piątek, 29 grudnia 2017

Kto zawinił?

Witajcie. Zdarzyło się kiedyś, że zrobiono Wam awanturę za coś, z czym nie mieliście nic wspólnego? Mnie ostatnio tak. Ale od początku. Przed świętami mieliśmy pod opieką najmłodszą dwójkę naszych wnuków. Jaka była pogoda każdy wie, bardzo ciepło jak na tę porę roku i wkoło roztopiony śnieg. Jednak pewnej, nieszczęsnej nocy spadło trochę śniegu. Dzieci uznały, że można iść lepić bałwana. Jest śnieg, będzie bałwan. Oczywiście nie pozwoliłam im na to, a wtedy nasze kochane wnuki poszły zapytać o pozwolenie dziadka. Dobrze wiedziały, że on im na wszystko pozwala. I tym razem miały rację. Do tej pory, gdy nie pozwoliłam im na coś, szły do pokoju i zajmowały się jakąś grą albo puzzlami. Teraz nawet nie zauważyłam kiedy wyszły z domu. Bałwana oczywiście nie ulepiły, ale wróciły całkowicie przemoczone. Nikt nie przewidział takiej sytuacji, więc nie zabrały ze sobą żadnych ubrań na zmianę. Wysłałam dziadka, żeby takie przywiózł. Trwało to ponad dwie godziny. W wyniku tych zdarzeń, dwa dni później dzieci musiały odwiedzić lekarza. Właśnie wtedy córka zrobiła mi awanturę. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, a ona najpierw na mnie nawrzeszczała, a później wyjaśniła co się stało. To od niej dowiedziałam się o chorobie dzieci. Dziadek zawinił, a mnie się dostało. Może trochę słusznie, przecież obiecałam je pilnować. Tylko że dzieci trochę minęły się z prawdą jak opowiadały mamie całą sytuacje. To babcia pozwoliła. Chciałam je odwiedzić, zagrać z nimi w „5 sekund junior” żeby im się nie nudziło, ale córka zabroniła. Mogły posłuchać jak babcia zabroniła to nie byłoby całej sytuacji. Niech teraz siedzą same. Według mnie to trochę złe podejście, ale to przecież tylko moje wnuki. Nie raz słyszałam, że nie jestem ich mamą i nie mogę się wtrącać w wychowanie dzieci. Trochę racji w tym jest.

środa, 27 grudnia 2017

Obiecał, to będzie

Jak to mówią, święta, święta i po świętach. W każdej rodzinie tradycje są różne. Jedną z naszych jest spotkanie rodzinne. W drugi dzień świąt wszyscy spotykają się w domu rodzinnym. Tak się akurat składa, że to nasz dom. Ale dopiero w zeszłym roku nie zabrakło nikogo. Chodzi o Sławka. Podczas ostatniej wizyty, obiecał dzieciom, że w te święta na pewno przyjedzie, jednak jakiś tydzień temu dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. Wiadomo było co to oznacza. Nie chcieliśmy mówić dzieciom, żeby nie psuć im całego okresu świątecznego, ale pech chciał, że znalazły kartkę. Od samego początku nie wierzyły w nasze słowa, że skoro dostaliśmy już życzenia, to nie ma co liczyć na wizytę wujka. Obiecał, to przyjedzie i już. Ale im bliżej świąt, tym ich wiara w spełnienie obietnicy słabła. Było w tym trochę naszej winy, ale chyba było lepiej, że wiedziały wcześniej. Każdego roku ubieraniem choinki zajmowały się Agnieszka i Ania. W tym roku nie miały za bardzo na to ochoty. Myślałam, że prezenty pod choinką poprawią im humor, ale i to nie pomogło. Po ostatnim sprzątaniu, a właściwie katastrofie, musiałam kupić nowe. Wydawało mi się, że zestaw puzzli z ulubionymi bohaterkami „Anna i Elsa- Puzzle Glam” choć trochę poprawi humor Agnieszce, ale prezent otworzyła tylko dlatego, że o to poprosiliśmy. O Ani nawet nie ma co wspominać. Pierwszy dzień świąt każda z nich spędziła w swoim pokoju. Drugie święto zapowiadało się tak samo. Przy każdym dzwonku do drzwi dziewczynki wybiegały z pokoju sprawdzić kto przyszedł. Niestety. Gdy przyszli już wszyscy i siedliśmy do obiadu, dzwonek rozległ się jeszcze raz. Zgadnijcie, kto był pierwszy przy drzwiach. Gdy dziewczynki je otworzyły, okazało się, że obietnica jednak została dotrzymana. Teraz rodzina była w komplecie. Humor dzieci od razu się zmienił. Po obiedzie wszystkie chciały pochwalić się prezentami. Na jednym z nich była kartka z napisem: od wujka.

piątek, 22 grudnia 2017

Nieoceniona pomoc

Okres przedświąteczny, oprócz przeżyć duchowych, to czas sprzątania, pieczenia ciast i reszty przygotowań. Każdy chce mieć wtedy spokój, żeby móc wszystko zaplanować i nie robić wszystkiego od razu. U nas w domu, wolę wszystko zrobić sama, niż mieć pomoc, która bardziej przeszkadza niż pomaga. Niestety tak się składa, że każdy chce mieć spokój. Córka poprosiła nas o pomoc w opiece nad dziećmi w trakcie sprzątania. Dziadek od razu zgłosił się na ochotnika. Wszystko miało odbyć się u nich w domu. Dziadek poszedł i wszystko było w porządku. Córka miała czas na sprzątanie, ja też miałam spokój. Przynajmniej do czasu. W pewnym momencie w drzwiach pojawił się dziadek z trójką wnuków. Oznajmił, że przecież nie ma różnicy gdzie dzieci będą się bawić. Zaprowadził je do pokoju i zaczął się z nimi bawić. W końcu dzieci zaczęły się kłócić, a gdy weszłam zobaczyć co się dzieje, zobaczyłam na podłodze porozrzucane puzzle i pudełka z gier, a dziadek siedział w fotelu i spał. Żeby było ciekawiej, razem z grami rozwalone leżały zestawy, które kupiłam jako prezenty gwiazdkowe. Zestawów „Anna i Elsa- Puzzle Glam” i „Anty-monopoly” szukałam dość długo. Do tej pory nie było kłopotów z ich zakupem. Może winę ponosi popularność tych zestawów. W trakcie jak kłóciłam się z dziadkiem, dzieci postanowiły pomóc mi w sprzątaniu. Wyobraźcie sobie, trójka dzieci sama w kuchni i pootwierane szafki. Wszystko było na ziemi. Z zawartością torebek nie było kłopotu, ale gdy na podłogę zaczęły lecieć garnki i szklanki, nie było już tak wesoło. Szklanek mi nie żal, jak to mówią, będzie szczęście. Bardziej chodziło mi o ręce dzieci. Przecież potłuczone szkło jest bardzo niebezpieczne. Po odwiezieniu wnuków do domu, znów zaczęła się awantura. Nie dość, że dziadek nie widział nic złego w przyprowadzeniu dzieci do nas, to na dodatek wcale nie chciał pomóc w posprzątaniu tego bałaganu.  

środa, 20 grudnia 2017

Trudny wybór?

Na wielu przyjęciach urodzinowych byłam, kilka z nich pomagałam organizować, ale pierwszy raz słyszałam o takim, które zostało odwołane z powodu braku solenizanta. Jak to możliwe? Kiedyś wspominałam Wam o Tomku, nowym uczniu w klasie Agnieszki. Razem z rodzicami przeprowadził się do naszej miejscowości ponad dwa lata temu. Jego rodzina jest bardzo bogata. Ojciec Tomka prowadzi dużą firmę transportową. Rodzina jest znana w całej okolicy. Niestety tylko od tej złej strony. Żeby ktoś nie pomyślał, że piszę to z zazdrości. Zapewniam Was, że nie ma czego zazdrościć. Wszystko co robią, robią na pokaz. Szeregują ludzi według zasobności portfela, jeśli nie jesteś odpowiednio bogaty, nie warto z tobą rozmawiać. Może nie uwierzycie, ale Tomek jest zupełnie inny. Nigdy nie dał nikomu do zrozumienia, że jest lepszy, bo ma więcej pieniędzy. Odwołane przyjęcie miało być właśnie na jego urodziny. Wszystko zorganizowane, przybyli goście a Tomek gdzieś zniknął. Na stole zostawił kartkę z napisem: miłej zabawy. Gdzie był? Kilka dni wcześniej odwiedził rodziców jednego ze swoich kolegów dziwną prośbą. Wtedy pierwszy raz wspomniał o pieniądzach. Zapytał, czy swoje urodziny mógłby obchodzić u nich i jeśli się zgodzą, pokryje wszystkie wydatki z tym związane. Zgodzili się, jednak był jeden warunek. Żadnego pokrywania wydatków. Przyszła prawie cała klasa. Zwykłe życzenia i prezenty. Nic wielkiego, gry, puzzle i jedno duże zdjęcie klasowe. Później był tort i rozpoczęła się zabawa, a nawet mecz piłki nożnej. Żebyście widzieli jak grają nasze dzieci, nawet dziewczynki. Po meczu przyszedł czas na coś lżejszego. Gra „5 sekund junior” dostarczyła również wiele emocji. Wieczorem wszyscy odprowadzili Tomka do domu. Mówił, że dzień był wspaniały. Jednak skończył się po wejściu do domu. Chyba w całej miejscowości słychać było krzyki jego mamy. Na drugi dzień i tak przyznał, że mimo takiej awantury, było warto. Co wybrać? Wystawne przyjęcie na kilkadziesiąt osób, czy spotkanie z kilkoma kolegami i później awanturę. Dziwne, prawda?

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Portret

Próbowaliście kiedyś zrobić zdjęcie małemu dziecku? Nie mówię tu o fotkach z wakacji, ale na przykład o zdjęciu rodzinnym czy portrecie. Wiem, że to trochę dziwny pomysł w XXI wieku, ale niektórzy mają je jeszcze. Jednym z takich ludzi jest moja córka. Uparła się na portret najmłodszych członków naszej rodziny. Zbiegiem okoliczności są to jej dzieci. Próbowała sama zrobić zdjęcie, potem małe poprawki na komputerze, ale nic jej z tego nie wyszło. Każde zdjęcie wychodziło rozmazane. Nie jest to wina sprzętu ani fotografa. Fotografowane obiekty nie mogły usiedzieć w miejscu ani przez chwilę. Myślałam, że po tylu nieudanych próbach zrezygnuje z tego pomysłu, ale jak ona się na coś uprze, to nie ma takiego sposobu, który mógłby ją przekonać. Niestety wtedy nie zważa na cenę jaką przyjdzie zapłacić za realizację jej planu. I nie mam na myśli pieniędzy. Jedyne do czego dało się ją namówić, to wizyta w profesjonalnym studio fotograficznym. Tym razem reszta rodziny się uparła. Odwiedziliśmy wszystkie zakłady i w każdym efekt był ten sam. Został jeszcze jeden, prowadzony przez prawie siedemdziesięcioletniego człowieka. Powiedzieliśmy o co nam chodzi, a on zapytał czym bawią się dzieci. Co ma wspólnego robienie zdjęcia z zabawkami? Teraz już wiemy. Fotografowi chodziło o odwrócenie uwagi. Umówiliśmy się na następny dzień i zaopatrzeni w zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” udaliśmy się do zakładu. Jednak dzieci nie za bardzo miały ochotę bawić się czymś co mają na co dzień. Fotograf to przewidział. W pokoju wymalowanym na zielono, na samym środku przygotowana była gra „5 sekund junior” Była jedna zmiana w regułach gry. Odpowiedzi udzielało się na stojąco. Zobaczcie, zielone tło, odpowiedź na stojąco i aparat ustawiony właśnie na odpowiadającego. Dzieci nawet nie wiedziały kiedy zostały sfotografowane. Kilka dni później portret był gotowy. Wielkie, profesjonalne zakłady fotograficzne nie dały sobie rady, a siedemdziesięcioletni dziadek od razu wiedział co zrobić w takiej styuacji.

piątek, 15 grudnia 2017

W obronie misia

Przedszkole to ciekawe miejsce. Czasem dzieją się tam rzeczy, które ciężko jest wytłumaczyć. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale za chwilę sami się przekonacie. Co robią dzieci, gdy dostaną jakąś zabawkę? Rzucają w kąt stare i bawią się tylko tą nową. Ale czy zawsze? Na ostatnim zebraniu, rodzice i pani dyrektor przedszkola podjęli decyzję o wymianie części wyposażenia jednej z sal. Nie chodzi tu tylko o gry czy zestawy puzzli, ale o meble i zasłony. Wiele z nich było już na tyle stare i zużyte, że nadszedł czas na wymianę. Gdy dzieci dowiedziały się o tym fakcie ich radości nie było końca. Każde z nich inaczej opowiadało o swojej wymarzonej sali. Oczywiście zabawki zajmowały pierwsze miejsce. Ze znalezieniem najlepszych i najtańszych producentów mebli nie było problemu, ale gdy zaczęło się szukanie zabawek, nie było już tak łatwo. Tysiące zestawów, setki producentów a każdy z innymi cenami i jeszcze pomysły dzieci. Po zakupie mebli wszyscy potrzebowali przerwy. Dwa dni później na następnym zebraniu wszyscy przedstawili swoje propozycje. Kilka z nich pokrywało się. Wymieniane były zestawy puzzli, pluszowe misie i gry. Jednak na każdej kartce były dwa zestawy „Kalejdoskop 50 gier” i „5 sekund junior” Rodzice, pytani dlaczego wpisali właśnie te dwa zestawy, odpowiadali tak samo: nie wiem, coś kazało mi to wpisać. Coś kazało, dziwne prawda? Budżet przewidziany na wszystko skurczył się bardzo nie wiele, więc można było wydać resztę pieniędzy na wszystkie propozycje rodziców. Jeszcze zostało. W dzień dostarczenia zamówienia wydarzyła się rzecz jeszcze dziwniejsza. Przy próbie zabrania starych, zniszczonych zabawek wszystkie dzieci stanęły w ich obronie. Nie dały zabrać ani jednej zabawki, szczególnie broniły pluszaków. Mówiły, że są z nimi od zawsze i nie można ich wyrzucić. Nowe zabawki zostały schowane, będą wymienione zaraz na początku wakacji. Nie wiadomo dlaczego dzieci tak się zachowały.  

