Odkąd pamiętam, w szkole zawsze organizowano mikołajki. Zwykle
wyglądało to tak, że do pudełka wrzucano karteczki z nazwiskami i
każdy losował jedną. Losujący kupował prezent wylosowanemu.
Zdarzało się to bardzo rzadko, ale gdy ktoś wylosował samego
siebie, losował jeszcze raz. W klasie Agnieszki również
zorganizowano takie losowanie. Może szczęśliwe a może nie.
Agnieszka wyciągnęła karteczkę z nazwiskiem swojej najlepszej
przyjaciółki, Kasi. Żeby było ciekawiej, nazwisko Agnieszki
znalazło się właśnie na kartce wylosowanej przez Kasię. Dziwne,
nie? Na początku obie były zadowolone, ale gdy trzeba było
wymyślić prezent nie było już tak pięknie. Nie można przecież
zapytać, co kupić. Trzeba też dopilnować, aby prezent się
spodobał. Agnieszka i Kasia przyjaźnią się od przedszkola. Jest
to ten rodzaj przyjaźni, gdzie jednego dnia nienawidzą się z
jakiegoś błahego powodu a następnego znów są najlepszymi
przyjaciółkami. Było już tak kilka razy, kiedy wydawało się, że
i jedna, i druga muszą poszukać nowych przyjaciół, na drugi dzień
żadna nie pamiętała o co właściwie się pokłóciły. Takim
osobom ciężko jest znaleźć prezent. Nie chodzi o to, by coś dać,
ale by to coś było zaskoczeniem i jeszcze się spodobało.
Dziewczynki znają swoje zainteresowania, ale i tak obie poprosiły
kogoś starszego aby pomógł w wyborze. Agnieszka poprosiła mnie.
Przed wyjściem na zakupy próbowałyśmy wymyślić jakiś sensowny
prezent, ale wszystko co nam przychodziło do głowy było zbyt
oczywiste. Obie lubią gry planszowe, ale gra „5 sekund junior”
czy „Dory’s
lost memory” była
zbyt oczywista. W sklepie stała się rzecz nieoczekiwana.
Spotkałyśmy Kasię ze swoją mamą. One wybrały się do sklepu w
tym samym celu i jak się dowiedziałam, miały ten sam problem z
prezentem dla Agnieszki. Obie dziewczynki poszły razem poszukać
czegoś co im się spodoba. Przyniosły dwie róże. Powiedziały, że
nie potrzebują żadnych prezentów, a kwiatki są tylko po to, żeby
przy całej klasie coś dać. Zaskoczenie było, ale dla mnie i mamy
Kasi. Zobaczymy co powiedzą dzieci w klasie.
poniedziałek, 28 listopada 2016
piątek, 25 listopada 2016
Tabliczka ZAKAZ WSTĘPU
Jak myślicie, czym różni się dla dzieci plac zabaw od placu
budowy? Tylko tym, że przy tym drugim jest tabliczka ZAKAZ WSTĘPU.
Wszyscy znacie charaktery dzieci. Słowo „zakaz” jest dla nich
jak zaproszenie. Takie właśnie tabliczki pojawiły się w naszej
miejscowości w związku z rozbudową jednego z zakładów pracy.
Jeszcze przed wakacjami krążyły plotki o takich planach. Okazało
się, że po wystawieniu nowej hali produkcyjnej utworzonych zostanie
500 nowych miejsc pracy. Dyrekcja zakładu chyba spodziewała się
dużego zainteresowania i już na początku oprócz hali rozpoczęła
się budowa nowego bloku mieszkalnego. Problem w tym, że oprócz
tabliczki z zakazem wstępu plac budowy nie był niczym ogrodzony i
szybko stał się ulubionym miejscem zabaw dzieci. Z początku nic
się nie działo. Jednak pewnego dnia zdarzył się wypadek. Jedno z
dzieci podczas takiej zabawy złamało rękę. Każde dziecko pytane
o ten fakt, podawało inną przyczynę. Wszyscy wiedzieli co się
stało. Rodzice nie raz pisali do firmy zajmującej się budową z
prośbą o ogrodzenie terenu, ale bez skutku. Problemem zajęła się
też dyrekcja szkoły. Każdego dnia zorganizowane były obowiązkowe
zajęcia tematyczne dla wszystkich dzieci. Zakupione specjalnie na
ten cel zestawy najpopularniejszych wśród dzieci gier „5 sekund
junior” i „ Dory’s
lost memory” miały jeszcze bardziej zachęcić do uczestnictwa.
