać się z dawno nie widzianym gościem.
Jak się okazało, Sławek był przygotowany na ciepłe przyjęcie ze
strony dzieci, ale nie przewidział, że odwiedzi nas ich aż tyle.
Dowiedziałam się od niego, że cały bagażnik ma wypełniony
grami, puzzlami i zestawami kart. Przywiózł prezenty chyba w
wszystkich miejsc, które odwiedził podczas swojej nieobecności.
Ale jak mówiłam, nie wiedział, że dzieci będzie aż tyle. Nie
mógł obdarować wszystkich. Anie i Agnieszka już w pierwszy dzień
otrzymały prezent powitalny. Nie wiadomo skąd, ale Sławek
wiedział, że lubią serię o gwiezdnych wojnach. Zaczęły się
nimi interesować jakiś miesiąc temu, więc zestawy puzzli „Dwie
Strony Mocy” bardzo im się
spodobały. Całe wczorajsze popołudnie nasz gość spędził na
zabawie z dziećmi. Nie było nawet chwili, żeby z nim porozmawiać.
Nie raz i nie tylko my ale inni rodzice też, próbowaliśmy
dowiedzieć się, dlaczego dzieci tak bardzo lubią się z nim bawić.
Dowiedzieliśmy się tylko, że tu cytat „wujek jest inny niż
wszyscy” Jeśli chodzi o Sławka, to widać było, że lepiej czuje
się w towarzystwie dzieci niż dorosłych. Żebyście mnie dobrze
zrozumieli. Mimo kilku błędów z młodości Sławek to, według
mnie, dobry człowiek. W żadnym wypadku nie zrobiłby i w miarę
swoich możliwości nie dałby zrobić żadnemu dziecku nawet
najmniejszej krzywdy. Tego możecie być pewni. Wszyscy już wiedzą,
że wyjedzie w najbliższy piątek. Wszystkie przywiezione zestawy
zostały u nas. Było ich za mało żeby obdarować wszystkich.
poniedziałek, 17 lipca 2017
I tak mieli szczęście
Wreszcie dojechali. Ale kto, gdzie i kiedy? Jak pamiętacie, ostatnio
pisałam o planach urlopowych mojej córki. Dla przypomnienia. Wraz z
częścią rodziny wybrała się nad morze. Mieli jechać
siedmioosobowym autem, ale w ostatniej chwili okazało się, że
samochód trzeba oddać do warsztatu. Pierwsza zmiana planów.
Pojechali pociągiem. Podróż miała trwać ponad osiem godzin.
Trwała prawie 15. Po drodze, na jednym z przejazdów jakiś obywatel
zostawił spalony samochód i po prostu uciekł. Na szczęście
maszynista miał dobry refleks i zdążył wyhamować. Ktoś wezwał
policję, karetkę i straż pożarną. Potraktowano to zdarzenie jako
wypadek. Od razu sprawdzono trzeźwość maszynisty. Zamiast
podziękować mu za uniknięcie zderzenia, policja zaczęła badać
czy nie jest pod wpływem alkoholu. Wstyd. Ale co zrobić. Spisywanie
zeznań, oglądanie miejsca zdarzenia, i sprawdzanie czy ktoś nie
został ranny trwało prawie 7 godzin. W końcu wrak usunięto i
pociąg mógł ruszyć w dalszą drogę. Dzieci w tym czasie
zachowywały się bardzo grzecznie. Jak pamiętacie, rodzice
spakowali różne gry i puzzle na ewentualne deszczowe dni. Przydały
się teraz. Nasza trójka małych podróżników zajęła się
układaniem zestawu puzzli „Dwie
Strony Mocy” Po dotarciu na miejsce okazało się, że przez
pomyłkę zakwaterowano dwie grupy w tych samych pokojach, a ponieważ
druga grupa przyjechała na czas, to oni zajęli zarezerwowane
miejsca. To druga zmiana planów. Zamiast dwóch trzyosobowych pokoi,
nasi urlopowicze zmuszeni byli zająć trzy dwuosobowe. Oczywiście
za ten dodatkowy pokój trzeba było dopłacić. Gdy
córka do mnie dzwoniła i opowiadała co zaszło, bardzo się
zdenerwowała. Moim zdaniem i tak mieli dużo szczęścia. Mogło się
zdarzyć, że nie było wolnych pokoi. Co wtedy? Jak widać za
oknami, pogoda nie za bardzo nadaje się do leżenia na plaży, ale
miejmy nadzieję, że to się zmieni. Zgodzicie się ze mną, że
wszyscy jadący na wakacje liczą na słońce, szczególnie gdy jadą
nad morze.
