poniedziałek, 28 listopada 2016

Mikołajki

 Odkąd pamiętam, w szkole zawsze organizowano mikołajki. Zwykle wyglądało to tak, że do pudełka wrzucano karteczki z nazwiskami i każdy losował jedną. Losujący kupował prezent wylosowanemu. Zdarzało się to bardzo rzadko, ale gdy ktoś wylosował samego siebie, losował jeszcze raz. W klasie Agnieszki również zorganizowano takie losowanie. Może szczęśliwe a może nie. Agnieszka wyciągnęła karteczkę z nazwiskiem swojej najlepszej przyjaciółki, Kasi. Żeby było ciekawiej, nazwisko Agnieszki znalazło się właśnie na kartce wylosowanej przez Kasię. Dziwne, nie? Na początku obie były zadowolone, ale gdy trzeba było wymyślić prezent nie było już tak pięknie. Nie można przecież zapytać, co kupić. Trzeba też dopilnować, aby prezent się spodobał. Agnieszka i Kasia przyjaźnią się od przedszkola. Jest to ten rodzaj przyjaźni, gdzie jednego dnia nienawidzą się z jakiegoś błahego powodu a następnego znów są najlepszymi przyjaciółkami. Było już tak kilka razy, kiedy wydawało się, że i jedna, i druga muszą poszukać nowych przyjaciół, na drugi dzień żadna nie pamiętała o co właściwie się pokłóciły. Takim osobom ciężko jest znaleźć prezent. Nie chodzi o to, by coś dać, ale by to coś było zaskoczeniem i jeszcze się spodobało. Dziewczynki znają swoje zainteresowania, ale i tak obie poprosiły kogoś starszego aby pomógł w wyborze. Agnieszka poprosiła mnie. Przed wyjściem na zakupy próbowałyśmy wymyślić jakiś sensowny prezent, ale wszystko co nam przychodziło do głowy było zbyt oczywiste. Obie lubią gry planszowe, ale gra „5 sekund junior” czy „Dory’s lost memory” była zbyt oczywista. W sklepie stała się rzecz nieoczekiwana. Spotkałyśmy Kasię ze swoją mamą. One wybrały się do sklepu w tym samym celu i jak się dowiedziałam, miały ten sam problem z prezentem dla Agnieszki. Obie dziewczynki poszły razem poszukać czegoś co im się spodoba. Przyniosły dwie róże. Powiedziały, że nie potrzebują żadnych prezentów, a kwiatki są tylko po to, żeby przy całej klasie coś dać. Zaskoczenie było, ale dla mnie i mamy Kasi. Zobaczymy co powiedzą dzieci w klasie. 

piątek, 25 listopada 2016

Tabliczka ZAKAZ WSTĘPU

 Jak myślicie, czym różni się dla dzieci plac zabaw od placu budowy? Tylko tym, że przy tym drugim jest tabliczka ZAKAZ WSTĘPU. Wszyscy znacie charaktery dzieci. Słowo „zakaz” jest dla nich jak zaproszenie. Takie właśnie tabliczki pojawiły się w naszej miejscowości w związku z rozbudową jednego z zakładów pracy. Jeszcze przed wakacjami krążyły plotki o takich planach. Okazało się, że po wystawieniu nowej hali produkcyjnej utworzonych zostanie 500 nowych miejsc pracy. Dyrekcja zakładu chyba spodziewała się dużego zainteresowania i już na początku oprócz hali rozpoczęła się budowa nowego bloku mieszkalnego. Problem w tym, że oprócz tabliczki z zakazem wstępu plac budowy nie był niczym ogrodzony i szybko stał się ulubionym miejscem zabaw dzieci. Z początku nic się nie działo. Jednak pewnego dnia zdarzył się wypadek. Jedno z dzieci podczas takiej zabawy złamało rękę. Każde dziecko pytane o ten fakt, podawało inną przyczynę. Wszyscy wiedzieli co się stało. Rodzice nie raz pisali do firmy zajmującej się budową z prośbą o ogrodzenie terenu, ale bez skutku. Problemem zajęła się też dyrekcja szkoły. Każdego dnia zorganizowane były obowiązkowe zajęcia tematyczne dla wszystkich dzieci. Zakupione specjalnie na ten cel zestawy najpopularniejszych wśród dzieci gier „5 sekund junior” i „ Dory’s lost memory” miały jeszcze bardziej zachęcić do uczestnictwa. Nawet to nie pomogło. Po drugim złamaniu ręki, trzeba było coś zrobić. Ani prośby, ani pisma, ani nawet osobiste odwiedziny u szefów firmy budowlanej nie przyniosły rezultatu. W końcu ktoś wymyślił, że trzeba się zwrócić o pomoc do dyrekcji zakładu pracy. Wybrano przedstawicieli rodziców i w ustalonym terminie udali się na spotkanie z dyrektorem, który obiecał pomoc. Tydzień później wokół placu budowy zaczęto stawiać ogrodzenie. Jednak jedynym sposobem zatrzymania dzieci było rozciągnięcie nad ogrodzeniem drutu kolczastego. Ponieważ na terenie budowy stały wartościowe maszyny budowlane, zatrudniona została firma ochroniarska. Od tego momentu dzieci przestały się tam bawić. Nie można było tak od razu?