środa, 13 grudnia 2017

Plotka i remont przedszkola

Najgorszą rzeczą jaka zagraża życiu w małej społeczności jest plotka. Jak ja ich nie lubię. Przykład? Proszę bardzo. Jakiś czas temu w naszej miejscowości rozeszła się wiadomość o planowanym remoncie przedszkola. Każdy opowiadał to inaczej, byli nawet tacy, którzy twierdzili, że połowa budynku zostanie całkowicie zburzona, a na jej miejsce powstanie nowa. Nie bardzo wierzyłam w te rewelacje, bo przecież w zeszłe wakacje był przeprowadzony remont. Właściwie to dwa. Pisałam już o tym, ale tak dla przypomnienia i w wielkim skrócie. Na początku wakacji zaczął się ów remont. Pracownicy pierwszej firmy zbyt dosłownie podeszli do słów dyrektorki „wyrzucamy wszystko” i przez okna leciało całe wyposażenie sal. Chyba nie o to chodziło. Umowa z firmą została rozwiązana. Druga firma była bardziej profesjonalna i tydzień przed otwarciem zakończyła pracę. Niestety tydzień później w jednej z sal spadł cały sufit. Wszystko zostało naprawione i po przeprowadzeniu wszystkich możliwych kontroli, przedszkole zostało otwarte. Od początku tego roku nasza miejscowość „trochę” się rozrosła. Nie wiadomo dlaczego sprowadziło się do nas wiele młodych rodzin. Nie muszę mówić, że od razu stały się obiektem domysłów i plotek. Pojawiły się też pytania o możliwość otwarcia żłobka. I tu dochodzimy do tego nieszczęsnego remontu. Z powodu tych wszystkich próśb dyrektorka postanowiła przystosować jedną z sal właśnie do tego celu. Idealnie nadawała się jedna, niestety zajęta przez grupę trzylatków i trzeba było ich przenieść. Cały remont polegał na przeniesieniu całego wyposażenia z jednej sali do drugiej. Podczas tej przeprowadzki wiele sprzętu uległo zniszczeniu, szczególnie pudełka z puzzlami i grami, ale rodzice zobowiązali się uzupełnić zniszczone zabawki. Ponieważ firma Trefl bardzo często aktualizuje swoją ofertę, wśród zakupów nie mogło zabraknąć ich produktów. Trzeba przyznać, że rodzice się postarali. Nie kupowali wszystkiego co znaleźli, ale to czym lubią się bawić ich dzieci. Okazało się, że większość maluchów bardzo lubi zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” Tak właśnie jest z plotkami. Ktoś coś usłyszy, ktoś coś dołoży a potem wychodzą nie stworzone historie.    

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Pobyt w szpitalu

Jak wielu z Was pamięta, ostatnie trzy tygodnie spędziłam w szpitalu, a dokładniej w dwóch. Miałam mały wypadek podczas wędrówki przez naszą miejscowość. Jej cel jest w tej chwili mało ważny. Niestety poślizgnęłam się i efektem tego była zwichnięta ręka. Po prześwietleniu w szpitalu okazało się, że zwichnięcie było groźniejsze niż podejrzewali lekarze i takim sposobem znalazłam się w drugim szpitalu na rehabilitacji. Leżąc w szpitalu, mogłam przyjrzeć się pracy jego personelu. Lekarze, pielęgniarki a nawet salowe były bardzo miłe, czasem nawet za bardzo. Z opowiadań innych pensjonariuszek wiem, że siostra przełożona bardzo rzadko zaglądała na jakąkolwiek salę, chyba że któraś z młodych pielęgniarek nie mogła sobie z czymś poradzić. Wtedy przychodziła. Dziwna rzecz, każdy spodziewał się awantury, ale nic takiego się nie działo. Siostra przełożona wszystko objaśniła, pokazała i następnym razem nie było żadnego problemu. To się nazywa podejście. Ale jak to mówią, od każdej reguły są wyjątki. Jedna z pielęgniarek dawała wszystkim do zrozumienia kto tu rządzi. Nie pomagały nawet upomnienia i awantury z przełożonymi. Któregoś dnia odwiedziła mnie córka. Nie miała z kim zostawić wnuczki, więc zabrała ją ze sobą. Gdy zobaczyła to owa pielęgniarka, zrobiła straszną awanturę. Dzieci nie mogą wchodzić na oddział i już. A właśnie. Przy pomocy dofinansowania unijnego cały szpital został wyremontowany. Faktycznie są oddziały na które nie wolno wchodzić dzieciom i dlatego jedna z sal służy jako świetlica. W razie potrzeby, odwiedzający mogą zostawić dziecko pod opieką doświadczonego personelu. Żeby nikt się nie nudził, sala została wyposażona w różnego rodzaju gry, puzzle i inne zabawki. Czasem i pacjenci zostawiali jakieś pluszaki. Też miałam swój wkład. Jeden z prezentów mikołajkowych, powiedzmy to delikatnie, nie spodobał się. Był to zestaw „Kalejdoskop 50 gier” więc pomyślałam, że tu może się przydać. Trochę szkoda mi młodego personelu, mieć do czynienia z tak niemiłą pielęgniarką to nic przyjemnego, chociaż prawie wszyscy praktykanci to ludzie weseli i bardzo mili dla pacjentów. Oby tak zostało.  

czwartek, 7 grudnia 2017

Mikołaj w przedszkolu

No i się zaczęło. Jak wiecie, w naszej miejscowości mamy przedszkole, szkołę podstawową i basen. To tyko te obiekty, które są obecnie najważniejsze. A właśnie. Zapomniałam o kościele. Wszystkim wiadomo, że do każdego z tych miejsc zapraszany jest Święty Mikołaj. Każdego roku, każda z placówek zapraszała Mikołaja we własnym zakresie. Tym razem postanowiono zorganizować wszystko wspólnie. Od razu pojawił się problem. Nie można było znaleźć odpowiednio wielkiej sali, aby mogła pomieścić tyle dzieci. Nawet kościół okazał się za mały. Jedynym miejscem odpowiednim do tego celu była sala kinowa w domu kultury. Może inaczej. Kiedyś, gdy mieliśmy jeszcze kino ta sala pełniła taką funkcję. Gdy kino zostało zamknięte, przestała być potrzebna. Dopiero gdy w wyborach wygrał obecny sołtys, ta sytuacja się zmieniła. Sala kinowa została wyremontowana i przekształcona w halę sportową. Na wszelki wypadek zachowano scenę, która przy okazji wielu uroczystości bardzo się przydaje. Ale wróćmy do Mikołaja. Głównym organizatorem został opiekun domu kultury, nasz sołtys. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu to on organizuje najlepsze imprezy. Wszystko ładnie, pięknie, ale zapomniałam napisać o jednej, ważnej rzeczy. Z całego przedsięwzięcia została wyłączona cała grupa 3-latków. Rodzice postanowili, że dla nich spotkanie z Mikołajem zostanie zorganizowane osobno, ponieważ będzie to pierwsze spotkanie ich dzieci z tak ważną osobą, zorganizują wszystko sami, łącznie z kupieniem prezentów. Wszystkie paczki musiały być takie same, bez względu na zamożność rodziców. W skrócie, w paczce miały znaleźć się albo zestawy puzzli, albo karty. Jedyną, obowiązkową rzeczą był zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” Dlaczego rodzice tak postąpili? Nie umiem tego wytłumaczyć, ale chodziło o ilość ludzi, która będzie w domu kultury. 6 grudnia w przedszkolu pojawił się oczekiwany gość. Dzień wcześniej dzieci próbowały opisać go. Jak wygląda, albo jak jest ubrany. Wszystkie dzieci opowiadały podobnie. Czerwony strój, długa broda i renifer z czerwonym nosem. Tego ostatniego nie można było zorganizować, ale gdy Mikołaj pojawił się w drzwiach nikt nie zauważył braku renifera.

wtorek, 5 grudnia 2017

Pechowe zakupy

 Jutrzejszej daty nie trzeba przedstawiać nikomu. Już od początku listopada w sklepach można było zauważyć choinki i świąteczne dekoracje. Później pojawiły się ogłoszenia o zapisach na paczki. U nas w każdym sklepie można znaleźć taki plakat. Nigdy nie byłam zwolenniczką kupowania gotowych. Wolę sama taką paczkę przygotować, przynajmniej wiem co jest w środku. Paczki paczkami, ale na Mikołaja trzeba dzieciom kupić coś oprócz słodyczy. W naszej rodzinie to ja zawsze zajmowałam się takimi zakupami. Dziadek dorzucał jakiś grosik, albo i nie, ale prezenty były wspólne. W tym roku oznajmił, że swoimi zakupami zajmie się osobiście. Wszyscy znacie moje zasady. Niczego nie odkładać na ostatnią chwilę, więc moje zakupy mam już dawno za sobą. Nic wielkiego: kilka książek dla najmłodszych, dla Agnieszki i Ani gry i zestawy „Anna i Elsa- Puzzle Glam” Wszystko spakowane, podpisane i ukryte przed ciekawskimi dziećmi, czeka na 6 grudnia. Dziadek jak to dziadek na zakupy wybrał się w sobotę. Oferowałam pomoc, ale nie chciał nawet o tym słyszeć. Jednak w końcu się zgodził. Miała tylko mu towarzyszyć. Dzięki temu mogę Wam opowiedzieć co się wydarzyło. Przez kilka godzin chodziliśmy między półkami sklepowymi. Po zapełnieniu całego wózka spotkaliśmy całą piątkę naszych wnuków. Razem z rodzicami, jak w każdą sobotę wybrały się na zakupy. Dzieci od razu uznały, że to dla nich i jeszcze w sklepie zaczęły wszystko dzielić. W porę udało się je uspokoić, bo nie wiele brakło, żeby wszystkie pudełka zostały otwarte. Za późno było wyjaśnić im dlaczego wszystko zostało kupione i po powrocie do domu trzeba było dokończyć podział. Dziadek musiał wybrać się na zakupy jeszcze raz. Tym razem kupił dla każdego paczki ze słodyczami, a jako jeden prezent dla wszystkich, ulubioną przez nas grę „5 sekund junior” Trochę mi go szkoda, bo kilka godzin spędzonych na zakupach to dla niego nie lada wyczyn, ale może będzie to nauczka. Chociaż znając go to w przyszłym roku zrobi dokładnie to samo.

czwartek, 9 listopada 2017

Mata do układania puzzli

Mam głupie pytanie. Kto z Was układał kiedykolwiek puzzle? Myślę, że prawie wszyscy odpowiedzą twierdząco. A ile razy denerwowaliście się, gdy przy podnoszeniu ułożonego obrazka ten się rozsypał i trzeba było układać wszystko od nowa? W ofercie firmy Trefl znalazłam coś takiego, jak mata do układania puzzli. Z opisu wynika, że jest to kawałek filcu z narysowanymi ramkami. W razie potrzeby przeniesienia całego zestawu, zwijamy całą matę w rulon, zabezpieczamy rzepami i to tyle. Postanowiłam to sprawdzić. Jak pisałam kilka dni temu, Agnieszka pokłóciła się z koleżanką, a jej najlepsza przyjaciółka zamiast bronić Agnieszki, stanęła po stronie przeciwniczki. Wiecie też, że jedynym, odkrytym sposobem na uspokojenie wnuczki są puzzle. Niestety tym razem i to zawiodło. Agnieszka zrzuciła cały zestaw ze stołu. Co prawda udało się znaleźć wszystkie elementy, ale wszystko trzeba było układać od nowa. Zestaw składający się z 1000 elementów nie jest tak łatwo ułożyć. Ale wróćmy do maty. Nie było łatwo ją zdobyć. Na stronach sklepu internetowego Trefla cały czas jest podana informacja, że produkt jest chwilowo niedostępny. Udałam się do zaprzyjaźnionego sklepu z zabawkami. Tego, z napisem „Mamy wszystko” Na dostawę podobnej maty czekałam prawie tydzień. Wyglądała inaczej niż w sklepie internetowym i była dużo droższa, ale po dokładnym przeczytaniu opisu, okazało się, że różnią się tylko kolorami. Pokazałam Agnieszce mój nowy zakup i dla wypróbowania jego właściwości, zaczęłyśmy układać od nowa zniszczony obrazek. Siedziałyśmy kilka godzin, ale potem przyszła w odwiedziny najmłodsza dwójka wnuczków i od razu zainteresowały się naszym zestawem. To była świetna okazja aby wypróbować właściwości maty. Po zwinięciu okazało się, że ani jeden element nie wypadł. Z ciekawości rozwinęłam ją w innym pokoju. Stan obrazka był dokładnie taki sam, jak w momencie zwijania. Mogę polecić taką matę każdemu, kto lubi układać puzzle.

wtorek, 7 listopada 2017

Płacz i śmiech

Odkąd pamiętam, Agnieszkę zawsze uspokajało układanie puzzli. Na początku były to zestawy składające się z niewielkiej ilości elementów, ale wraz z wiekiem było ich coraz więcej. Obecnie zestawy składają się z 500 do 1000 elementów. Wiadomo, że im więcej elementów, tym większy obrazek powstaje po ich ułożeniu. Najmłodsza dwójka też zaczęła się interesować układaniem, ale Agnieszka nie dopuszcza ich do swoich zestawów. Po zapoznaniu się z ofertami wielu sklepów postanowiłam kupić im zestaw. Chciałam sprawdzić jak sobie poradzą. Szukałam czegoś, co ma mało elementów i przedstawia ich ulubionych bohaterów. Na szczęście podobają im się te same bajki. Wreszcie znalazłam zestaw „Bajkowe księżniczki” Na jakiś czas zmieniły obiekt zainteresowań. Agnieszka mogła w spokoju układać swój obrazek. Ale to nie koniec kłopotów. Pewnego dnia wróciła ze szkoły bardzo zła. Nie chciała powiedzieć dlaczego, ale od razu zorientowałam się, że chodzi o jej najlepszą przyjaciółkę. Zamknęła się w pokoju i dla uspokojenia się zaczęła układać swój zestaw. Pech chciał, że miała ułożone ponad połowę. Przypomnę, że zestaw składał się z 1000 elementów. W pewnym momencie usłyszeliśmy huk, jakby coś spadło. Agnieszka zrzuciła ze stołu cały zestaw. Gdy weszliśmy do pokoju, siedziała w kącie i płakała. Dowiedziałam się wtedy, że pokłóciła się z koleżanką przy całej klasie, a jej przyjaciółka, zamiast stanąć po jej stronie, przyznała rację koleżance, z którą się kłóciły. To było powodem złości Agnieszki. Udało się ją uspokoić. Pozbierałyśmy wszystkie puzzle. Najgorzej było je policzyć. Pomagały nam trzy osoby. Okazało się, że znaleźliśmy wszystkie. Agnieszka powiedziała, że nie płacze przez kłótnię w szkole, tylko że trzeba będzie układać wszystko jeszcze raz. I zaczęła się śmiać. Według mnie, to nie było śmieszne, bo spędziłyśmy przy zestawie wiele godzin, ale skoro Agnieszka przestała myśleć o wydarzeniach w szkole i skupiła się na czymś innym, to zaczęcie od nowa nie wydawało się takie straszne. Na drugi dzień wszystkie trzy dziewczynki pogodziły się, każda przyjęła przeprosiny i wszystko wróciło do normy.   