piątek, 14 lipca 2017
Dobry zwyczaj, nie pożyczaj
Samochód, niby zwykła rzecz. Jedni nie mają go wcale, inni używają
go jak każdego innego wyposażenia, a jeszcze inni poświęcą
prawie wszystko, żeby tylko pokręcić kierownicą. Niech nikt nie
myśli, że jestem przeciwniczką posiadania auta. W naszej rodzinie
od zawsze jest i myślę, że należymy do tej drugiej grupy
użytkowników. Ale nie ma nic gorszego, przynajmniej według mnie,
gdy właścicielami samochodu jest kilka osób. Wszyscy chcą
jeździć, ale jak przyjdzie zapłacić za naprawę to nie ma
chętnych. A jeszcze gorzej, gdy tym samochodem jeździ połowa wsi.
Zapytacie, jak to? Połowa wsi to rodzina. Dalsza, bliższa, ale
rodzina. Gdy raz się pożyczyło, bo jakaś tam ciotka musiała
jechać do szpitala, to teraz nikomu nie pasuje odmówić. Jak
mówiłam, rodzina. A rodzinie się nie odmawia. I później są tego
efekty. Za każdym razem, gdy auto po takiej pożyczce się psuło,
właściciele obiecywali, że już nikomu go nie pożyczą. Jak to
mówią, obiecanki cacanki. Zbliża się połowa wakacji. Niektórzy,
z różnych powodów, dopiero teraz wybierają się na urlop. Tak
właśnie jest z moją córką. Zarezerwowała hotel, do wyjazdu
szykują się już od tygodnia. Zgadnijcie, które auto, jedyne w
naszej rodzinie, pomieści tylu pasażerów. Niestety tak. To, które
przechodzi z rąk do rąk. Nasi urlopowicze też postanowili go
pożyczyć. Oczywiście im się poszczęściło, bo w tym czasie nikt
nie miał zaplanowanej żadnej podróży. Walizki spakowane, wszyscy
niecierpliwie oczekiwali przyjazdu środka transportu. Okazało się,
że auto jest zepsute. Trzeba będzie jechać pociągiem, a to wiąże
się z przepakowaniem wszystkiego. Ubrania, buty i wszystko inne
trzeba było zmieścić w połowie walizek. Najgorzej było z kartami
i puzzlami, które dzieci przygotowały na ewentualne deszczowe dni.
Trzeba było je tak umieścić, żeby w pociągu był do nich łatwy
dostęp. W końcu to ponad osiem godzin jazdy. Można było kupić
dodatkowe zestawy. Firma Trefl ma w swojej ofercie bogaty wybór,
więc z tym nie będzie problemu. Jak mówiłam. Nie ma nic gorszego,
jak pożyczanie auta.
środa, 12 lipca 2017
Zmiana zdania
Jak pamiętacie, uczniowie naszej szkoły zostali zaproszeni na
otwarcie wystawy pod nazwą „czy to jeszcze zabawki” od
zaprzyjaźnionego kolekcjonera zabawek. Zaproszenie zostało
przekazane przy okazji prezentacji jaką przeprowadził, aby zachęcić
do wizyty. Zawsze uważał, że wszelkie nowinki techniczne
instalowane w zabawkach „niszczą ich duszę” Jaka frajda z
zabawy, gdy cały czas coś miga i piszczy. To są jego słowa.