Nawet
to nie pomogło. Po drugim złamaniu ręki, trzeba było coś zrobić.
Ani prośby, ani pisma, ani nawet osobiste odwiedziny u szefów firmy
budowlanej nie przyniosły rezultatu. W końcu ktoś wymyślił, że
trzeba się zwrócić o pomoc do dyrekcji zakładu pracy. Wybrano
przedstawicieli rodziców i w ustalonym terminie udali się na
spotkanie z dyrektorem, który obiecał pomoc. Tydzień później
wokół placu budowy zaczęto stawiać ogrodzenie. Jednak jedynym
sposobem zatrzymania dzieci było rozciągnięcie nad ogrodzeniem
drutu kolczastego. Ponieważ na terenie budowy stały wartościowe
maszyny budowlane, zatrudniona została firma ochroniarska. Od tego
momentu dzieci przestały się tam bawić. Nie można było tak od
razu?
czwartek, 24 listopada 2016
Ach ten dziadek
Pisałam ostatnio o próbie przechytrzenia dzieci przez dziadka.
Wymyślił, że skoro wnuki zaraz po kupieniu im prezentów
rozpoczynają ich poszukiwania, w tym roku kupi jedną grę tylko po
to aby mogły ją znaleźć. Po powrocie ze sklepu gra „5 sekund
junior” wylądowała pod łóżkiem. Nie zachowywał tego w jakiejś
szczególnej tajemnicy. Dzieci oczywiście to zobaczyły, ale żeby
dziadkowi nie było przykro, znalazły ją dopiero na drugi dzień.
Czyli plan dziadka się powiódł. Przynajmniej połowa. Cały plan
zakładał, że jak już dzieci znajdą podrzuconą grę i nie znajdą
nic innego uznają, że w tym roku od dziadka dostaną tylko jeden
prezent dla wszystkich. Zdarzało się, że nie docenialiśmy naszych
wnuków. Tak było i tym razem. Gdy dzieci już przestały szukać
innych prezentów, wybraliśmy się do sklepu z zamiarem kupienia
tych właściwych. Tym razem ja miałam je schować. Miałam kilka
skrytek, w których chowałam swoje prezenty, a do których dzieci
nigdy nie zaglądały podczas swoich poszukiwań, więc myślałam,
że tam mogę schować wszystkie gry, które kupiliśmy. Niestety
okazało się, że jest tego trochę za dużo i trzeba było znaleźć
jeszcze jedno miejsce. Miał się tym zająć dziadek. Ale dziadek
jak to dziadek, schował grę w swoim najbardziej znanym miejscu. Pod
łóżkiem. Nie to żebym się chwaliła, ale mamy bardzo mądre i
sprytne wnuki. Co roku dostawały najwięcej prezentów właśnie od
dziadka, więc nie wierzyły za bardzo, że dostaną tylko jedną
grę. Kiedy nie było nikogo w domu rozpoczęły poszukiwania od
nowa. Jak myślicie, gdzie zajrzały najpierw. Pod łóżko. Po
znalezieniu gry z serii Mały odkrywca „A to było tak...”
przeszukały cały dom. Tym razem również moje skrytki. Znalazły
również grę „ Dory’s
lost memory” którą schowałam na szafie. Myślałam, że skoro
meble mamy pod sam sufit nikt tam nie zajrzy, szczególnie dzieci.
Gdy
wróciliśmy do domu wszystkie prezenty leżały na stole.
środa, 23 listopada 2016
A jednak się nauczył
Zbliża się 6 grudnia. Czas zacząć rozglądać się za prezentami.
W tym roku, z całą rodziną doszliśmy do wniosku, że prezenty
kupujemy tylko dla dzieci. Pamiętacie jak w zeszłym roku dziadek
zapytał co chciałyby dostać? To był pierwszy błąd. Drugim było
schowanie prezentów pod łóżkiem. Oczywiście dzieci od razu
znalazły wszystkie. Myślałam, że przy okazji kupowania prezentów
na gwiazdkę, dziadek się czegoś nauczy, ale nic z tego. Zmieniła
się tylko skrytka. Wnuki okazały się dobrymi detektywami i już na
drugi dzień wszystkie gry i zabawki zostały odnalezione. W tym
roku, od momentu gdy zaczęliśmy zastanawiać się co kupić każdemu
dziecku, bez przerwy przypominamy dziadkowi, żeby nie pytał dzieci
co chcą dostać. Niech sam coś wymyśli. Ale dziadek jak to
dziadek, zawsze robi wszystko po swojemu. Dobrze wie, że dzieci
zaraz zaczną poszukiwania a mimo to od razu chciał się dowiedzieć
od dzieci co im kupić. Na drugi dzień rozpoczęło się śledztwo.