piątek, 27 października 2017

Choinka na wystawie

W sklepach powoli zaczynają pojawiać się choinki. Pogoda jest taka, że na wystawach powinny pojawić się parasole, ale na to nie mamy wpływu. Od rodziców koleżanek Ani i Agnieszki dowiedziałam się, że skoro choinki się pojawiły, czas zacząć pisać listy do Świętego Mikołaja. Nie, żeby jakieś dziecko wierzyło w świętego, ale tradycja nakazuje, to wszyscy piszą. Każdy sklep chce być pierwszy. Im wcześniej reklamy świąteczne pojawią się w oknach wystawowych, tym większe szanse na sprzedaż towarów. Fakt, że często są to rzeczy dostępne przez cały rok, ale gdy przy cenie znajdzie się jakaś ozdoba świąteczna, to już nie to samo. Dzieci piszą listy, więc rodzice i dziadkowie muszą zacząć rozglądać się za prezentami. Co kupić w tym roku. Oczywiście nie kupimy ich już teraz, ale warto rozeznać się w obowiązującej modzie i cenach, jakie za takie przyjemności przyjdzie nam zapłacić. Jak każdego roku, kupienie prezentu dla najmłodszej dwójki naszych wnuków nie będzie problemem, przecież przez cały rok obserwowaliśmy czym lubią się bawić, to w przypadku Ani i Agnieszki trzeba będzie się bardziej postarać. Ostatnio pisałam o przyjęciu urodzinowym. Zauważyłam, że jeden z prezentów jakie otrzymała solenizantka, zestaw „Fisher Price- gra piotruś” bardzo się naszym maluchom spodobał. Może u nas będzie to jeden z prezentów. Ponieważ Ania i Agnieszka, mimo że mają dopiero po 12 lat, wiele rzeczy uważają za zbyt dziecinne dla nich, to z zestawów „Wrotkarski zestaw Make -up Soy Luna” będą zadowolone. Myślę, że wolałyby jakieś kosmetyki dla dorosłych, ale jak to mówią, od czegoś trzeba zacząć. To są tylko wstępne pomysły, a w miarę zbliżania się 6 grudnia oferty sklepów będą coraz większe i ciekawsze, wszystko może się zmienić. Rzecz jasna przy wyborze prezentów będą się też liczyły listy napisane przez dzieci, ale znając nasze wnuki nie muszę się martwić, że będą to życzenia, których nie uda się spełnić.

wtorek, 24 października 2017

Niezwykłe przeżycie

Urodziny najmłodszej wnuczki to dla babci ogromne przeżycie, zwłaszcza gdy to ona organizuje przyjęcie. Warto wspomnieć, że wnuczka ma trzy lata. Rodzice solenizantki chcieli powierzyć to zadanie zewnętrznej firmie. Z tego powodu wybuchła pierwsza, wielka awantura. Nie raz opisywałam takie przyjęcia. Wiele z nich kończyła się katastrofą. Jak mówią reklamy, każde przyjęcie jest zaplanowane od początku do końca i zawsze się udaje. W praktyce wyglądało to trochę inaczej. Żeby ktoś nie pomyślał, że żadna z firm nie potrafi zorganizować przyjęcia, nie. W naszej okolicy są dwie takie firmy, a właściwie były dwie. Po jednym z przyjęć, które nie zdążyło się nawet rozpocząć, jedna z firm musiała zrezygnować z działalności. Przyjęcie było zaplanowane na słoneczny dzień, w końcu nie padało od prawie tygodnia, i nagle niebo się zachmurzyło i zaczął padać deszcz. Nikt nie był na to przygotowany, z wyjątkiem rodziców i to oni uratowali przyjęcie. Druga awantura wybuchła u nas w domu. Chodziło o prezent. Przypomnę, że solenizantka ma trzy lata. Moja genialna córka chciała na prezent kupić „Wrotkarski zestaw Make -up Soy Luna” Ludzie, zestaw make – up dla trzyletniego dziecka? Kłóciłyśmy się o to prawie dwie godziny. Jak się później okazało, ktoś wpadł na taki sam pomysł. W końcu dała się przekonać. Fakt, że nie odzywała się do mnie przez cały dzień, ale rano jej przeszło. Razem wybrałyśmy się na zakupy. Odwiedziłyśmy chyba wszystkie sklepy z zabawkami w okolicy. Kupiłyśmy kilka rzeczy, między innymi zestaw kart „Fisher Price- gra piotruś” Wszystkie dzieci znają tę grę. I jestem pewna, że nie tylko dzieci. Kategoria wiekowa +3, więc idealnie się nadawał na prezent. Oczywiście były też zakupy dla naszych dzieci. Na wszelki wypadek gdyby odkryły gdzie i co kupiłyśmy. Przyjęcie się udało, wszyscy byli zadowoleni, a szczególnie solenizantka. 

piątek, 20 października 2017

Co ja wyrabiam

Wczoraj po południu miałam gości. Ktoś powie, goście jak goście. Czym się tu ekscytować. Może i tak, ale cel ich wizyty był ekscytujący. Ale od początku. Jak pamiętacie, w sobotę miałam przyjemność pomagać Agnieszce i Marcie w lekcjach. W połowie nauki doszła jeszcze jedna koleżanka. Uczyłyśmy się historii wykorzystując do tego celu przygotowane przez dziewczynki karty. Przygotowywałyśmy się do zapowiedzianego na wczoraj sprawdzianu. Nauczyciel zmienił zdanie i przełożył go na poniedziałek. W zamian wszyscy uczniowie zostali wezwani do odpowiedzi. Każda z moich uczennic otrzymała ocenę dobrą z plusem. I tu dochodzimy do wspomnianych odwiedzin. Odwiedziły mnie mamy koleżanek Agnieszki. Jako dobra gospodyni zaprosiłam je do środka, przygotowałam poczęstunek i wtedy się zaczęło. Mamy zaczęły opowiadać o powrocie swoich córek do domu w sobotę wieczorem. Mimo tłumaczenia, nie mogły zrozumieć w jaki sposób dziewczynki uczyły się do sprawdzianu. Całe wyjaśnienia zakończyły się słowami „zobaczymy co z tego wyniknie” Wczoraj okazało się, że oceny jakie ich córki otrzymały, były jak do tej pory najlepsze. Czwórka z historii to niesamowity wyczyn, a w domu jeszcze większym wyczynem było zmuszenie ich do nauki. W sobotę wieczorem dziewczynki wróciły do domu ucieszone jak po najlepszej imprezie. Nikt z domowników nie mógł uwierzyć, że wracają po kilkugodzinnej nauce. Po powrocie córek ze szkoły z wiadomościami o otrzymanych ocenach mamy uznały, że muszą dowiedzieć się kto i w jaki sposób przygotował ich dzieci do sprawdzianu. I tak trafiły do mnie prawie z pretensjami, co ja wyrabiam z ich dziećmi. Opowiedziałam o rozgrywce w „Anty-monopoly” i kartach. Na początku nie bardzo mi wierzyły. Pokazałam karty i sposób ich wykorzystania, ale widziałam po ich twarzach, że i to nie pomogło. Ponieważ z dziewczynkami umówiłam się na następne spotkanie, tym razem w sprawie przyrody, obiecałam, o ile ich córki się zgodzą, że będą mogły obserwować co i jak robimy. Może, gdy zobaczą na własne oczy, wtedy uwierzą.

środa, 18 października 2017

Złodzieje

W szkole widziałam już różne rzeczy, ale o szajce złodziei słyszę pierwszy raz. Jakiś tydzień temu dzieciom zaczęły ginąć najpierw długopisy, piórniki i inne drobne przybory. Agnieszka przyszła któregoś dnia ze szkoły i oznajmiła, że ktoś ukradł jej piórnik. Na pewno zgubiła i żebyśmy nie robili awantury jaka to ona jest nieuważna, powiedziała o kradzieży. Tak pomyśleliśmy. Później dowiedzieliśmy się od innych rodziców, że ich dzieciom przytrafiło się coś podobnego. W końcu zaczęły ginąć plecaki. Dyrektor szkoły zawiadomił policję i kilka dni później złodzieje zostali złapani. Co z tego, jak skradzionych przedmiotów nie udało się odzyskać. Trzeba było udać się do sklepu po nowe. Jak już nie raz pisałam, na zakupy zawsze udajemy się całą rodziną. Jednak tym razem nie było czasu na całodzienne chodzenie po sklepach. Jednak co zrobić, żeby wszyscy oprócz Agnieszki zostali w domu. Ania zgodziła się od razu, z dwójką najmłodszych było gorzej. Nie wiadomo skąd, ale od razu wiedziały, że ich siostra wybiera się na zakupy. Potrzebowaliśmy czegoś, co odwróci ich uwagę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze mam na takie okazje przygotowane różne rzeczy. Gry, puzzle albo inne zabawki. Tym razem też miałam. Parę tygodni temu jeden ze sprzedawców przygotował w swoim sklepie prezentację nowych produktów. Zaciekawiły mnie dwa z nich. Zestawy edukacyjne „1,2,3 liczysz Ty!” i „A,B,C czytać chcę” Są to zestawy składające się z kolorowych klocków, na których z jednej strony są literki lub cyfry, a z drugiej kolorowe obrazki i słowa. Trzeba było jeszcze znaleźć kogoś, kto zaopiekowałby się maluchami pod naszą nieobecność. Na ochotnika zgłosił się dziadek. Dziwiliśmy się trochę, ponieważ nigdy nie spieszył się do takich zadań. Skoro sam zaoferował pomoc, to nie mogłyśmy się nie zgodzić. Dzieci zaczęły układać klocki, a my mogłyśmy w spokoju opuścić dom. Kupiłyśmy co było trzeba. Po powrocie zastałyśmy ciekawą sytuację. Dziadek razem z dziećmi siedział na podłodze i razem układali klocki. Widać było, że dobrze się bawią.

poniedziałek, 16 października 2017

Marzenie z dzieciństwa

Witajcie. Stało się to, czego się obawiałam. Pamiętacie, jak pomagałam Agnieszce i jej koleżance Marcie w nauce? W największym skrócie było to tak: Nauczyciel historii zapowiedział sprawdzian. Prawie całej klasie nie poszedł on najlepiej, więc wszyscy mieli możliwość poprawy oceny. Agnieszka poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniu się do odpowiedzi. Zgodziłam się. Jak można się domyślić od razu powiedziała swojej koleżance kto jej pomagał. Na drugi dzień pomagałam już im obydwóm. Na wszelki wypadek poprosiłam je, aby nikomu nie mówiły o tym fakcie. Niestety takich rzeczy nie ukryje się zbyt długo. Dziewczynki miały przyjść do mnie rano i miałyśmy uczyć się o rozbiorach Polski. Zanim zaczęłyśmy, rozegrałyśmy kilka rundek w „Anty – monopoly” tak dla oczyszczenia umysłów. Pech chciał, że gdy rozpoczęłyśmy naukę, do drzwi zapukała koleżanka Agnieszki. Otworzył dziadek i zanim zdążyłyśmy zareagować była już w środku. Wszystko się wydało. Między koleżankami wybuchła awantura. Wyjaśniłam, że to ja prosiłam, aby nikomu nie mówiły. Co było robić? Zaprosiłam również ją do wspólnej nauki. Przyznam się bez bicia, że gdy byłam mała, moim marzeniem było zostać nauczycielką. Zawsze podobał mi się ten zawód. Jednak życie ułożyło mi się trochę inaczej. Ale jak widać nawet na stare lata można realizować marzenia z dzieciństwa. Nauka zajęła nam prawie całe popołudnie. Zauważyłam, że jak prawie wszystkie dzieci, dziewczynki są zdolne, ale trochę leniwe i na pewno brakuje im motywacji. Zaczęłyśmy grać w karty. Nawet nie zauważyły, że celem gry było zdobycie wiedzy na temat rozbiorów Polski. Żeby było jeszcze ciekawiej cały zestaw kart zrobiły same. Jakie będą skutki takiej nauki zobaczymy już jutro. Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się oszukać ich wewnętrznego lenia i taki sposób nauki przyniesie zamierzony efekt. Gdy pod koniec dnia sprawdziłam ich wiadomości, znały odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Wszystko okaże się już jutro.