Ostatnio zmienił zdanie i właśnie dlatego postanowił otworzyć
nową salę przeznaczoną specjalnie dla zabawek, które oprócz
takich właśnie światełek i pisków nie mają nic innego do
zaoferowania, przynajmniej według jego oceny. W dzień wyjazdu
okazało się, że wynajęty autokar nie spełnia wymagań
technicznych i wycieczkę trzeba było przełożyć i przeprosić za
nieobecność. Nie uwierzycie, jakie było nasze zdziwienie, gdy po
około godzinie na plac przed szkołą wjechał nowiutki autokar z
reklamą muzeum. Za kierownicą siedział nasz gospodarz. Oznajmił,
że otwarcie wystawy nie może się odbyć bez jego ulubionych
zwiedzających i dlatego wysłał po nas swój pojazd. Nie
wiedzieliśmy, że go ma. Na miejscu czekała jeszcze jedna
niespodzianka. Ponieważ wszyscy znali zdanie gospodarza na temat
elektroniki, zorganizowano debatę, aby przekonać go do zmiany
podejścia. On przeciwko producentom. Jako przykład zaawansowanych
technologicznie zabawek posłużyły dwie „VTech-
Wywrotka Małego Budowniczego” i
„VTech – Jeździk Małego Cyklisty” Według producentów tego
rodzaju zabawki uczą dzieci kreatywności, koncentracji i pobudzają
wyobraźnię. Kilku trzyletnich ochotników otrzymało te zestawy.
Na początku zaczęły tylko naciskać przyciski, tak jak mówił
nasz gospodarz. Zabawki zaczęły mówić cyfry, kolory i grać
piosenki. Jednak chwilę później dzieci po usłyszeniu jakiegoś
słowa zaczęły je powtarzać. Po wrzuceniu na wywrotkę kolorowej
piłeczki usłyszały nazwę jej koloru. Gdy ktoś z widzów wywołam
jakiś kolor dzieci wiedziały którą piłkę należy wrzucić.
Otrzymały potwierdzenie. Śmiechu było co niemiara. Nasz gospodarz
publicznie przyznał, że może jednak się mylił. Po zakończeniu
uroczystości prezentowane zabawki można było kupić. Producenci
nie przygotowali się na taką ilość chętnych. Zestawów szybko
zabrakło.
poniedziałek, 10 lipca 2017
Impreza na cześć zwycięzców
Jak już nie raz pisałam, każda okazja jest dobra, żeby
zorganizować imprezę. U nas jest dużo takich okazji. Czasami
myślę, że za dużo. Wymienienie wszystkich, zajęło by mi trochę
czasu. Z drugiej strony, gdy mieszka się w małej miejscowości,
gdzie prawie nic się nie dzieje, takie uroczystości to jedna z
niewielu atrakcji. Jak wiecie, dookoła nas jest las, dlatego kilka
razy mieliśmy zaszczyt być gospodarzami mistrzostw w biegach na
orientację. Raz były to nawet mistrzostwa świata. Uroczystości na
cześć zwycięzców trwały prawie całą noc. Świętowali wszyscy.
Uczestnicy, sędziowie i kibice. Jak jedna wielka rodzina. Niestety
całe zawody przeznaczone były dla zawodników, którzy ukończyli
16 lat. Organizatorzy po zeszłorocznych mistrzostwach mieli kilka
nieprzyjemności z powodu tego ograniczenia. Co prawda tłumaczyli,
że to zależy od stopnia trudności trasy biegu, ale nikt nie
słuchał takich wyjaśnień. Podczas organizacji zawodów u nas,
poprosili lokalne władze o pomoc w przygotowaniu kilku konkurencji
dla najmłodszych, tylko w taki sposób, żeby nie zakłócało to
przebiegu mistrzostw. Wszystko odbyło się w szkole. Od zwykłego
układania puzzli po konkurs na największą bańkę mydlaną. Dla
najstarszych uczestników, mecze piłki nożnej i siatkówki.
Podobno dyrektor, obawiając się małego zainteresowania poddał
propozycje, aby zorganizować turniej pokerowy dla nauczycieli. Takie
rozgrywki na pewno cieszyły by się ogromną popularnością wśród
uczniów. Zobaczyć nauczycieli grających w karty, to niecodzienny
widok. Pomysł bardzo się spodobał. Oczywiście to był żart ze
strony dyrektora. Całe zawody miały trwać cały dzień. Nikt nie
przewidział, że puzzle i bańki mydlane nie będą nikogo
interesowały. Po turniejach w piłkę wszyscy i tak udali się na
trasę biegu, aby dopingować swoich faworytów. Nikt nie mógł
zarzucić organizatorom, że nie pomyśleli o najmłodszych, ale
skoro oni woleli kibicować zawodnikom, to już inna sprawa.