Jak wiecie mamy piątkę wnuków. Jeden z prezentów dzieci znalazły
szybko. Była to gra „5 sekund junior” Jednak dziadek chyba
nauczył się czegoś od zeszłego roku. Opowiedział mi, że w tym
roku postanowił kupić tylko jedną grę tylko po to, żeby dzieci
ją znalazły. Gdy nie znajdą nic innego i przestaną szukać,wtedy
wybierze się do sklepu po prawdziwe prezenty. Ponieważ z
doświadczenia wiemy, że wszystkie dzieci lubią gry z serii „Mały
odkrywca” postanowiliśmy kupić kolejny zestaw „A
to było tak…” Zasady
gry są proste. Zadaniem graczy jest układanie historyjek
obrazkowych, a później opowiadania o nich. Gdy wszystkie dzieci
były poza domem, wybraliśmy się po taki zestaw. Tym razem nie
pozwolę dziadkowi go schować. Mam swoje miejsca w które podczas
poszukiwań, dzieci nigdy nie zaglądały. Myślę, że tam będzie
bezpieczny do 6 grudnia.
poniedziałek, 21 listopada 2016
Dziwny temat wypracowania
Mam już swoje lata. Wychowałam trójkę dzieci i myślę, że
wyrosły na porządnych ludzi. Mam też piątkę wnuków. Dlaczego o
tym wspominam? Chodzi o szkołę. Przez te wszystkie lata widziałam
już wiele tematów wypracowań. Jedne były łatwe inne trudne,
jedne poważne a inne mniej. Można tak wyliczać w nieskończoność.
Jednak ostatnio nauczycielka języka polskiego wymyśliła coś
nowego. W zeszłym tygodniu Agnieszka pokazała mi temat
wypracowania. Dwa dni wcześniej ich klasa uczestniczyła w
prezentacji najnowszych gier planszowych, przygotowanej przez
producentów. Jeden z prowadzących skupił się na dwóch pozycjach.
Gra „5 sekund junior” w nowej odsłonie i „ Dory’s
lost memory” Na prezentację przygotowano więcej zestawów, ale
właśnie te dwa wybrały dzieci. Ale wróćmy do wypracowania. Temat
był jak na dzisiejsze czasy dość dziwny: Jak zainteresować kolegę
grami planszowymi. Sami
przyznacie, że w XXI wieku gry planszowe nie są zbyt popularne
wśród „zwykłych” dzieci. Wypracowania były różne. Chyba
najbardziej przerażające, przynajmniej dla mnie, było jedno z
nich. Zawierało tylko dwie linijki „Gry planszowe są zbyt
dziecinne, lepiej spędzić czas z kolegami na jakiejś imprezie”
Trzynastoletnie dziecko. Razem z mężem mamy lepsze sukcesy w
zainteresowaniu dzieci grami. Trochę się pochwalę. Gdy Agnieszka
była w przedszkolu lubiła grać w piotrusia. W szkole podstawowej
jej zainteresowania przeniosły się na puzzle. Do dziś ma w swojej
kolekcji wiele zestawów przyklejonych na tekturkę i powieszonych na
ścianie. Właśnie
o tym napisała w swoim wypracowaniu. Opisała sytuację, gdy
któregoś dnia odwiedziła ją koleżanka Ania, gdy graliśmy
właśnie w „5 sekund” Rozgrywka dobiegała końca więc
koleżanka postanowiła zaczekać. Zadzwonił telefon. Agnieszka
poszła odebrać i Ania zajęła jej miejsce. Miały iść do kina,
ale nasza gra tak wciągnęła obie dziewczynki, że postanowiły
zostać w domu. Graliśmy cały wieczór. Jak widać, nawet w
dzisiejszych czasach można zainteresować koleżankę grami
planszowymi. Trochę przypadkiem, ale można.