środa, 11 października 2017

Nauczycielka

 Jak pisałam, pomagałam Agnieszce w nauce historii. Okazało się, że dobrze wywiązałam się z tego zadania, bo dziś wezwano ją do odpowiedzi i dostała czwórkę. Jej koleżankom nie poszło tak dobrze. Po szkole Agnieszka opowiedziała nam jak to wyglądało. Przed lekcją miała ochotę sama zgłosić się do odpowiedzi. Namawialiśmy ją na to, ale w końcu stchórzyła. Mówiła, że gdyby się zgłosiła sama, a nie znała odpowiedzi na jakieś pytanie, wtedy nauczyciel w wyjątkowo złośliwy sposób zaznaczyłby, że nic nie umie. Trochę wstyd przy całej klasie. I tak musiała odpowiadać. Znała odpowiedzi na wszystkie pytania, oprócz jednego. Chodziło o jakieś mało znaczące nazwisko. Nie zgadniecie co wymyśliła Agnieszka. W imieniu najlepszej koleżanki Marty poprosiła mnie o pomoc w nauce. Owa koleżanka też została wezwana do odpowiedzi mimo zgłoszenia przed lekcją, że się nie przygotowała. Dostała ocenę niedostateczną i możliwość poprawienia jej dziś. Pomyślałam sobie, że skoro z Agnieszką poszło mi całkiem dobrze, to może uda mi się pomóc jej koleżance. Zjawiła się o umówionej godzinie. Okazało się, że materiału jest więcej niż mówiły, ale jak obiecałam to nie mogłam się wycofać. Po trzech godzinach powtarzania tego samego, postanowiłam zrobić przerwę. W ramach odprężenia chciałam zaproponować rozgrywkę w „Anty-monopoly” jednak po namyśle uznałam, że ułożenie jakiegoś zestawu puzzli będzie lepszym sposobem na odprężenie się. Okazało się, że tak samo jak Agnieszkę, puzzle uspokajają również jej koleżankę. Po sześciu godzinach nauki wszystkie zgodnie uznałyśmy, że Marta jest dobrze przygotowana. Gdy to piszę dziewczynki są jeszcze w szkole. Nie chcę nawet myśleć, co będzie gdy Marta dostanie jakąś dobrą ocenę i gdy reszta koleżanek dowie się kto pomagał jej w nauce. Szkoda, że nie poprosiłam aby nikomu o tym nie mówiły. Nie żebym chciała robić z tego jakąś wielką tajemnicę, ale wyobraźcie sobie coś takiego: cała klasa przychodzi do Was prosić o pomoc w nauce. Co byście zrobili?

poniedziałek, 9 października 2017

Dotrzymać obietnicy

 Jeszcze podczas wakacji obiecałam, w miarę swoich możliwości, pomagać Agnieszce w nauce. Obietnica obejmowała przedmioty takie jak historia albo przyroda. Zapytacie, dlaczego akurat te? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie trzeba się uczyć regułek. Cała nauka polega na opowiadaniu swoimi słowami o wydarzeniach opisanych w książkach. Tak się złożyło, że w najbliższy wtorek nauczyciel historii obiecał wezwać do odpowiedzi właśnie Agnieszkę. Przez jakiś czas była na zwolnieniu lekarskim i właśnie wtedy prawie wszyscy uczniowie z jej klasy byli pytani. Trzeba było wywiązać się z obietnicy. Jak wiadomo, w czasie nauki potrzebny jest spokój. Niestety, przez cały weekend mieliśmy pod opieką całą piątkę naszych wnuków. W takich warunkach nie za bardzo dało się uczyć. Gdy zaczęłyśmy, reszta dzieci z uwagą nam się przyglądała. Szczególnie najmłodsza dwójka. Co chwila powtarzały to co my. Oczywiście po swojemu. Czasem z sensem, czasem bez. Przypomniałam sobie robienie tortu dla męża. Pamiętacie jak to było? Najmłodsze dzieci też powtarzały po mnie niektóre czynności. Później miałam masę sprzątania, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o powtarzanie czynności. Na dnie szafy miałam schowany zestaw „A, B, C Czytać chcę” Jest to edukacyjny zestaw pomagający dzieciom w poznawaniu liter i nauce czytania. Producentem jest firma Trefl. Nie wiem dlaczego go kupiłam, po prostu w czasie zakupów zauważyłam go na półce. Pomyślałam, że może kiedyś się przydać. No i proszę. Miałam rację. Poprosiłam męża, aby zaczął zabawę w czasie gdy my zrobimy przerwę. Udało się. Dzieci zainteresowały się poczynaniami dziadka. Razem z Agnieszką wróciłyśmy do nauki. Zajęło nam to ponad trzy godziny. W tym czasie nikt nie zajrzał do nas ani raz. Czy wywiązałam się z obietnicy, zobaczymy we wtorek. Wydaje mi się, że Agnieszka jest dobrze przygotowana do odpowiedzi. Możliwe też, że trzeba będzie zaopatrzyć się kilka zestawów edukacyjnych. Tak na wszelki wypadek. Na szczęście w ofercie Trefla jest ich dużo.

czwartek, 5 października 2017

Grasz, nie gotuj

 Gry, puzzle, karty i wszystkie inne produkty tego typu mają według producentów zapewnić rozrywkę na długi czas. Niestety w wielu przypadkach z takimi rzeczami jest jak z serialami. Co z tego, że producent zachwala w opisach i reklamach jaka to gra jest świetna i edukacyjna. Gra jest po prostu nudna. Grałam z rodziną w wiele takich gier. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Jak to mówią, każdy produkt służący rozrywce musi mieć „to coś” co nie pozwala odejść od planszy, telewizora czy monitora. Są takie produkty. Na pewno nie raz byliście świadkami bądź uczestnikami sytuacji, gdy trzeba było odejść od jakiejś gry ale się nie dało. Jeszcze jedna rozgrywka, jeszcze jeden potwór do zabicia, a za chwilę okazuje się, że jest trzecia rano i zaraz trzeba będzie wstać do pracy. Niestety z takich sytuacji mogą wyniknąć niemałe kłopoty. Mój mąż jest wielkim smakoszem boczku. Mógłby go jeść na śniadanie, obiad i kolację. Ostatnio kupiłam kawałek. Po przyniesieniu zakupów do domu boczek włożyłam do garnka żeby go ugotować. Kawałek był dość duży, więc i garnek musiał być odpowiednich rozmiarów. Chwilę później przyszła Agnieszka i przyniosła swój najnowszy zakup, grę „Anty-monopoly” Zaczęłyśmy grać. Do rozgrywki zaprosiłyśmy dziadka, żeby było ciekawiej. Boczek się gotował, a ja co chwila chodziłam sprawdzić czy już jest gotowy. W miarę rozwijającej się sytuacji w grze, robiłam to coraz rzadziej. W pewnym momencie usłyszeliśmy syrenę strażacką za oknem. Okazało się, że nasza rozgrywka trwała trochę dłużej niż zakładaliśmy i w tym czasie woda w garnku zdążyła się wygotować a boczek całkowicie się spalił. Dymu było tyle, że któryś z sąsiadów zadzwonił pod 112 i wezwał straż pożarną, myśląc, że u nas w domu wybuchł pożar. Po przyjeździe straży miejskiej i wyjaśnieniu sytuacji, dostaliśmy mandat za nieuzasadnione wezwanie strażaków. Nie wiem dlaczego my. Przecież zadzwonił sąsiad. Mała rada dla wszystkich: gdy zaczynacie grać w jakąkolwiek nową grę, upewnijcie się, że nic się w kuchni nie gotuje.

środa, 4 października 2017

Wypracowanie

 Jak każdego roku, uczniowie piszą wypracowanie na temat: Jak spędziłeś wakacje. Gdy moje dzieci chodziły do szkoły, miały o czym pisać. Każdego roku wyjeżdżały na kolonie czy obozy. Nie trzeba było być zbyt bogatym, aby to się udało. Miałam to szczęście, że pracowałam w zakładzie, którego oddziały znajdowały się w różnych miejscach Polski. Tak się złożyło, że były to najatrakcyjniejsze turystycznie tereny naszego kraju. Zakopane, Ustka czy Stary Sącz. Niestety zakład został zamknięty, na jego miejsce otworzono nowy z tym, że już bez takiego zaplecza. Również ceny takich wyjazdów też się trochę zmieniły. Wysłanie trójki dzieci na dwutygodniowe kolonie może być zbyt dużym obciążeniem dla wielu domowych budżetów, więc wszelkie wyjazdy organizują sami rodzice. Wychodzi dużo taniej. Jak wiecie, w tym roku część naszej rodziny wyjechała nad morze w połowie wakacji. Można powiedzieć, że pogoda dopisała. Nie działo się jednak nic, co byłoby warte opisania. Trzeba było dodać coś, aby było co opowiedzieć. Wiecie również o moim wyjeździe w połowie września. Miałam pomóc przyjaciółce. I właśnie ten wyjazd był tematem wypracowania. Żeby jak najmniej mijać się z prawdą, opisałyśmy dokładnie co się tam działo, o czym możecie przeczytać w moich wcześniejszych postach, ale dodałyśmy udział Agnieszki w kilku wydarzeniach i zmieniłyśmy datę i miejsce pomocy. Nie była to świetlica w szkole, a w ośrodku wypoczynkowym. Dodałyśmy również turniej układania puzzli i rozgrywek w „Anty-monopoly” Jest to gra firmy Trefl wzorowana na starej i bardzo popularnej grze „Monopoly” Trochę zmieniły się zasady i epoka, ale klimat gry został zachowany. Tym razem kierujemy swoim imperium na miarę XXI wieku. Mali przedsiębiorcy, monopoliści i tak dalej. Kto grał, ten wie o co chodzi. Wypracowanie ma być oddane do piątku, ale z tego co wiem, wszyscy już swoje prace skończyli. Teraz pozostało czekać na ocenę. 

poniedziałek, 2 października 2017

Sposób na dzieci

Jak przekonać dziecko do nauki? Wystarczy odpowiednia motywacja. Na moją najmłodszą dwójkę wnuczków znalazłam sposób i to całkiem przypadkiem. To było przed urodzinami męża. Zawsze przyjęcia były organizowane z okazji imienin,ale ponieważ była to okrągła rocznica, w tym roku przenieśliśmy świętowanie. Właśnie dlatego, że była to okrągła rocznica urodzin, postanowiłam osobiście przygotować tort. Nie żebym była jakąś mistrzynią cukiernictwa, ale pamiętam z dawnych lat, że wszystkim moje wypieki smakowały. Przynajmniej tak mówili. Ale nie o to chodziło. Przy wyrabianiu ciasta zauważyłam, że moje wnuczki dziwnie mi się przyglądają. Jak nasypuję mąkę czy rozbijam jajka. Nie wydawało mi się to jakoś specjalnie dziwne, może z wyjątkiem spokoju z jakim to robiły, chciały się po prostu dowiedzieć co robi babcia. W pewnym momencie zauważyłam brak kilku rzeczy. Ze stołu zniknęła torebka z mąką, jajka i słoik dżemu i oczywiście dzieci. Zajrzałam do ich pokoju i aż mnie zatkało. Cała podłoga była w mące, jajkach i dżemie. Powiedziały, że też pieką placek. Wtedy właśnie zauważyłam, że bardzo często powtarzają po mnie różne czynności. Żeby sprawdzić swoją teorię, wybrałam się do sklepu i kupiłam dwa zestawy zabawek o najdziwniej brzmiących nazwach, oczywiście według mnie. Pierwszym zestawem jaki wybrałam był „Akuku Stuku Puku” Po dłuższych poszukiwaniach znalazłam kolejny zestaw. Nazywa się „A,B,C czytać chcę” Przyszłam do domu i pokazałam zakupy wnuczkom. Nie za bardzo zainteresowało je to co kupiłam, więc sama zaczęłam układać literki i obrazki. Wyglądało to trochę dziwnie, babcia bawiąca się klockami i dzieci przyglądające się jej. Po chwili przyłączyły się do zabawy. To samo spróbowałam z drugim zestawem. Efekt był taki sam. Moja teoria potwierdziła się. Niestety działa tylko na najmłodszą dwójkę. Gdybym zaczęła odrabiać lekcje za starsze dzieci, one poszły by spotkać się z przyjaciółmi i cieszyły by się, że nie muszą się uczyć, bo ktoś zrobi to za nie. Ten sposób nie zadziała. 

piątek, 29 września 2017

Urlop

 Urlop. Planujemy go jeszcze przed wakacjami. Niektórym udaje się zrealizować swoje plany a niektórym nie. W naszej rodzinie to się udało. Niestety nie było możliwości, aby wszyscy wyjechali w tym samym czasie i akurat na mnie padło, że musiałam zostać w domu. Prawdę mówiąc zgłosiłam się na ochotnika, ale nie mówcie nikomu. Urlop powinien być czasem wypoczynku i najlepiej spędzić go bez rodziny. Takie jest moje zdanie. Może słuszne, może nie. Osądzicie sami. Pod koniec wakacji skontaktowała się ze mną dawna znajoma. Mieszka nad morzem i potrzebowała pomocy przy prowadzeniu małego pensjonatu. Oczywiście się zgodziłam. Nie będę opowiadać o przygotowaniach do wyjazdu i samej podróży. Po prostu nic ciekawego się nie działo. Na miejscu zostałam serdecznie powitana. Koleżanka zaczęła przepraszać, że nie powiedziała wszystkiego na temat tej pomocy. Szkołę, którą trzeba było wyremontować po ostatnich wydarzeniach pogodowych trzeba było gdzieś przenieść. Zgadnijcie kto zgodził się przyjąć najmłodszych uczniów. Trzeba było zorganizować lekcje a dla niektórych dzieci również poprowadzić świetlicę. To zadanie przypadło mnie. Co było robić. W końcu się zgodziłam. Jak na tak mały pensjonat, świetlica była bardzo dobrze zaopatrzona. Gry, puzzle i wszystko inne co jest potrzebne do zorganizowania czasu wolnego młodym ludziom. Nie uwierzycie jak się zdziwiłam, gdy okazało się, że producentem największej części wyposażenia sali jest firma Trefl. Dowiedziałam się, że to nie przypadek. Po prostu produkty z Trefla są najlepszym wyborem. Tak mówiła nie tylko koleżanka ale dyrektorka szkoły też. Nie raz byłam w szkole, na przykład na wywiadówkach. Widziałam jak zachowują się uczniowie. Tu było zupełnie inaczej. Cisza i spokój. Żeby zorientować się czy trwają lekcje czy przerwa trzeba było wyjść na korytarz. Dzieci były bardzo grzeczne. Wróciłam wczoraj. Nie powiem, że to był wymarzony urlop, ale do najgorszych nie mogę go zaliczyć. Takich uczniów mogą zazdrościć wszyscy nauczyciele i pracownicy szkoły.

czwartek, 7 września 2017

Podwójne zasady

 Na pewno zauważyliście, że młodzież w zależności od środowiska w którym się znajduje, zachowuje się jak zupełnie inna osoba. Świetnym przykładem z mojego otoczenia będzie Agnieszka. Uczy się w szóstej klasie. Ale to już wiecie. Ostatnio umówiła się z koleżankami na wycieczkę po sklepach w galerii handlowej. Oficjalnie miało to być po lekcjach, ale wszyscy wiemy co wygra w starciu: szkoła kontra moda. Jednak w tym przypadku wygrała szkoła. Dziwne, prawda? Po lekcjach Agnieszka wróciła do domu, zjadła obiad i wzięła się za odrabianie lekcji. Żebyście nie pomyśleli, że jest jakimś „kujonem” Po prostu na popołudnie umówiła się z koleżankami. Nie wiadomo dlaczego, ale gdy zaczął padać deszcz, wszystkie dziewczynki uznały, że lepiej zostać w domu niż zmoknąć podczas tej wycieczki. Przecież galeria ma dach, ale niech im będzie. Żeby było jeszcze dziwniej, przyniosły do domu grę „Ego” firmy Trefl. Chciałam się dowiedzieć co takiego ma w sobie ta gra, że wygrała nawet z zakupami. Na stronie producenta dowiedziałam się, że jest to gra towarzyska, polegająca na odpowiadaniu na pytania dotyczące innych graczy. Widząc jak dobrze się przy tym bawią, postanowiłam nie przeszkadzać. Jednak po paru godzinach zaproponowałam im herbatę i ciastka. Nie uwierzycie, ale od razu wszystkie dziewczynki zaproponowały pomoc w przygotowaniu poczęstunku. Nie raz, gdy prosiłam o coś Agnieszkę czy którekolwiek z moich wnuczków o pomoc, w każdy delikatny sposób odmawiały. A to musiały się uczyć, a to nie czuły się za dobrze. A tu proszę, jakie uczynne. Zaproponowałam Agnieszce, że po tak wyczerpującej rozgrywce, w ramach odprężenia, zajmą się czymś spokojniejszym. Miałam na myśli puzzle. W odpowiedzi usłyszałam, że na takie zabawy jest za duża. Dziwne, jeszcze wczoraj układałyśmy je razem i wszystko było w porządku. Jak mówiłam. Inne zasady w towarzystwie babci, a inna gdy dookoła są koleżanki. Które lepsze? Tego nie wiem. Mam nadzieję, że zdecyduje się na jedne z nich, nie ważne które.  