Mistrzostwa się udały. Nie było zamieszek, rannych ani aresztowań.
Z opowiadań sędziów wynikało, że takie sytuacje miały miejsce
przy okazji innych imprez.
czwartek, 6 lipca 2017
Czy to jeszcze zabawki?
Jeszcze przed wakacjami, w jednym z programów informacyjnych
słyszała zapowiedzi minister oświaty o wysłaniu do dyrektorów
szkół pisma z prośbą o organizację czasu dla uczniów, którzy w
czasie wakacji zostają w domu. Nasz dyrektor jest znany z takich
akcji i żadne pismo nie musiało mu o tym przypominać. Nie ważne
czy to wakacje, czy ferie zimowe żadne z dzieci nie pozostaje bez
opieki. Zajęcia są różne. Turnieje sportowe, wycieczki a
najmłodszych wieczory poetyckie. Nie pomyliłam się. Wiele razy na
takie spotkania zapraszano znanych w naszej okolicy ludzi, którzy
czytali dzieciom wybrane książki. W tym roku jedną z atrakcji miał
być wyjazd do centrum nauki Kopernik. Chętnych więcej niż miejsc
w autokarze. Dlaczego miał? Jak wiadomo do naszego kraju z wizytą
przyleciał prezydent USA. Ponieważ w planach wizyty była wizyta
jego żony w centrum, odwołano wszystkie rezerwacje. Wszystkie
dzieci były bardzo zawiedzione. Trzeba było wymyślić coś w
zamian. Nie było łatwo, ale z pomocą przyszedł znajomy
kolekcjoner zabawek. Co mają wspólnego zabawki z centrum nauki?
Może i niewiele, ale wizyty naszego znajomego zawsze były mile
widziane. Jak już pisałam, kolekcja zabawek zawierała eksponaty z
całego wieku. W całej kolekcji nie było ani jednej zabawki
związanej z technologią. Nasz gość przy każdym spotkaniu
twierdził, że to nie są zabawki tylko urządzenia. Jednak ostatnio
zmienił zdanie, nikt nie wie dlaczego. Od jakiegoś czasu zaczął
zbierać najnowsze, zaawansowane technicznie zabawki. Na prezentację
przywiózł swój ostatni nabytek. Były to zestawy „VTech-
Wywrotka Małego Budowniczego” i
„VTech – Jeździk Małego Cyklisty” najnowsze produkty firmy
Trefl. Na początku opowiadał o różnicach między zabawkami. Na
końcu powiedział coś takiego: Prawdziwy kolekcjoner musi mieć
zabawki każdego rodzaju, nie ważne czy mu się to podoba czy nie.
Są to produkty do zabawy, przeznaczone dla dzieci i powinny się
znaleźć w kolekcji. Wszystkie dzieci zostały zaproszone na
otwarcie wystawy pod nazwą: Czy to jeszcze zabawki? Nie możemy się
doczekać.
wtorek, 4 lipca 2017
Różnica pokoleń
Za oknem od kilku dni mamy
bardzo brzydką pogodę, ale to wiedzą wszyscy. Dorośli zawsze
znajdą sobie jakieś zajęcie. Z dziećmi jest gorzej. To my,
rodzice i dziadkowie, musimy im znaleźć coś do roboty. W
obowiązkach domowych nie bardzo chcą pomagać, komputery też nie
wszystkich interesują na tyle, by wszystko oddać za możliwość
grania czy przeglądania internetu. No i jeszcze liczy się wiek. Im
starsze dzieci tym jest gorzej. Wiadomą rzeczą jest, że
jedenastolatki nie za bardzo chcą się bawić ze swoim trzyletnim
rodzeństwem. Bardzo trudno wymyślić zabawę, która mogłaby
zainteresować obie kategorie wiekowe. Nie jest to zbyt miłe, ale
jak to zawsze powtarzają moje wnuczki, takie mamy czasy i ani
rodzice, ani dziadkowie tego nie zrozumieją. Okazało się, że mogą
mieć trochę racji. Niedawno kupiłam w sklepie internetowym zestaw
"Pychotki u Dorotki" Jest to zestaw modeli ciastek, który
w połączeniu z innymi tego typu zabawkami świetnie nadaje się do
zabawy w dom. Pamiętam, że Ania bardzo lubiła bawić się w dom.