środa, 16 listopada 2016
Przyjęcie w tydzień
Rodzice Marka, ucznia z klasy Agnieszki, zawsze mieli oryginalne
pomysły na przyjęcia urodzinowe swojego syna. Szczególnie gdy
chodziło o tematy tych uroczystości. Raz było to wesołe
miasteczko, raz średniowieczny zamek a innym razem dom w którym
straszy. Nawet stroje były dopasowane do tematu. Na każdym
zaproszeniu był dokładny opis scenerii, tak aby każdy uczestnik
mógł przygotować sobie kostium. Jak zwykle planowanie przyjęcia
rozpoczęto długo przed terminem. Mieli bardzo duży ogród, więc
było gdzie „zaszaleć” Tym razem tematem miał być Egipt.
Piramidy, wielbłądy, faraon. Sami wiecie. Jak nie trudno się
domyślić, solenizant miał być przebrany właśnie za faraona. Na
każdym zaproszeniu było o tym wspomniane. Byłoby trochę dziwnie
gdyby okazało się, że na przyjęciu jest dwóch władców. Brzmi
ciekawie. Prawda? Niestety pogoda się zepsuła i całe przyjęcie
trzeba było urządzić w domu. Wiadomo, dom to nie ogród więc
rodzice musieli zrezygnować z egipskiej scenerii. Jeszcze jedna
rzecz o której warto wspomnieć. Przyjęcia urodzinowe Marka
odbywały się zawsze w dzień w którym wypadały. Wspomniałam o
kostiumach. Tym razem na zaproszeniach nie było nic o scenerii.
Napisane było, że to przyjęcie – niespodzianka. W dniu
uroczystości wszyscy zaproszeni stawili się na umówioną godzinę.
Drzwi były otwarte, a dom wydawał się pusty. Nagle na ścianach
zaczęły się zaświecać lampki prowadzące do dużego pokoju. Tam
czekali na wszystkich rodzice Marka. Okazało się, że dzień
wcześniej został wysłany do dziadka. W końcu w domu pojawił się
solenizant z dziadkiem. Wszyscy krzyknęli: NIESPODZIANKA i przyjęcie
mogło się rozpocząć. Wiadomo było, że przygotowano różne gry
i zabawy. Największym zainteresowaniem cieszyła się gra „5
sekund junior” Dziewczynki wolały bohaterkę bajek, więc
zaciekawiły się grą planszową z serii”
„ Dory’s
lost memory” Niespodzianką
była prezentacja prowadzona przez znanego producenta gier i zabawek,
który przyjechał specjalnie na to przyjęcie. Swoją drogą, był
to dobry znajomy rodziców Marka. Jak na przyjęcie zorganizowane w
tydzień, udało się znakomicie. Wielu firmom nie udałoby się to
tak, jak w tym przypadku.
poniedziałek, 14 listopada 2016
Nie wierzcie w reklamę
Ostatni remont przedszkola omal nie zakończył się tragedią. Ale
od początku. Jak zapewne pamiętacie, przez całe wakacje odbywał
się remont naszego przedszkola. Od czasu jak moje dzieci tam
chodziły było to pierwsze takie wydarzenie. Na początku wszystko
było jak należy. Przetarg, uczciwa i tania firma, która go
wygrała. Nie mogło być lepiej, ale już pierwszego dnia okazało
się, że pracownicy za bardzo przejęli się poleceniem dyrektorki.
Kazała im wyrzucić wszystko. Przez okna leciały meble, gry, puzzle
i wszystko inne. Oprócz kilku gier nie udało się odzyskać nic.
Umowa została rozwiązana. Następna firma też miała na swoich
ulotkach hasła: Tanio, solidnie i profesjonalnie. Oni skończyli
całą pracę tydzień przed ustalonym terminem. Wszyscy bardzo się
cieszyli. Ustalono dzień otwarcia, zaplanowano uroczystość. I tu
kończą się dobre wiadomości. Miesiąc po otwarciu okazało się,
że żadne hasło widniejące na ulotkach firm remontowych nie jest
prawdą. Któregoś dnia, gdy rodzice przyprowadzili dzieci do
przedszkola, zobaczyli kartkę na drzwiach informującą, że
przedszkole jest nieczynne do odwołania. Dowiedzieli się też, że
w nocy w jednej z sal odpadł ogromny kawałek sufitu. Dopóki nie
będzie pewności, że to się już nie powtórzy drzwi będą
zamknięte. Dwa dni później znów pojawiła się ekipa budowlana.