czwartek, 24 listopada 2016

Ach ten dziadek

 Pisałam ostatnio o próbie przechytrzenia dzieci przez dziadka. Wymyślił, że skoro wnuki zaraz po kupieniu im prezentów rozpoczynają ich poszukiwania, w tym roku kupi jedną grę tylko po to aby mogły ją znaleźć. Po powrocie ze sklepu gra „5 sekund junior” wylądowała pod łóżkiem. Nie zachowywał tego w jakiejś szczególnej tajemnicy. Dzieci oczywiście to zobaczyły, ale żeby dziadkowi nie było przykro, znalazły ją dopiero na drugi dzień. Czyli plan dziadka się powiódł. Przynajmniej połowa. Cały plan zakładał, że jak już dzieci znajdą podrzuconą grę i nie znajdą nic innego uznają, że w tym roku od dziadka dostaną tylko jeden prezent dla wszystkich. Zdarzało się, że nie docenialiśmy naszych wnuków. Tak było i tym razem. Gdy dzieci już przestały szukać innych prezentów, wybraliśmy się do sklepu z zamiarem kupienia tych właściwych. Tym razem ja miałam je schować. Miałam kilka skrytek, w których chowałam swoje prezenty, a do których dzieci nigdy nie zaglądały podczas swoich poszukiwań, więc myślałam, że tam mogę schować wszystkie gry, które kupiliśmy. Niestety okazało się, że jest tego trochę za dużo i trzeba było znaleźć jeszcze jedno miejsce. Miał się tym zająć dziadek. Ale dziadek jak to dziadek, schował grę w swoim najbardziej znanym miejscu. Pod łóżkiem. Nie to żebym się chwaliła, ale mamy bardzo mądre i sprytne wnuki. Co roku dostawały najwięcej prezentów właśnie od dziadka, więc nie wierzyły za bardzo, że dostaną tylko jedną grę. Kiedy nie było nikogo w domu rozpoczęły poszukiwania od nowa. Jak myślicie, gdzie zajrzały najpierw. Pod łóżko. Po znalezieniu gry z serii Mały odkrywca „A to było tak...” przeszukały cały dom. Tym razem również moje skrytki. Znalazły również grę „ Dory’s lost memory” którą schowałam na szafie. Myślałam, że skoro meble mamy pod sam sufit nikt tam nie zajrzy, szczególnie dzieci. Gdy wróciliśmy do domu wszystkie prezenty leżały na stole. 

środa, 23 listopada 2016

A jednak się nauczył

 Zbliża się 6 grudnia. Czas zacząć rozglądać się za prezentami. W tym roku, z całą rodziną doszliśmy do wniosku, że prezenty kupujemy tylko dla dzieci. Pamiętacie jak w zeszłym roku dziadek zapytał co chciałyby dostać? To był pierwszy błąd. Drugim było schowanie prezentów pod łóżkiem. Oczywiście dzieci od razu znalazły wszystkie. Myślałam, że przy okazji kupowania prezentów na gwiazdkę, dziadek się czegoś nauczy, ale nic z tego. Zmieniła się tylko skrytka. Wnuki okazały się dobrymi detektywami i już na drugi dzień wszystkie gry i zabawki zostały odnalezione. W tym roku, od momentu gdy zaczęliśmy zastanawiać się co kupić każdemu dziecku, bez przerwy przypominamy dziadkowi, żeby nie pytał dzieci co chcą dostać. Niech sam coś wymyśli. Ale dziadek jak to dziadek, zawsze robi wszystko po swojemu. Dobrze wie, że dzieci zaraz zaczną poszukiwania a mimo to od razu chciał się dowiedzieć od dzieci co im kupić. Na drugi dzień rozpoczęło się śledztwo. Jak wiecie mamy piątkę wnuków. Jeden z prezentów dzieci znalazły szybko. Była to gra „5 sekund junior” Jednak dziadek chyba nauczył się czegoś od zeszłego roku. Opowiedział mi, że w tym roku postanowił kupić tylko jedną grę tylko po to, żeby dzieci ją znalazły. Gdy nie znajdą nic innego i przestaną szukać,wtedy wybierze się do sklepu po prawdziwe prezenty. Ponieważ z doświadczenia wiemy, że wszystkie dzieci lubią gry z serii „Mały odkrywca” postanowiliśmy kupić kolejny zestaw „A to było tak…” Zasady gry są proste. Zadaniem graczy jest układanie historyjek obrazkowych, a później opowiadania o nich. Gdy wszystkie dzieci były poza domem, wybraliśmy się po taki zestaw. Tym razem nie pozwolę dziadkowi go schować. Mam swoje miejsca w które podczas poszukiwań, dzieci nigdy nie zaglądały. Myślę, że tam będzie bezpieczny do 6 grudnia.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Dziwny temat wypracowania