wtorek, 5 września 2017

Niespodzianka

Po wczorajszych uroczystościach z okazji rozpoczęcia roku szkolnego niektórzy uczniowie byli bardzo zadowoleni, inni mniej, a jeszcze inni wcale. Jak to mówią: każdemu nie dogodzisz. Z przedszkolakami jest inaczej. Jak wspominałam, mieliśmy przymusowy remont jednej z sal. Dla przypomnienia, zgniła podłoga. Nie było to jakieś wielkie wyzwanie dla firmy. Jedynym kłopotem był czas. Pomijając szczegóły, sala została przygotowana trzy dni przed terminem i wszystkie dzieci mogły ocenić rezultaty zaraz po uroczystościach. Pisałam również o konieczności wymiany wszystkich zabawek. Niestety zgniły razem z podłogą. Sponsor znalazł się szybko, firma Trefl też nie zawiodła, przedstawiła najlepszą ofertę i na przyjęcie dzieci wszystko było gotowe. To tak dla przypomnienia. Przed rozpoczęciem uroczystości dyrektorka poinformowała wszystkich przedszkolaków o małej niespodziance. Rodzice wiedzieli, że chodzi o wyposażenie sali. W końcu pomagali w tym finansowo. Gdy uroczystość się skończyła, rodzice zostali poproszeni o udanie się do domu i odebranie dzieci około 13. Wieczorem mieliśmy gości. Dwójka naszych przedszkolaków przyszła opowiedzieć nam swoje wrażenia z pierwszego dnia. Spełniły obietnicę, co im się chwali. Dowiedzieliśmy się jak wyglądało przyjęcie do przedszkola nowych dzieci. Wydawało mi się, że po zakończeniu uroczystości rozpoczynających rok szkolny, wszystkie dzieci idą do swoich sal i to wszystko. Okazało się, że to cały rytuał. Najpierw przedszkolanka przywitała wszystkich. Najważniejszą częścią przyjęcia do nowej grupy, był wybór szafki w szatni, gdzie każdy będzie zostawiał ubrania. Każda szafka ma swój znaczek i trzeba było wybrać coś dla siebie. Dopiero wtedy można przejść do sali. Teraz czas na niespodziankę. Wyposażenie sali. Wszystkie zabawki wymienione. Wśród wszystkich nowych gier i kart pojawiły się zestawy „Grzybobranie w Zielonym Gaju” Jest to gra planszowa z przepiękną kolorową planszą i wieloma elementami przestrzennymi takimi jak koszyczki na grzyby, pionki i oczywiście grzyby. Wszyscy chcieli od razu zacząć w grać. Przedszkolanka obiecała im to na jutro. Dziś oglądali resztę wyposażenia. Dzieci opowiadały co to za przedmioty, ale co chwila wracały do grzybków.

poniedziałek, 4 września 2017

Rozpoczęcie roku szkolnego

 Stało się. Nadszedł wielki dzień. Rozpoczęcie roku szkolnego. Wielu uczniów uzna to za herezję, ale siedząc przed ekranem komputera mogę sobie na nią pozwolić. Gdy przedstawiłam swoją opinię moim wnuczkom, Ania i Agnieszka prawie się na mnie obraziły. Jednak wśród piątki naszych pociech, dwójka najmłodszych nie mogła się doczekać, kiedy pierwszy raz po wakacjach pójdą do przedszkola. Wszyscy mieli zobaczyć nową salę gimnastyczną. Ale od początku. Nasza miejscowość leży na trasie pielgrzymek na Jasną Górę. Każdego roku, w połowie sierpnia gościmy pielgrzymów podążających do Częstochowy. Jako dobrzy gospodarze, oferujemy uczestnikom posiłek i w razie potrzeby nocleg. Miejsca jest bardzo dużo. Szkoła, basen, hotel i ewentualnie prywatne domy. Trzeba było szybko znaleźć dodatkowe miejsca. Wybór padł na salę gimnastyczną w przedszkolu. Duża, niedawno remontowana idealnie nadawała się do tego celu. Wszyscy byli zadowoleni. Może to zbieg okoliczności, ale gdy pielgrzymi nas opuścili, dyrektorka zauważyła, że podłoga w sali gimnastycznej zaczyna gnić. Niestety podczas malowania sali obok, wszystkie zabawki spakowano do pudeł i postawiono niedaleko pechowego miejsca. Gnijąca podłoga to nic przyjemnego ani dla oka, ani dla nosa. Po obejrzeniu i obwąchaniu pudeł z zabawkami uznano, że je też trzeba wymienić. Rodzice widzieli efekty remontu trzy dni temu, a dzieci dopiero dziś. Z wymianą parkietu nie było problemu. Gorzej z zabawkami. Puzzle, karty i inne gry. Wszystko trzeba było kupić nowe. Sponsor się znalazł. Pozostało wybrać z wielu ofert. Najciekawszą z nich przedstawiła firma Trefl. A to niespodzianka. Jak wiecie, większość zabawek znajdujących się w naszym przedszkolu jest właśnie tej firmy. Rodzice również dołożyli swoją cegiełkę. Zestawy „Arka Noego” czy „Moje pierwsze rymowanki” były ich wkładem w wyposażenie sali. Oczywiście było tego więcej, ale te dwa spodobały mi się najbardziej. Nasze wnuczki mają takie same w domu i bardzo im się podobają. Gdy wrócą z przedszkola, na pewno będą opowiadały swoje wrażenia. Nie wiem czemu, ale bardzo lubię te ich opowieści.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Chrzest

 W każdej rodzinie, gdy na świat przychodzi dziecko, panuje wielka radość. Wszyscy wymyślają imiona dla nowego członka rodziny, ale i tak ostatnie słowo mają rodzice. Nadchodzi dzień chrztu świętego. Oczywiście dla tych, którzy sobie tego życzą. Pierwsza okazja do świętowania, a właściwie druga. Pierwszą są narodziny dziecka. Organizowane jest uroczyste przyjęcie, przychodzą goście. Jeśli przyjęcie, to prezent. W rodzinnych stronach mojego męża, był taki zwyczaj, że gdy szło się na jakąś uroczystość do dziecka, a w domu było ich kilkoro, prezenty trzeba było dać wszystkim, bo przecież nie można sprawić przykrości pozostałym. Ten zwyczaj przeniósł się razem z nami do nowego domu. W okolicy szybko się przyjął. Nie raz wspominałam, że mam dużą rodzinę. Nie dawno jedna z moich sióstr została po raz pierwszy babcią. Radości i łez było mnóstwo i to ona zorganizowała ogromne przyjęcie z okazji chrztu. Na szczęście dla dziecka wybrano imię Łukasz. Dlaczego na szczęście? Przysłuchajcie się, jakie imiona nadaje się dziś dzieciom to zrozumiecie. Mówiłam, że jeśli w domu jest więcej dzieci, wszystkim daje się jakiś prezent. Ale nikt nie wiedział co zrobić, gdy w domu jest tylko jedno dziecko, ale na przyjęciu będzie ich więcej. Obdarować wszystkie, czy tylko głównego bohatera. Po wcześniejszych naradach uznaliśmy, że jednak trzeba kupić coś wszystkim dzieciom z tą różnicą, że najważniejsze z nich dostanie coś od każdego gościa z osobna, a reszta po jednym prezencie od wszystkich. Ostatnio w naszej okolicy pojawiła się moda na glutożelki. Osobiście nie wzięłabym tego do ręki, ale dla dzieci to świetna zabawa. Na stronie sklepu firmy Trefl znalazłam coś takiego. Nazywa się to „Warsztacik Glutożelków” Kategoria wiekowa +8, więc dla najstarszych dzieci będzie w sam raz. Głównemu bohaterowi przyjęcia kupiliśmy grawerowaną pamiątkę chrztu świętego. Zamiast kupować jakieś ubranka czy inne rzeczy, umówiliśmy się z rodzicami, że mały Łukaszek dostanie od nas pieniądze i niech oni kupią co będzie potrzebne.   

piątek, 25 sierpnia 2017

Zainteresowanie czy już obsesja

 Ludzie mają różne zainteresowania. Czasem w jednej rodzinie każdy interesuje się czym innym, a czasem kilka pokoleń tym samym. U nas jest to wszystko co ma jakikolwiek związek z pociągami. Był czas, że wszędzie, gdzie nie spojrzeć, plątały się modele lokomotyw, wagonów i książki o kolejnictwie. Wszystko zaczęło się od mojego taty. Pracował jako zawiadowca stacji. Pamiętam, gdy wracał do domu zawsze opowiadał co mu się przydarzyło, jakie pociągi przejeżdżały przez jego stację i jakich ludzi spotkał. Słuchaliśmy jak zaczarowani. Gdy przedstawiłam rodzinie swojego narzeczonego, obecnie męża, mój kochany tatuś od razu zaczął go wciągać w świat kolei i pociągów. Niestety mu się udało. Powiecie, to dobrze, że ma jakieś zainteresowania. Zgoda, ale zainteresowania a obsesja to co innego. Mieliśmy w domu modele i opisy chyba wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z pociągami. Pewnego dnia, po wielkiej awanturze, wszystkie te zabawki wylądowały w garażu, który nie wiadomo czemu od razu został zamknięty na kłódkę. Myślałam, że będzie spokój. Okazało się, że wszystko zostało odbudowane. Ogromna makieta miasta. Drogi, budynki i oczywiście linie kolejowe. Naszego syna też zaczęły interesować pociągi. Wiele godzin spędzali z tatą w tym garażu, bawiąc się modelami. Niestety okazuje się, że nasze najmłodsze wnuki też mogą tak skończyć. Zauważyłam, że gdy tylko w telewizji nadawany jest jakiś program związany z pociągami, dzieci rzucają wszystko i siadają przed ekranem. Teraz gdy kupujemy jakieś karty albo puzzle, muszą być związane z koleją. Na stronie sklepu firmy Trefl znalazłam zestaw „Hejka Kolejka” Jest to model kolejki wykonany z drewna. Nie jest to może jakiś zaawansowany technicznie zestaw, ale myślę, że dla trzylatków w zupełności wystarczy. Mam nadzieję, że uda mi się uchronić dzieci przed wpadnięciem w obsesję. Z doświadczenia wiem, że to nic dobrego. Będą chciały interesować się pociągami, proszę bardzo. Przypilnuję jednak, żeby oprócz kolei w ich życiu liczyło się coś jeszcze.

środa, 23 sierpnia 2017

Zabawa w chowanie

 Od kilku dni pod naszą opiekę została oddana najmłodsza dwójka naszych wnuków. Tak się złożyło, że przez dwa tygodnie ich rodzice chodzą do pracy na tę samą zmianę. Gdy pięknie świeciło słońce, ze znalezieniem zajęcia nie było kłopotu. W ogrodzie mamy zainstalowany basen. Nie to żebym się chwaliła, ale nie jest to taki kupiony w markecie. Zestaw robiony na zamówienie przez znajomego, zajmującego się takimi projektami. Nie jest to ogromny basen, ma trzy metry długości i dwa szerokości i jest przystosowany zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Po prostu ma różne głębokości. Nasze kochane wnuki bardzo lubią zabawę w chowanego. Jednak nie chowają się dzieci, ale to one chowają jakiś przedmiot, a moim i dziadka zadaniem jest jego znalezienie. Ich skrytką zawsze jest basen. Siadają w wodzie i trzymają przedmiot pod nią. Wiadomo, że nie wszystko można zamoczyć, więc naszą chowaną zabawką jest „VTech- Grająca Rybka do Kąpieli” firmy Trefl. Ale pogoda się zepsuła, za oknami zaczął padać deszcz i zabawy na basenie musiały się skończyć. W domu było trochę trudniej. Na puzzle albo kalambury są za małe, ale na szczęście sklepy internetowe oferują całą gamę produktów, które mogą zainteresować małe dzieci. Takim produktem jest „Franek Sześcianek” Nazwa nie mówi zbyt wiele, ale po zapoznaniu się z opisem mogę Wam troszkę o nim opowiedzieć. Jak sama nazwa wskazuje, jest to sześcian. Na każdej jego ściance jest przygotowana inna zabawa. To chyba najważniejsze rzeczy. Po więcej informacji odsyłam na stronę sklepu. Niestety nasze wnuki są zbyt „żywe” i jest niewiele rzeczy, które mogłyby zatrzymać je w jednym miejscu, ale ten sześcian spełnił swoje zadanie. Przynajmniej przez dwa dni. Trzeba było wrócić do zabawy w chowanie. Nie wiem co ta zabawa w sobie ma, ale bawimy się w to już trzeci dzień, skrytka dzieci zawsze jest ta sama, w sumie nasza też. Za nic w świecie nie chcą bawić się w nic innego.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Wyprawka do szkoły

 Witajcie po dłuższej przerwie. Nie zagłębiając się w szczegóły, musiałam na trochę wyjechać. Ale do rzeczy. Jak to mówią, reklama jest dźwignią handlu. Większość to tylko słowa, ale trafiają się takie, które ukazują prawdę. Z doświadczenia wiem, że jest ich bardzo mało, ale jednak. Co zrobić, takie czasy i trzeba się przyzwyczaić. Na ogół nie wierzę reklamom, jednak czasem trzeba coś kupić, nie dlatego, że jest to wychwalane w reklamach, ale po prostu jest potrzebne. Każda okazja jest dobra, żeby układać reklamy. Obecnie taką okazją jest zbliżający się rok szkolny. Wszędzie można zobaczyć i usłyszeć oferty przyborów szkolnych. Każdy sklep próbuje prześcignąć konkurencję. Plecaki, kredki, piórniki i wiele, wiele innych przedmiotów trzeba kupić. Reklama może pomóc, ale nie może być jedynym źródłem informacji. Najlepiej iść do sklepu i samemu dokonać wyboru, a jeszcze lepiej aby takiego wyboru dokonali sami zainteresowani. W końcu to dzieci będą używać tych wszystkich przyborów. Jednak, jak wszyscy wiemy, zabranie dzieci na zakupy, szczególnie do dużych sklepów, prawie zawsze kończy się w dziale z zabawkami. W naszej rodzinie to na mnie spadł obowiązek przygotowania wyprawek dla wnucząt. Postanowiłam, że najpierw sama udam się do sklepu, aby zapoznać się z ofertą, a dopiero później zabiorę dzieci. W sklepie byłam świadkiem ciekawej sytuacji. Chodząc między regałami zauważyłam kilkoro dzieci, które za wszelką cenę ciągnęły chyba rodziców w jedno miejsce. Nie trudno się domyślić, że chodzi o dział z zabawkami. Przez głośniki przez cały czas słychać było ofertę właśnie z tego działu. Puzzle, karty a nawet stare, dobre warcaby. Głos namawiał do zakupów. Po godzinie słuchania tego samego też udałam się na wyżej wymieniony dział. Chyba wszystkie dzieci jakie były w sklepie, krążyły między regałami. Po kilku godzinach wróciłam do domu. Kupiłam kilka rzeczy. Po plecaki, piórniki czy ubrania trzeba zabrać dzieci. W tym przypadku to one muszą wybrać. Oczywiście dział z zabawkami też odwiedzimy.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wielkie szczęście