Gdy tylko spotykała się z koleżankami, zawsze zaczynały od tej
zabawy, a później było różnie. Teraz uważają, że już są za
duże na takie coś. Teraz wolą układać puzzle, albo urządzać
wieczory karaoke. W sklepie firmy Trefl znalazłam coś, co moim
zdaniem idealnie pasowało do takich wieczorów. Był to "Mikrofon
Soy Luna" Niestety i tym razem nie zrozumiałam co wnuczka miała
na myśli mówiąc, że jest za duża na takie coś. Dziś sprzęt do
karaoke wygląda trochę inaczej, zwłaszcza cenowo. Mikrofony,
wzmacniacze, głośniki i cena 500 – 700 złotych. Z pomocą
przyszły młodsze wnuczki. Zaraz po rozpakowaniu zestawów od razu
się nimi zainteresowały. Nie w sposób przewidziany przez
producenta, ale jednak. Jedyną zabawą z mikrofonem było naciskanie
przycisków i słuchanie dźwięków odgrywanych przez urządzenie.
Szczególnie piosenka z filmu "Soy Luna" Jednak zakupy nie
były całkiem nie udane.
poniedziałek, 26 czerwca 2017
A to niespodzianka
Ostatnio pisałam, że do naszej miejscowości przyjechał cyrk.
Wydarzenie bardzo ważne, bo jak wszyscy wiecie na przedstawienia
przyjeżdżają też ludzie z daleka czasem na kilka dni. Muszą coś
jeść i gdzie spać, a zabrać prowiantu na wszystkie dni jest
trochę trudno. Najbliższą miejscowością była nasza. Wszyscy
potrzebujący jedzenia i noclegu odwiedzali nas. Najbardziej cieszyli
się właściciele sklepów i hotelarze. Wierzcie lub nie, ale
takiego oblężenia klientów nie mieliśmy od bardzo dawna. Nie
napisałam Wam jeszcze jednej rzeczy. Na ostatni występ większość
biletów wykupiły dzieci, więc prawie przez cały czas głównie do
nich był kierowany pokaz. W końcu klaun – iluzjonista nie zdarza
się co dzień. Wiadomo jak to w cyrku. Tresura zwierząt, akrobacje,
ale jak wcześniej największym zainteresowaniem cieszyły się
występy klaunów. Co do klauna. Po odjeździe artystów, wśród
mieszkańców rozeszła się plotka, że jeden z nich ma zamiar
odwiedzić nas raz jeszcze. Niestety nikt nie wiedział ani kiedy to
ma nastąpić, ani kto był tym klaunem. Pojawiło się kilka nowych
osób, ale żadna nie przypominała owego artysty. Na tablicy
ogłoszeń pojawiło się zaproszenie na darmowe pokazy. Jak nie
trudno się domyślić, wszystkie miejsca były zajęte. Ostatni z
występów odbył się w szkole na akademii z okazji zakończenia
roku. Dzieci domagały się powtórki sztuczki z bańkami mydlanymi.
Udało się. Jak wcześniej, do każdej sztuczki potrzebny był
ochotnik, albo dwóch. Najwięcej śmiechu było przy wykorzystaniu
zestawu „Kalambury
de LUXE” firmy Trefl. Najważniejszym punktem programu miało być
ujawnienie tożsamości klauna. Nikt się tego nie spodziewał, ale
klaunem okazała się dziewczyna mieszkająca dawno temu
w naszej miejscowości. Ale maski nie zdjęła. Wiedzieliśmy tylko,
że po ukończeniu studiów wyjechała za granicę. Okazało się, że
zaczęła pracować w cyrku właśnie jako klaun. Powiedziała, że
odkryła w sobie powołanie. Rozśmieszanie dzieci. Robi to od kilku
lat, i jak widać po jej występach, stała się mistrzynią, albo
raczej mistrzem. Obiecała, że jeszcze nas odwiedzi. Nie możemy się
doczekać. Zwłaszcza dzieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)