 Mam już swoje lata. Wychowałam trójkę dzieci i myślę, że wyrosły na porządnych ludzi. Mam też piątkę wnuków. Dlaczego o tym wspominam? Chodzi o szkołę. Przez te wszystkie lata widziałam już wiele tematów wypracowań. Jedne były łatwe inne trudne, jedne poważne a inne mniej. Można tak wyliczać w nieskończoność. Jednak ostatnio nauczycielka języka polskiego wymyśliła coś nowego. W zeszłym tygodniu Agnieszka pokazała mi temat wypracowania. Dwa dni wcześniej ich klasa uczestniczyła w prezentacji najnowszych gier planszowych, przygotowanej przez producentów. Jeden z prowadzących skupił się na dwóch pozycjach. Gra „5 sekund junior” w nowej odsłonie i „ Dory’s lost memory” Na prezentację przygotowano więcej zestawów, ale właśnie te dwa wybrały dzieci. Ale wróćmy do wypracowania. Temat był jak na dzisiejsze czasy dość dziwny: Jak zainteresować kolegę grami planszowymi. Sami przyznacie, że w XXI wieku gry planszowe nie są zbyt popularne wśród „zwykłych” dzieci. Wypracowania były różne. Chyba najbardziej przerażające, przynajmniej dla mnie, było jedno z nich. Zawierało tylko dwie linijki „Gry planszowe są zbyt dziecinne, lepiej spędzić czas z kolegami na jakiejś imprezie” Trzynastoletnie dziecko. Razem z mężem mamy lepsze sukcesy w zainteresowaniu dzieci grami. Trochę się pochwalę. Gdy Agnieszka była w przedszkolu lubiła grać w piotrusia. W szkole podstawowej jej zainteresowania przeniosły się na puzzle. Do dziś ma w swojej kolekcji wiele zestawów przyklejonych na tekturkę i powieszonych na ścianie. Właśnie o tym napisała w swoim wypracowaniu. Opisała sytuację, gdy któregoś dnia odwiedziła ją koleżanka Ania, gdy graliśmy właśnie w „5 sekund” Rozgrywka dobiegała końca więc koleżanka postanowiła zaczekać. Zadzwonił telefon. Agnieszka poszła odebrać i Ania zajęła jej miejsce. Miały iść do kina, ale nasza gra tak wciągnęła obie dziewczynki, że postanowiły zostać w domu. Graliśmy cały wieczór. Jak widać, nawet w dzisiejszych czasach można zainteresować koleżankę grami planszowymi. Trochę przypadkiem, ale można.