 Mimo brzydkiej pogody, a może lepiej byłoby napisać strasznej, w naszej miejscowości niewiele się dzieje, jeśli chodzi o wichury, burze i wszystko co z tym związane. Deszcz, kilka piorunów i grzmotów. Nasza okolica ma chyba jakiegoś anioła stróża. Kilka lat temu mieliśmy nawet trąbę powietrzną. Szalała po lesie, zniszczyła wiele drzew, ale po dotarciu do naszych granic, zawróciła. Jak mówiłam, anioł stróż. Od tamtego czasu dzień 6 sierpnia to dodatkowe święto parafialne. Co roku tego dnia organizowana jest uroczystość na pamiątkę tamtego wydarzenia. Nie pomyślcie sobie, że świętujemy przejście trąby powietrznej, nie. Świętujemy ominięcie naszej miejscowości przez trąbę. Widząc, co obecnie dzieje się w naszym kraju po przejściu nawałnic, chyba mamy prawo do swojego święta. Wybaczcie, zaczęłam odbiegać od tematu. Uroczystość miała być zorganizowana przed kościołem, niestety pogoda na to nie pozwoliła. Od dwóch dni padał deszcz. Uroczysta msza w kościele, a resztę zorganizowano w domu kultury. Święto, jak to święto. Powitania ważnych osobistości, życzenia i przemówienia gości. Zauważyłam pewną prawidłowość. Im wyższe stanowisko, tym dłuższa przemowa. W sumie wszyscy mówili o tym samym, tylko używając innych słów. Trzy godziny słuchania jakie to my mamy szczęście. Trudno się nie zgodzić, ale czy nikt nie wpadł na to, żeby wygłosić jedną mowę w imieniu wszystkich? Nasza uroczystość różni się trochę od wszystkich innych, organizowanych przez cały rok. Wstęp mają wszyscy chętni, ale w występach i pokazach mogą brać udział wyłącznie mieszkańcy naszej parafii. Dla dzieci przygotowano rozgrywki w kalambury. Na tę okazję stworzono specjalne zestawy puzzli. Po ułożeniu powstaje obrazek przedstawiający trąbę powietrzną omijającą nasz kościół. Każda rodzina otrzymała takie puzzle w pierwszą rocznicę tego wydarzenia. Ktoś powie, że lepiej zapomnieć. A ja Wam mówię, że takie rzeczy trzeba pamiętać. Nie wszyscy w naszym kraju mają takie szczęście. Wystarczy obejrzeć jakiekolwiek wiadomości.

piątek, 11 sierpnia 2017

Coś nowego

 Ostatnio w naszej miejscowości nastała nowa moda. Co kilka dni odbywają się prezentacje gier i zabawek. Jedna z nich miała miejsce wczoraj. Organizatorami byli nasi dwaj geniusze, sołtys i dyrektor szkoły. Z doświadczenia wiem, że gdy oni biorą się za coś takiego, zawsze jest ciekawie. Temat przewodni prezentacji „ zabawki i gry z dawnych lat” Na początku wszyscy myśleli, że taki rodzaj rozrywki nie zainteresuje młodego pokolenia. Wyobraźcie sobie wyraz twarzy organizatorów, gdy na pokaz przyszły chyba wszystkie dzieci, które nie wyjechały na wakacje. O prowadzenie pokazu poproszono jedyną osobę, którą można uważać za eksperta w dziedzinie zabawek, czyli pana Adama, zaprzyjaźnionego kolekcjonera. Zgodził się bez namysłu, nawet obiecał przywieźć kilka eksponatów. Oczywiście słowa dotrzymał. W przeddzień całego wydarzenia organizatorzy zaczęli przygotowywać salę. Przygotowano plan prezentacji, ale prowadzący i na to był przygotowany. Powiedział, że jeśli ma prowadzić pokaz to na swoich zasadach. Szczególnie po przeczytaniu przygotowanego scenariusza. Wszystko zaczęło się o 9 rano. Na początku były powitania, podziękowania i takie tam. Pierwsze pytanie jakie pan Adam zadał, zatkało wszystkich zebranych. Poprosił, aby podać kilka przykładów zabawek, którymi bawili się rodzice albo dziadkowie. Po długiej chwili jedno dziecko wymieniło karty. W tym temacie wyjaśnień za dużo nie było. Wspomniano tylko grę „Piotruś” Wymieniano jeszcze puzzle, ale więcej przykładów nie było. Wtedy prowadzący pokazał pudełko warcabów. O ile o tej grze kilka osób potrafiło coś powiedzieć, to o grze z drugiej strony planszy nikt nic nie wiedział. Nawet dorośli mieli problem. Chodzi o grę „Młynek” Gra bardzo prosta, albo inaczej, zasady gry bardzo proste. Zablokować przeciwnika, to rozgrywka może być trudniejsza niż mogłoby się wydawać. Nie będę opisywać, jak może ona wyglądać, bo każda jest inna, ale jak w każdej grze w „Młynku” trzeba być skupionym, żeby nie przegrać zaraz po rozpoczęciu. Dzieciom bardzo spodobała się taka prezentacja. Po zakończeniu pytały, kiedy będzie następna. Tylko tym razem chciałyby zagrać w przedstawiane gry. Obiecano im to jeszcze przed końcem wakacji.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Nowość

 Na naszej tablicy ogłoszeń pojawiały się już różne plakaty. Imprezy, uroczystości, wszelkiego rodzaju zbiórki i rocznice. Do wyboru, do koloru. Wiele razy przechodziłam obok tej tablicy i zawsze było to samo. Ostatnio pojawiło się coś nowego. Na ogromnym plakacie było zaproszenie na prezentację. Jeden z dużych sklepów przedstawiał swoje najnowsze produkty. Czegoś takiego jeszcze nie było. Zaproszenie było kierowane przede wszystkim do dzieci z okolicy. W całe przedsięwzięcie włączył się Gminny Ośrodek Kultury, udostępniając salę kinową w domu kultury. Jest to największe klimatyzowane pomieszczenie na naszym terenie. Prezentacja trwała dwa dni. Pierwszego dnia, przedstawiciele opowiadali o produktach jakie zamierzają pokazać. Dopiero drugiego dnia wszystko się zaczęło. O umówionej godzinie wszystkie dzieci stawiły się przed wejściem. Po otwarciu drzwi obowiązywała jedna zasada. Kto pierwszy, ten lepszy. Jednak żadne dziecko z niej nie skorzystało. Wszyscy wchodzili spokojnie, a miejsc wystarczyło dla wszystkich. Zaraz za dziećmi wchodzili pracownicy sklepu, wnosząc wielkie pudła. Okazało się, że przedmiotem prezentacji miały być gry, zabawki i puzzle największych producentów. Wszystkimi produktami można było się pobawić, we wszystkie gry zagrać. Najmłodsi mieli najwięcej frajdy. Słyszeliście kiedyś o czymś takim jak „Franek Sześcianek” Ja też nie. Właśnie z prezentacji dowiedziałam się, że jest to mini plac zabaw. Na każdej ściance jest inna zabawa. Albo „Śmigi Wyścigi” następna nowość w ofercie firmy Trefl. Najprościej mówiąc, jest to zestaw czterech równoległych torów wyścigowych, na których najmłodsze dzieci mogą urządzać wyścigi. To tylko dwa z wielu prezentowanych zestawów. Jenak w całej prezentacji był jeden haczyk. Dzieci, które zdecydowały się na zabawę, musiały opowiedzieć wszystkim zebranym swoje wrażenia. Wszyscy zastanawiali się, po co przygotowano scenę i nagłośnienie. Teraz już wiadomo. Nie wszystkie dzieci miały na tyle odwagi aby wyjść i w obecności całej sali wygłosić swoje zdanie na temat konkretnych zabawek. Na koniec dnia wszyscy uczestnicy otrzymali w prezencie wybrany przez siebie zestaw.  

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Dożynki parafialne

 Już nie raz pisałam, że nasz sołtys jest geniuszem jeśli chodzi o organizację imprez. Przeżyłam już kilka lat, uczestniczyłam w wielu takich wydarzeniach, bardziej lub mniej udanych. Jednak te, organizowane przez naszego sołtysa zawsze są na najwyższym poziomie i oczywiście każda jest inna. Nie było takiej sytuacji, że któraś była podobna do poprzedniej. Inaczej jest z imprezami sportowymi. Wiadomo, że podczas zawodów muszą być przestrzegane zasady poszczególnych dyscyplin, a one bardzo rzadko się zmieniają, i wszystko wydaje się podobne do tego co już było na poprzednich uroczystościach. Inne są tylko dyscypliny. Jednak i w tym przypadku jest spore pole do popisu. W sobotę świętowano połowę wakacji. Dla niektórych jest to przypomnienie, że jeszcze tylko miesiąc został do rozpoczęcia roku szkolnego, dla innych zmiana turnusów. My mamy to szczęście, że na naszym terenie znajduje się kilka hoteli i kryta pływalnia, więc z wakacji najbardziej cieszą się prywatni przedsiębiorcy. Ale wróćmy do imprezy. Tak się akurat złożyło, że w tym samym dniu przypadały dożynki parafialne. Z całej okolicy zjeżdżają się przedstawiciele wszystkich miejscowości aby pokazać zwyczaje i stroje ludowe ze swoich ojczystych stron. Zapomniałam wspomnieć, że nasza gmina to jedno wielkie zbiorowisko ludzi z całego świata. Nie pomyliłam się, z całego świata. Świętowano cały dzień. W tym samym czasie trwały występy artystyczne i turnieje sportowe dla młodzieży. Dwie dyscypliny cieszyły się zainteresowaniem też wśród dorosłych. Stare, dobre warcaby i kalambury. Bardzo często na takich imprezach najmłodsze dzieci miały możliwość powalczyć w zawodach układania puzzli na czas, ale tym razem organizatorzy zrezygnowali z tego pomysłu. W zamian pozwolono im wziąć udział w kalamburach. Hasła były dużo łatwiejsze niż dla młodzieży, ale i tak było mnóstwo zabawy i śmiechu. Dodatkowym utrudnieniem były występy artystyczne. W przeciwieństwie do starszych uczestników, dzieciom to w ogóle nie przeszkadzało. Nikogo nie zdziwi fakt, że wszyscy uznali imprezę za bardzo udaną.

piątek, 4 sierpnia 2017

Rybka do kąpieli

 Nie wiem jak w Waszych rodzinach, ale w mojej dzieci podczas kąpieli bardzo lubią bawić się gumowymi kaczuszkami, żabkami i innego rodzaju zabawkami przeznaczonymi do tego celu. Oczywiście po takiej zabawie więcej wody jest na podłodze niż w wannie, ale zawsze można powycierać. Jak to mówią, nie ma nic na wieki. Przychodzi czas, gdy wszystkie gumowe kaczuszki, rybki i żabki trzeba wymienić. Nie raz przekonałam się, że największe szanse na kupienie potrzebnych rzeczy daje sklep internetowy firmy Trefl. Na pewno powiecie, przecież jest wiele innych sklepów. Dlaczego akurat ten? Nie raz szukałam różnych rzeczy i oprócz naszego osiedlowego sklepu z zabawkami, tylko ten sklep nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze znalazłam to, czego szukałam. Tym razem było podobnie. Szukałam czegoś, czego moje wnuczki jeszcze nie miały. Już widzę reakcję Ani i Agnieszki gdybym nie wspomniała, że chodzi mi o dwójkę najmłodszych wnuków. Od razu udałam się na stronę Trefla. Po chwili poszukiwań, znalazłam. Od razu spodobał mi się zestaw „VTech- Grająca Rybka do Kąpieli” Cena wydawała mi się trochę za wysoka, ale powiem Wam szczerze, że ta zabawka warta jest każdej wydanej złotówki. Przy okazji kupiłam kilka gumowych kaczuszek. Przesyła dotarła dwa dni po złożeniu zamówienia. Wieczorem rozpakowałam zabawki i pokazałam dzieciom. Jeszcze nie widziałam, żeby tak szybko biegły do łazienki. Prawie zaczęły się bić, które pierwsze ma się kąpać z rybką. Okazało się, że zapomniałam o najważniejszej rzeczy. Rybka była jedna, a dzieci dwoje. Nie było innego wyjścia, trzeba było zamówić drugą. Zabawka tak się spodobała, że teraz gdy tylko jest mowa o wszelkiego rodzaju wodzie, czy o morzu, czy jakimś jeziorze, a nawet basenie, dzieci od razu biegną po swoje rybki. O gumowych kaczuszkach, żabkach i innych rzeczach nie chcą nawet słyszeć. I jeszcze jedna rzecz. W łazience na podłodze jest dużo mniej wody. W sumie rybka musi gdzieś pływać. Prawda?