Tym razem dokładnie sprawdzono efekt końcowy. Wyposażenie sal jak
zwykle zafundowali sponsorzy. Wszystkich oprócz jednej. Na wystrój
sali dla najstarszej grupy pieniądze pochodziły od anonimowego
darczyńcy. W dniu otwarcia przedszkola przed wejściem stała
ogromna paczka z napisem „rozpakować na uroczystości” W środku
była szklana gablota a w niej dwie gry. Każda z opisem. Gra „5
sekund junior” miała napis: Dla tych, którzy chcą być szybcy.
Druga „Mały odkrywca idzie do szkoły” podpisana była tak: Dla
tych, którzy chcą być mądrzy. Pod spodem narysowana była
uśmiechnięta buzia, a pod nią napis: Czyli dla jednych i drugich.
Od czasu ponownego otwarcia nie wydarzyło się nic, co mogłoby
doprowadzić do zamknięcia przedszkola.
środa, 9 listopada 2016
Zainteresowania
Gdy za oknem zaczynają się takie ponure dni jak dzisiejszy, bierze
mnie na wspominki. Myślę, że wielu z Was tak ma. Chyba dobrze
czasem powspominać, porównać jak żyło się kiedyś, a jak żyje
się dziś. I najlepszym przykładem takiego porównania są
zainteresowania dzieci. Jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu
gdy za elektroniczną rozrywkę uważano radio a w bogatszych domach
telewizję gra w piłkę czy zabawa w chowanego była czymś
normalnym. Tam gdzie się wychowałam każdy większy plac był
przystosowany do gry. Nie ważne były korzenie i nierówności,
ważne żeby piłka się odbijała. Jak ktoś zahaczył o taki
korzeń, trudno mógł uważać. Pomoc w gospodarstwie też nie była
niczym dziwnym. Każde dziecko wiedziało, że to jego obowiązek. No
może większość. Zimą na każdym podwórku stał bałwan. Bitwy
na śnieżki to była codzienność. Dziś jest zupełnie inaczej.
Zabawa, gra w piłkę to coś bardzo rzadkiego. Nawet najmłodsze
dzieci wolą chodzić bez celu po ulicach niż zająć się jakąś
grą. Dwa przykłady na poparcie moich słów. Ostatnio gdy byłam na
placu zabaw z moimi najmłodszymi wnuczkami, zaczęłam im opowiadać
jak w czasach mojej młodości lepiliśmy w zimie bałwana.
Przysłuchiwało nam się inne dziecko, a gdy skończyłam usłyszałam
pytanie: co to jest bałwan? Orliki. Pamiętacie jak zaczęto je
budować? U nas też powstało takie boisko. Ogrodzenie, sztuczna
trawa, oświetlenie. Obiekt na miarę XXI wieku. Dzieci chodzących
dookoła, mnóstwo, ale nigdy nie widziałam żeby ktoś na nim grał.
Jedna z moich koleżanek zapytała kiedyś swoją dwunastoletnią
wnuczkę, czemu nie chce grać w piłkę. Usłyszała, że to jest
dziecinne. Na szczęście zdarzają się wyjątki. Nam udało się
zainteresować nasze wnuki chociaż puzzlami i grami planszowymi.
Bardzo często gramy razem. Gra „5 sekund junior” to nasza
ulubiona. Jeśli chodzi o puzzle, to każdy ma swoje ulubione motywy.
Agnieszka lubi krajobrazy. Ostatnio układała zestaw „Alpy
bawarskie” firmy Trefl. 2000 elementów. Mam nadzieję, że takich
wyjątków jest więcej.
poniedziałek, 7 listopada 2016
Imieniny inne niż wszystkie
5 listopada. Imieniny Sławomira. Jak pamiętacie, mamy w rodzinie
jedną osobę o tym imieniu. Osobę o której rodzice zabraniali
mówić w towarzystwie. Jeden głupi błąd w młodości i
straciliśmy go na 8 lat. Długo zastanawialiśmy się, czy osobę z
kryminalną przeszłością wypada przedstawić najmłodszym członkom
rodziny i jak dzieci przyjmą nowego wujka. Nie było się czego
obawiać. Nikt nie wie dlaczego, ale od pierwszego spotkania dzieci
traktowały Sławka jak kogoś, kogo znają od dawna. Myśleliśmy,
że gdy dowiedzą się gdzie ich wujek był przez te wszystkie lata
nie będą chciały nawet wiedzieć kto to jest a co dopiero przyjąć
go do rodziny. Nie wieli je to obchodziło. Ale kto zrozumie dzieci.