środa, 2 sierpnia 2017

Wysłać chłopa na zakupy

 Pogoda jaka jest, każdy widzi. Nie pomaga nawet klimatyzacja, a właściwie coś co miało taki podpis. Nie znam się za bardzo na takich urządzeniach, więc myślałam, że wysłanie mojego męża wraz z synem po tego rodzaju sprzęt będzie dobrym pomysłem, ale się myliłam. Wyobraźcie sobie, że te dwa barany pojechały do sklepu ze sprzętem agd i kupiły najtańszy złom i to w dodatku w promocji. Po przyjeździe do domu od razu się tym chwalili. Myślałam, że ich zamorduję. W upalne dni większy efekt przynosi włączenie nawet najmniejszego wentylatora niż tego czegoś. Do morza mamy jakieś 600 km, jakikolwiek basen też odpada. Woda jest tam zawsze ciepła i w takie dni jest więcej ludzi niż we wszystkie inne dni razem. Dzieci mają lepiej. Podczas ostatnich zakupów natrafiliśmy na ciekawą ofertę. Znaleźliśmy ogromny, pompowany basen. W sam raz dla dzieci. Był tylko jeden problem. Woda nagrzewała się zbyt szybko. Jedynym dobrze klimatyzowanym obiektem dostępnym dla wszystkich jest świetlica domu kultury. Ogromna sala mogąca pomieścić wiele osób. Wcześniej była tam jedna z największych w okolicy sala kinowa. Gminny ośrodek kultury zorganizował tam zajęcia dla wszystkich mieszkańców. Wielu z nich nie miało ochoty na grę w warcaby czy układanie puzzli, ale poszli ze względu na klimatyzację. Z drugiej strony nawet puzzle czy stary jak świat „Młynek” pamiętacie taką grę, można jakoś przeżyć, byle tylko chłodno. Dziwnie byłoby przyjść na świetlicę i stać pod ścianą jak kołek, szczególnie, że wnuczki ciągle namawiają na jakąś grę. Jeśli będzie więcej takich dni, a w telewizji zapowiadają ich wiele, trzeba będzie uruchomić oszczędności i kupić porządną klimatyzację. Tym razem sama pojadę do sklepu. Jak mówiłam, nie jestem na czasie jeśli chodzi o taki sprzęt, ale przyznacie sami, że gorszego nie kupię. W dzisiejszych czasach sprzedawcy czasem pomagają w wyborze. Gdy tylko zacznę podejrzewać, że sprzedawca coś kręci, pójdę do innego sklepu, gdzie będą w stanie mi uczciwie doradzić.

środa, 26 lipca 2017

Zła pogoda

 Pogoda może pokrzyżować plany, ale to żadna tajemnica. Wszyscy przez to przechodziliście. Plan dopracowany w najdrobniejszych szczegółach a tu zmiana pogody i cały plan się sypie. Od kilku dni moje wnuczki spędzają u nas całe przedpołudnie. Sytuacja wygląda tak, że co jakiś czas oboje rodziców pracują w tym samym czasie. W roku szkolnym nie ma z tym problemu, bo całe przedpołudnie dzieci spędzają w szkole i przedszkolu, ale w czasie wakacji dzieci nie można dzieci pozostawić bez opieki. Na pewno wiecie o czym mówię. Dzieci mają różne pomysły na spędzenie wolnego czasu. Któregoś dnia, gdy oboje rodziców byli w pracy ich pociechy wpadły na pomysł upieczenia ciasta. Niewiele brakło, aby doszło do nieszczęścia. Cały dom w mące, jajkach i wszystkim co dzieci znalazły w szafkach. Na koniec postanowiły upiec swoje dzieło. Ciasto się całkowicie spaliło, ktoś zauważył dym wydobywający się z okien i zadzwonił po straż pożarną. Po wyjaśnieniu sytuacji, rodzice musieli zapłacić wysoki mandat i od tamtego czasu, w trakcie nieobecności rodziców, dzieci goszczą u nas. Na początku wakacji wybraliśmy się na spacer. W koło naszej miejscowości przebiegają różnokolorowe szlaki turystyczne, więc jest gdzie spacerować. Teraz, gdy tylko odwiedzają nas nasze wnuki, pierwszą rzeczą o jaką pytają to czy pójdziemy na spacer. W poniedziałek obiecałam im taką wycieczkę. Miały wziąć ze sobą plecaki z piciem i mieliśmy iść. Niestety od samego rana padał deszcz i nie mogłam dotrzymać obietnicy. Zupełnie nie było co robić. Dziś było tak samo z tą różnicą, że tym razem byłam przygotowana na deszcz. Będąc na zakupach wstąpiłam do sklepu z zabawkami i zaopatrzyłam się w zestawy puzzli „Dwie strony mocy” firmy Trefl. Dziś od rana świeci słońce i udało mi się dotrzymać obietnicy. Chodziliśmy prawie trzy godziny, a na każdą wzmiankę o powrocie do domu obie wnuczki kręciły nosem. Ale wszystko się kończy i około 13 wróciliśmy do domu. Jak myślicie, o co pytały dziewczynki gdy wracały do swojego domu?  

poniedziałek, 24 lipca 2017

Z przejęciem

 Jak już wiecie moja córka wraz z częścią rodziny spędziła urlop nad naszym morzem. Od samego początku mieli same kłopoty. Najpierw zepsuty samochód. Musieli jechać pociągiem. Na miejscu okazało się, że pracownica hotelu zakwaterowała dwie grupy w tych samych pokojach. Trzeba było wziąć inne i oczywiście dopłacić różnicę w cenie. Jakby tego było mało, prawie przez cały czas pogoda nie nadawała się do leżenia i opalania się na plaży. Tylko ostatni dzień pobytu można było określić mianem udanego. Do domu wrócili w sobotę rano. Myślałam, że chociaż wnuczki przyjdą przywitać się ze mną, ale nie pojawiła się ani jedna. Wszyscy przyszli w odwiedziny dopiero wczoraj. Dowiedziałam się, że po drodze odwieźli do domu jedną z ciotek i dopiero późnym wieczorem dotarli do domu. Wszyscy byli bardzo zmęczeni i zaraz po przybyciu położyli się spać. Wstali około południa. Na drugi dzień po ich wyjeździe dowiedziałam się od córki o ich kłopotach, ale gdy wnuczki zaczęły opowiadać mi te wydarzenia nie miałam sumienia im przerywać. Opowiadały z takim przejęciem, jakby to były najważniejsze sprawy w ich życiu. Dowiedziałam się na przykład, że podczas podróży ich pociąg stał na jednej stacji bardzo długo, a tata nie pozwolił im wysiąść, dlatego obraziły się na niego i zajęły się grą w karty. Pierwsze dni były deszczowe trzeba było znaleźć jakieś zajęcie. Nadal były obrażone, ale gdy zaproponował układanie puzzli wybaczyły mu, bo przecież nie można się gniewać na ukochanego tatusia. Udawały tylko. Puzzle „Dwie strony mocy” to zestaw specjalnie schowany w innej walizce niż cała reszta rzeczy dla dzieci. Widocznie ktoś uznał, że może się przydać dodatkowe pudełko. Miał rację. Ale nie chodziło chyba o sytuację, w której zestaw posłuży do udobruchania obrażonych dzieci. Żyję już parę ładnych lat na tym świecie, ale jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś z takim przejęciem opowiadał o rzeczach, które przydarzają się ludziom na co dzień.  

piątek, 21 lipca 2017

Brak prądu

 Jak ja nie lubię takiej pogody. Wczoraj na termometrze mieliśmy 34 stopnie. W nocy było ich 26 i na dodatek padał deszcz. Mimo pootwieranych wszystkich okien w pokoju było jak w saunie. Nie pomagała nawet włączona klimatyzacja. Mówiłam mężowi, żeby kupić jakiś model znanego i cenionego producenta, ale on jak zwykle na pierwszym miejscu stawiał cenę. Pamiętam czasy, gdy stawialiśmy dom. Wszystkie główne okna musiały być skierowane na południe. Wiecie, taras, słońce przez cały dzień i takie tam. Żałuję, że nie da się zbudować domu, który można by było obracać. Już to widzę, dom się obraca a słońce niech sobie świeci w jego tył. Wtedy nawet najtańsza klimatyzacja poradziłaby sobie. Ależ ja mam wyobraźnię, prawda? Deszcz, niech sobie pada. Po takich upałach go potrzeba, ale niech to się odbywa spokojnie. W nocy wiał silny wiatr. Okna trzeba było pozamykać. Wszyscy mieli do wyboru. Albo sauna, albo basen. Osobiście wolę basen, ale dla domu nie jest to wskazane. Wyobraźcie sobie panele na podłodze nasiąknięte wodą. Na naszym osiedlu rośnie wiele drzew. Niektóre są starsze od najstarszych domów. Takie drzewa są często puste w środku. Wiele z nich powycinano, ale jedno stoi do dziś. Wycięcie go jest bardzo niebezpieczne, gdyż stoi bardzo blisko kilku domów. Zawsze przy silnym wietrze łamią się jakieś gałęzie. Wczoraj taka gałąź spadła na transformator. Całe osiedle nie miało prądu. Co robić w takiej sytuacji? Dzieci siadają na fotelach ze smartfonami w rekach, grają, słuchają muzyki. Gorzej gdy taki smartfon się rozładuje. Ja jestem w lepszej sytuacji. Zajęłam się układaniem puzzli. Nie za bardzo lubię „Gwiezdne wojny” ale z braku innych musiał mi wystarczyć zestaw „Dwie Strony Mocy” firmy Trefl. Zbiegiem okoliczności produkty tej firmy, zawsze ratują nas w takich sytuacjach. Gdy wszystkie smartfony straciły zasilanie, dzieci postanowiły przyłączyć się do mnie. Jak to mówią: w grupie raźniej. Mam nadzieję, że awaria szybko zostanie usunięta. 

środa, 19 lipca 2017

Wuuuuujek!

 W poniedziałek odwiedził nas niespodziewany gość. Po południu usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Myślałam, że to któraś z koleżanek Agnieszki przyszła w odwiedziny, więc nie spieszyło mi się, żeby otworzyć. Agnieszce wprost przeciwnie. W pewnej chwili usłyszałam pisk a potem okrzyk „wuuuujek” Wyjrzałam na korytarz i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. W drzwiach stał Sławek. Wieści szybko się rozeszły i wczoraj mieliśmy w domu prawdziwe przedszkole. Chyba wszystkie koleżanki i koledzy Ani i Agnieszki przyszły przywitać się z dawno nie widzianym gościem. Jak się okazało, Sławek był przygotowany na ciepłe przyjęcie ze strony dzieci, ale nie przewidział, że odwiedzi nas ich aż tyle. Dowiedziałam się od niego, że cały bagażnik ma wypełniony grami, puzzlami i zestawami kart. Przywiózł prezenty chyba w wszystkich miejsc, które odwiedził podczas swojej nieobecności. Ale jak mówiłam, nie wiedział, że dzieci będzie aż tyle. Nie mógł obdarować wszystkich. Anie i Agnieszka już w pierwszy dzień otrzymały prezent powitalny. Nie wiadomo skąd, ale Sławek wiedział, że lubią serię o gwiezdnych wojnach. Zaczęły się nimi interesować jakiś miesiąc temu, więc zestawy puzzli „Dwie Strony Mocy” bardzo im się spodobały. Całe wczorajsze popołudnie nasz gość spędził na zabawie z dziećmi. Nie było nawet chwili, żeby z nim porozmawiać. Nie raz i nie tylko my ale inni rodzice też, próbowaliśmy dowiedzieć się, dlaczego dzieci tak bardzo lubią się z nim bawić. Dowiedzieliśmy się tylko, że tu cytat „wujek jest inny niż wszyscy” Jeśli chodzi o Sławka, to widać było, że lepiej czuje się w towarzystwie dzieci niż dorosłych. Żebyście mnie dobrze zrozumieli. Mimo kilku błędów z młodości Sławek to, według mnie, dobry człowiek. W żadnym wypadku nie zrobiłby i w miarę swoich możliwości nie dałby zrobić żadnemu dziecku nawet najmniejszej krzywdy. Tego możecie być pewni. Wszyscy już wiedzą, że wyjedzie w najbliższy piątek. Wszystkie przywiezione zestawy zostały u nas. Było ich za mało żeby obdarować wszystkich.

poniedziałek, 17 lipca 2017

I tak mieli szczęście

 Wreszcie dojechali. Ale kto, gdzie i kiedy? Jak pamiętacie, ostatnio pisałam o planach urlopowych mojej córki. Dla przypomnienia. Wraz z częścią rodziny wybrała się nad morze. Mieli jechać siedmioosobowym autem, ale w ostatniej chwili okazało się, że samochód trzeba oddać do warsztatu. Pierwsza zmiana planów. Pojechali pociągiem. Podróż miała trwać ponad osiem godzin. Trwała prawie 15. Po drodze, na jednym z przejazdów jakiś obywatel zostawił spalony samochód i po prostu uciekł. Na szczęście maszynista miał dobry refleks i zdążył wyhamować. Ktoś wezwał policję, karetkę i straż pożarną. Potraktowano to zdarzenie jako wypadek. Od razu sprawdzono trzeźwość maszynisty. Zamiast podziękować mu za uniknięcie zderzenia, policja zaczęła badać czy nie jest pod wpływem alkoholu. Wstyd. Ale co zrobić. Spisywanie zeznań, oglądanie miejsca zdarzenia, i sprawdzanie czy ktoś nie został ranny trwało prawie 7 godzin. W końcu wrak usunięto i pociąg mógł ruszyć w dalszą drogę. Dzieci w tym czasie zachowywały się bardzo grzecznie. Jak pamiętacie, rodzice spakowali różne gry i puzzle na ewentualne deszczowe dni. Przydały się teraz. Nasza trójka małych podróżników zajęła się układaniem zestawu puzzli „Dwie Strony Mocy” Po dotarciu na miejsce okazało się, że przez pomyłkę zakwaterowano dwie grupy w tych samych pokojach, a ponieważ druga grupa przyjechała na czas, to oni zajęli zarezerwowane miejsca. To druga zmiana planów. Zamiast dwóch trzyosobowych pokoi, nasi urlopowicze zmuszeni byli zająć trzy dwuosobowe. Oczywiście za ten dodatkowy pokój trzeba było dopłacić. Gdy córka do mnie dzwoniła i opowiadała co zaszło, bardzo się zdenerwowała. Moim zdaniem i tak mieli dużo szczęścia. Mogło się zdarzyć, że nie było wolnych pokoi. Co wtedy? Jak widać za oknami, pogoda nie za bardzo nadaje się do leżenia na plaży, ale miejmy nadzieję, że to się zmieni. Zgodzicie się ze mną, że wszyscy jadący na wakacje liczą na słońce, szczególnie gdy jadą nad morze. 

piątek, 14 lipca 2017

Dobry zwyczaj, nie pożyczaj

 Samochód, niby zwykła rzecz. Jedni nie mają go wcale, inni używają go jak każdego innego wyposażenia, a jeszcze inni poświęcą prawie wszystko, żeby tylko pokręcić kierownicą. Niech nikt nie myśli, że jestem przeciwniczką posiadania auta. W naszej rodzinie od zawsze jest i myślę, że należymy do tej drugiej grupy użytkowników. Ale nie ma nic gorszego, przynajmniej według mnie, gdy właścicielami samochodu jest kilka osób. Wszyscy chcą jeździć, ale jak przyjdzie zapłacić za naprawę to nie ma chętnych. A jeszcze gorzej, gdy tym samochodem jeździ połowa wsi. Zapytacie, jak to? Połowa wsi to rodzina. Dalsza, bliższa, ale rodzina. Gdy raz się pożyczyło, bo jakaś tam ciotka musiała jechać do szpitala, to teraz nikomu nie pasuje odmówić. Jak mówiłam, rodzina. A rodzinie się nie odmawia. I później są tego efekty. Za każdym razem, gdy auto po takiej pożyczce się psuło, właściciele obiecywali, że już nikomu go nie pożyczą. Jak to mówią, obiecanki cacanki. Zbliża się połowa wakacji. Niektórzy, z różnych powodów, dopiero teraz wybierają się na urlop. Tak właśnie jest z moją córką. Zarezerwowała hotel, do wyjazdu szykują się już od tygodnia. Zgadnijcie, które auto, jedyne w naszej rodzinie, pomieści tylu pasażerów. Niestety tak. To, które przechodzi z rąk do rąk. Nasi urlopowicze też postanowili go pożyczyć. Oczywiście im się poszczęściło, bo w tym czasie nikt nie miał zaplanowanej żadnej podróży. Walizki spakowane, wszyscy niecierpliwie oczekiwali przyjazdu środka transportu. Okazało się, że auto jest zepsute. Trzeba będzie jechać pociągiem, a to wiąże się z przepakowaniem wszystkiego. Ubrania, buty i wszystko inne trzeba było zmieścić w połowie walizek. Najgorzej było z kartami i puzzlami, które dzieci przygotowały na ewentualne deszczowe dni. Trzeba było je tak umieścić, żeby w pociągu był do nich łatwy dostęp. W końcu to ponad osiem godzin jazdy. Można było kupić dodatkowe zestawy. Firma Trefl ma w swojej ofercie bogaty wybór, więc z tym nie będzie problemu. Jak mówiłam. Nie ma nic gorszego, jak pożyczanie auta.

środa, 12 lipca 2017

Zmiana zdania

 Jak pamiętacie, uczniowie naszej szkoły zostali zaproszeni na otwarcie wystawy pod nazwą „czy to jeszcze zabawki” od zaprzyjaźnionego kolekcjonera zabawek. Zaproszenie zostało przekazane przy okazji prezentacji jaką przeprowadził, aby zachęcić do wizyty. Zawsze uważał, że wszelkie nowinki techniczne instalowane w zabawkach „niszczą ich duszę” Jaka frajda z zabawy, gdy cały czas coś miga i piszczy. To są jego słowa. Ostatnio zmienił zdanie i właśnie dlatego postanowił otworzyć nową salę przeznaczoną specjalnie dla zabawek, które oprócz takich właśnie światełek i pisków nie mają nic innego do zaoferowania, przynajmniej według jego oceny. W dzień wyjazdu okazało się, że wynajęty autokar nie spełnia wymagań technicznych i wycieczkę trzeba było przełożyć i przeprosić za nieobecność. Nie uwierzycie, jakie było nasze zdziwienie, gdy po około godzinie na plac przed szkołą wjechał nowiutki autokar z reklamą muzeum. Za kierownicą siedział nasz gospodarz. Oznajmił, że otwarcie wystawy nie może się odbyć bez jego ulubionych zwiedzających i dlatego wysłał po nas swój pojazd. Nie wiedzieliśmy, że go ma. Na miejscu czekała jeszcze jedna niespodzianka. Ponieważ wszyscy znali zdanie gospodarza na temat elektroniki, zorganizowano debatę, aby przekonać go do zmiany podejścia. On przeciwko producentom. Jako przykład zaawansowanych technologicznie zabawek posłużyły dwie „VTech- Wywrotka Małego Budowniczego” i „VTech – Jeździk Małego Cyklisty” Według producentów tego rodzaju zabawki uczą dzieci kreatywności, koncentracji i pobudzają wyobraźnię. Kilku trzyletnich ochotników otrzymało te zestawy. Na początku zaczęły tylko naciskać przyciski, tak jak mówił nasz gospodarz. Zabawki zaczęły mówić cyfry, kolory i grać piosenki. Jednak chwilę później dzieci po usłyszeniu jakiegoś słowa zaczęły je powtarzać. Po wrzuceniu na wywrotkę kolorowej piłeczki usłyszały nazwę jej koloru. Gdy ktoś z widzów wywołam jakiś kolor dzieci wiedziały którą piłkę należy wrzucić. Otrzymały potwierdzenie. Śmiechu było co niemiara. Nasz gospodarz publicznie przyznał, że może jednak się mylił. Po zakończeniu uroczystości prezentowane zabawki można było kupić. Producenci nie przygotowali się na taką ilość chętnych. Zestawów szybko zabrakło. 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Impreza na cześć zwycięzców

 Jak już nie raz pisałam, każda okazja jest dobra, żeby zorganizować imprezę. U nas jest dużo takich okazji. Czasami myślę, że za dużo. Wymienienie wszystkich, zajęło by mi trochę czasu. Z drugiej strony, gdy mieszka się w małej miejscowości, gdzie prawie nic się nie dzieje, takie uroczystości to jedna z niewielu atrakcji. Jak wiecie, dookoła nas jest las, dlatego kilka razy mieliśmy zaszczyt być gospodarzami mistrzostw w biegach na orientację. Raz były to nawet mistrzostwa świata. Uroczystości na cześć zwycięzców trwały prawie całą noc. Świętowali wszyscy. Uczestnicy, sędziowie i kibice. Jak jedna wielka rodzina. Niestety całe zawody przeznaczone były dla zawodników, którzy ukończyli 16 lat. Organizatorzy po zeszłorocznych mistrzostwach mieli kilka nieprzyjemności z powodu tego ograniczenia. Co prawda tłumaczyli, że to zależy od stopnia trudności trasy biegu, ale nikt nie słuchał takich wyjaśnień. Podczas organizacji zawodów u nas, poprosili lokalne władze o pomoc w przygotowaniu kilku konkurencji dla najmłodszych, tylko w taki sposób, żeby nie zakłócało to przebiegu mistrzostw. Wszystko odbyło się w szkole. Od zwykłego układania puzzli po konkurs na największą bańkę mydlaną. Dla najstarszych uczestników, mecze piłki nożnej i siatkówki. Podobno dyrektor, obawiając się małego zainteresowania poddał propozycje, aby zorganizować turniej pokerowy dla nauczycieli. Takie rozgrywki na pewno cieszyły by się ogromną popularnością wśród uczniów. Zobaczyć nauczycieli grających w karty, to niecodzienny widok. Pomysł bardzo się spodobał. Oczywiście to był żart ze strony dyrektora. Całe zawody miały trwać cały dzień. Nikt nie przewidział, że puzzle i bańki mydlane nie będą nikogo interesowały. Po turniejach w piłkę wszyscy i tak udali się na trasę biegu, aby dopingować swoich faworytów. Nikt nie mógł zarzucić organizatorom, że nie pomyśleli o najmłodszych, ale skoro oni woleli kibicować zawodnikom, to już inna sprawa. Mistrzostwa się udały. Nie było zamieszek, rannych ani aresztowań. Z opowiadań sędziów wynikało, że takie sytuacje miały miejsce przy okazji innych imprez.

czwartek, 6 lipca 2017

Czy to jeszcze zabawki?

 Jeszcze przed wakacjami, w jednym z programów informacyjnych słyszała zapowiedzi minister oświaty o wysłaniu do dyrektorów szkół pisma z prośbą o organizację czasu dla uczniów, którzy w czasie wakacji zostają w domu. Nasz dyrektor jest znany z takich akcji i żadne pismo nie musiało mu o tym przypominać. Nie ważne czy to wakacje, czy ferie zimowe żadne z dzieci nie pozostaje bez opieki. Zajęcia są różne. Turnieje sportowe, wycieczki a najmłodszych wieczory poetyckie. Nie pomyliłam się. Wiele razy na takie spotkania zapraszano znanych w naszej okolicy ludzi, którzy czytali dzieciom wybrane książki. W tym roku jedną z atrakcji miał być wyjazd do centrum nauki Kopernik. Chętnych więcej niż miejsc w autokarze. Dlaczego miał? Jak wiadomo do naszego kraju z wizytą przyleciał prezydent USA. Ponieważ w planach wizyty była wizyta jego żony w centrum, odwołano wszystkie rezerwacje. Wszystkie dzieci były bardzo zawiedzione. Trzeba było wymyślić coś w zamian. Nie było łatwo, ale z pomocą przyszedł znajomy kolekcjoner zabawek. Co mają wspólnego zabawki z centrum nauki? Może i niewiele, ale wizyty naszego znajomego zawsze były mile widziane. Jak już pisałam, kolekcja zabawek zawierała eksponaty z całego wieku. W całej kolekcji nie było ani jednej zabawki związanej z technologią. Nasz gość przy każdym spotkaniu twierdził, że to nie są zabawki tylko urządzenia. Jednak ostatnio zmienił zdanie, nikt nie wie dlaczego. Od jakiegoś czasu zaczął zbierać najnowsze, zaawansowane technicznie zabawki. Na prezentację przywiózł swój ostatni nabytek. Były to zestawy „VTech- Wywrotka Małego Budowniczego” i „VTech – Jeździk Małego Cyklisty” najnowsze produkty firmy Trefl. Na początku opowiadał o różnicach między zabawkami. Na końcu powiedział coś takiego: Prawdziwy kolekcjoner musi mieć zabawki każdego rodzaju, nie ważne czy mu się to podoba czy nie. Są to produkty do zabawy, przeznaczone dla dzieci i powinny się znaleźć w kolekcji. Wszystkie dzieci zostały zaproszone na otwarcie wystawy pod nazwą: Czy to jeszcze zabawki? Nie możemy się doczekać.

wtorek, 4 lipca 2017

Różnica pokoleń

Za oknem od kilku dni mamy bardzo brzydką pogodę, ale to wiedzą wszyscy. Dorośli zawsze znajdą sobie jakieś zajęcie. Z dziećmi jest gorzej. To my, rodzice i dziadkowie, musimy im znaleźć coś do roboty. W obowiązkach domowych nie bardzo chcą pomagać, komputery też nie wszystkich interesują na tyle, by wszystko oddać za możliwość grania czy przeglądania internetu. No i jeszcze liczy się wiek. Im starsze dzieci tym jest gorzej. Wiadomą rzeczą jest, że jedenastolatki nie za bardzo chcą się bawić ze swoim trzyletnim rodzeństwem. Bardzo trudno wymyślić zabawę, która mogłaby zainteresować obie kategorie wiekowe. Nie jest to zbyt miłe, ale jak to zawsze powtarzają moje wnuczki, takie mamy czasy i ani rodzice, ani dziadkowie tego nie zrozumieją. Okazało się, że mogą mieć trochę racji. Niedawno kupiłam w sklepie internetowym zestaw "Pychotki u Dorotki" Jest to zestaw modeli ciastek, który w połączeniu z innymi tego typu zabawkami świetnie nadaje się do zabawy w dom. Pamiętam, że Ania bardzo lubiła bawić się w dom. Gdy tylko spotykała się z koleżankami, zawsze zaczynały od tej zabawy, a później było różnie. Teraz uważają, że już są za duże na takie coś. Teraz wolą układać puzzle, albo urządzać wieczory karaoke. W sklepie firmy Trefl znalazłam coś, co moim zdaniem idealnie pasowało do takich wieczorów. Był to "Mikrofon Soy Luna" Niestety i tym razem nie zrozumiałam co wnuczka miała na myśli mówiąc, że jest za duża na takie coś. Dziś sprzęt do karaoke wygląda trochę inaczej, zwłaszcza cenowo. Mikrofony, wzmacniacze, głośniki i cena 500 – 700 złotych. Z pomocą przyszły młodsze wnuczki. Zaraz po rozpakowaniu zestawów od razu się nimi zainteresowały. Nie w sposób przewidziany przez producenta, ale jednak. Jedyną zabawą z mikrofonem było naciskanie przycisków i słuchanie dźwięków odgrywanych przez urządzenie. Szczególnie piosenka z filmu "Soy Luna" Jednak zakupy nie były całkiem nie udane.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

A to niespodzianka

 Ostatnio pisałam, że do naszej miejscowości przyjechał cyrk. Wydarzenie bardzo ważne, bo jak wszyscy wiecie na przedstawienia przyjeżdżają też ludzie z daleka czasem na kilka dni. Muszą coś jeść i gdzie spać, a zabrać prowiantu na wszystkie dni jest trochę trudno. Najbliższą miejscowością była nasza. Wszyscy potrzebujący jedzenia i noclegu odwiedzali nas. Najbardziej cieszyli się właściciele sklepów i hotelarze. Wierzcie lub nie, ale takiego oblężenia klientów nie mieliśmy od bardzo dawna. Nie napisałam Wam jeszcze jednej rzeczy. Na ostatni występ większość biletów wykupiły dzieci, więc prawie przez cały czas głównie do nich był kierowany pokaz. W końcu klaun – iluzjonista nie zdarza się co dzień. Wiadomo jak to w cyrku. Tresura zwierząt, akrobacje, ale jak wcześniej największym zainteresowaniem cieszyły się występy klaunów. Co do klauna. Po odjeździe artystów, wśród mieszkańców rozeszła się plotka, że jeden z nich ma zamiar odwiedzić nas raz jeszcze. Niestety nikt nie wiedział ani kiedy to ma nastąpić, ani kto był tym klaunem. Pojawiło się kilka nowych osób, ale żadna nie przypominała owego artysty. Na tablicy ogłoszeń pojawiło się zaproszenie na darmowe pokazy. Jak nie trudno się domyślić, wszystkie miejsca były zajęte. Ostatni z występów odbył się w szkole na akademii z okazji zakończenia roku. Dzieci domagały się powtórki sztuczki z bańkami mydlanymi. Udało się. Jak wcześniej, do każdej sztuczki potrzebny był ochotnik, albo dwóch. Najwięcej śmiechu było przy wykorzystaniu zestawu „Kalambury de LUXE” firmy Trefl. Najważniejszym punktem programu miało być ujawnienie tożsamości klauna. Nikt się tego nie spodziewał, ale klaunem okazała się dziewczyna mieszkająca dawno temu w naszej miejscowości. Ale maski nie zdjęła. Wiedzieliśmy tylko, że po ukończeniu studiów wyjechała za granicę. Okazało się, że zaczęła pracować w cyrku właśnie jako klaun. Powiedziała, że odkryła w sobie powołanie. Rozśmieszanie dzieci. Robi to od kilku lat, i jak widać po jej występach, stała się mistrzynią, albo raczej mistrzem. Obiecała, że jeszcze nas odwiedzi. Nie możemy się doczekać. Zwłaszcza dzieci.