Już na początku października cała piątka bez przerwy dopytywała
się kiedy Sławek nas znowu odwiedzi. Nie chciały powiedzieć
dlaczego tak im na tym zależy, ale w końcu się wydało. Agnieszka
w swoim pamiętniku ma zapisane daty urodzin i imienin wszystkich
członków naszej rodziny. Wszystkie moje kochane wnuczki uznały, że
trzeba wyprawić przyjęcie imieninowe dla wujka. Im bardziej
odmawialiśmy, tym bardziej one się upierały. W znalezieniu Sławka
pomógł nam jego dawny kolega i po przekazaniu zaproszenia przez
dzieci 5 listopada dawno nie widziany wujek pojawił się w naszym
domu. Dzieci od razu chciały zabrać go do swojego pokoju. Tym razem
się na to nie zgodziliśmy. Przyjęcie rozpoczęło się obiadem,
ale dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że Sławek gdzieś
zniknął. Wszyscy wiedzieli gdzie jest. Od razu poszliśmy do pokoju
dzieci. Przy stole, wśród gier i puzzli siedziała cała szóstka i
grała w przywiezione przez Sławka gry. Zawsze miał jakieś
prezenty dla dzieci. Tym razem była to gra „ Dory’s
lost memory” Jednak
większość czasu spędzili na grze „5 sekund junior” i
słuchaniu opowieści Sławka o miejscach, które chciałby
odwiedzić. Nikt nie wie dlaczego dzieci tak go lubią mimo jego
przeszłości. Jak się okazało, nie tylko nasze. Może to dobrze.
czwartek, 3 listopada 2016
Bardzo długi weekend
Pamiętam czasy, gdy moje dzieci chodziły do szkoły. Dzisiejszej
młodzieży nie ma sensu wyjaśniać co to były soboty pracujące.
Ale czasem nawet wtedy trzeba było iść do szkoły czy pracy. Nikt
nie marzył o czymś takim jak długi weekend. Jeśli jakieś święto
wypadało na przykład we wtorek to oczywiście poniedziałek
uczniowie mieli wolny, ale za to w sobotę musieli ten wolny dzień
odrobić. Dziś każdą możliwą okazję wykorzystuje się by mieć
dzień wolny. Nie ważne czy to dorośli czy uczniowie. Najlepszy
przykład: od 28 października do 2 listopada tego roku. Żeby było
ciekawiej, jeszcze przed tym weekendem, dyrektor naszej szkoły
ogłosił, że 3 i 4 listopada zorganizowany zostanie turniej w gry
planszowe. Jednak nie powiedział jakie. Tylko wtajemniczeni
wiedzieli, że będzie to gra „5 sekund junior” Oczywiście te
dwa dni wszyscy uczniowie też mają wolne od zajęć. Turniej miał
być tylko dla chętnych. Na początku takie rozwiązanie nie
spodobało się nikomu. Rodzice bali się, że jeśli uczniowie
dostaną dwa dni wolnego więcej, nikt nie przeznaczy ich na udział
w turnieju. Dyrektor przewidział taką możliwość i jako dodatek
do nagród obiecał ochronę przed wezwaniem do odpowiedzi przez
określony czas w zależności od zajętego miejsca. Niektórych
nawet takie nagrody nie przekonały. Dalej twierdzili, że taka
ochrona to za mało żeby poświęcić dwa dni. Wszystkie wątpliwości
rozwiały się w momencie rozpoczęcia zapisów. Organizatorzy nie
byli przygotowani na taką ilość chętnych. Jednak „ochrona przed
nauczycielami” była warta poświęcenia wolnego czasu. Do
rozgrywek przeznaczono dodatkową salę i trzeba było postarać się
o dodatkowe zestawy. Wybór padł na grę „ Dory’s
lost memory” firmy
Trefl. O ile pierwszą z gier znali wszyscy, to ta druga
zaprezentowana została po raz pierwszy. Jednak okazało się, że
zasady są bardzo proste i wszyscy od razu je zrozumieli. Dziś, po
pierwszym dniu rozgrywek nikt nie żałuje poświęconego czasu. W
końcu tydzień ochrony jest lepszy niż dwa dni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)