środa, 16 listopada 2016

Przyjęcie w tydzień

 Rodzice Marka, ucznia z klasy Agnieszki, zawsze mieli oryginalne pomysły na przyjęcia urodzinowe swojego syna. Szczególnie gdy chodziło o tematy tych uroczystości. Raz było to wesołe miasteczko, raz średniowieczny zamek a innym razem dom w którym straszy. Nawet stroje były dopasowane do tematu. Na każdym zaproszeniu był dokładny opis scenerii, tak aby każdy uczestnik mógł przygotować sobie kostium. Jak zwykle planowanie przyjęcia rozpoczęto długo przed terminem. Mieli bardzo duży ogród, więc było gdzie „zaszaleć” Tym razem tematem miał być Egipt. Piramidy, wielbłądy, faraon. Sami wiecie. Jak nie trudno się domyślić, solenizant miał być przebrany właśnie za faraona. Na każdym zaproszeniu było o tym wspomniane. Byłoby trochę dziwnie gdyby okazało się, że na przyjęciu jest dwóch władców. Brzmi ciekawie. Prawda? Niestety pogoda się zepsuła i całe przyjęcie trzeba było urządzić w domu. Wiadomo, dom to nie ogród więc rodzice musieli zrezygnować z egipskiej scenerii. Jeszcze jedna rzecz o której warto wspomnieć. Przyjęcia urodzinowe Marka odbywały się zawsze w dzień w którym wypadały. Wspomniałam o kostiumach. Tym razem na zaproszeniach nie było nic o scenerii. Napisane było, że to przyjęcie – niespodzianka. W dniu uroczystości wszyscy zaproszeni stawili się na umówioną godzinę. Drzwi były otwarte, a dom wydawał się pusty. Nagle na ścianach zaczęły się zaświecać lampki prowadzące do dużego pokoju. Tam czekali na wszystkich rodzice Marka. Okazało się, że dzień wcześniej został wysłany do dziadka. W końcu w domu pojawił się solenizant z dziadkiem. Wszyscy krzyknęli: NIESPODZIANKA i przyjęcie mogło się rozpocząć. Wiadomo było, że przygotowano różne gry i zabawy. Największym zainteresowaniem cieszyła się gra „5 sekund junior” Dziewczynki wolały bohaterkę bajek, więc zaciekawiły się grą planszową z serii” „ Dory’s lost memory” Niespodzianką była prezentacja prowadzona przez znanego producenta gier i zabawek, który przyjechał specjalnie na to przyjęcie. Swoją drogą, był to dobry znajomy rodziców Marka. Jak na przyjęcie zorganizowane w tydzień, udało się znakomicie. Wielu firmom nie udałoby się to tak, jak w tym przypadku.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Nie wierzcie w reklamę

 Ostatni remont przedszkola omal nie zakończył się tragedią. Ale od początku. Jak zapewne pamiętacie, przez całe wakacje odbywał się remont naszego przedszkola. Od czasu jak moje dzieci tam chodziły było to pierwsze takie wydarzenie. Na początku wszystko było jak należy. Przetarg, uczciwa i tania firma, która go wygrała. Nie mogło być lepiej, ale już pierwszego dnia okazało się, że pracownicy za bardzo przejęli się poleceniem dyrektorki. Kazała im wyrzucić wszystko. Przez okna leciały meble, gry, puzzle i wszystko inne. Oprócz kilku gier nie udało się odzyskać nic. Umowa została rozwiązana. Następna firma też miała na swoich ulotkach hasła: Tanio, solidnie i profesjonalnie. Oni skończyli całą pracę tydzień przed ustalonym terminem. Wszyscy bardzo się cieszyli. Ustalono dzień otwarcia, zaplanowano uroczystość. I tu kończą się dobre wiadomości. Miesiąc po otwarciu okazało się, że żadne hasło widniejące na ulotkach firm remontowych nie jest prawdą. Któregoś dnia, gdy rodzice przyprowadzili dzieci do przedszkola, zobaczyli kartkę na drzwiach informującą, że przedszkole jest nieczynne do odwołania. Dowiedzieli się też, że w nocy w jednej z sal odpadł ogromny kawałek sufitu. Dopóki nie będzie pewności, że to się już nie powtórzy drzwi będą zamknięte. Dwa dni później znów pojawiła się ekipa budowlana. Tym razem dokładnie sprawdzono efekt końcowy. Wyposażenie sal jak zwykle zafundowali sponsorzy. Wszystkich oprócz jednej. Na wystrój sali dla najstarszej grupy pieniądze pochodziły od anonimowego darczyńcy. W dniu otwarcia przedszkola przed wejściem stała ogromna paczka z napisem „rozpakować na uroczystości” W środku była szklana gablota a w niej dwie gry. Każda z opisem. Gra „5 sekund junior” miała napis: Dla tych, którzy chcą być szybcy. Druga „Mały odkrywca idzie do szkoły” podpisana była tak: Dla tych, którzy chcą być mądrzy. Pod spodem narysowana była uśmiechnięta buzia, a pod nią napis: Czyli dla jednych i drugich. Od czasu ponownego otwarcia nie wydarzyło się nic, co mogłoby doprowadzić do zamknięcia przedszkola.  

środa, 9 listopada 2016

Zainteresowania

 Gdy za oknem zaczynają się takie ponure dni jak dzisiejszy, bierze mnie na wspominki. Myślę, że wielu z Was tak ma. Chyba dobrze czasem powspominać, porównać jak żyło się kiedyś, a jak żyje się dziś. I najlepszym przykładem takiego porównania są zainteresowania dzieci. Jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu gdy za elektroniczną rozrywkę uważano radio a w bogatszych domach telewizję gra w piłkę czy zabawa w chowanego była czymś normalnym. Tam gdzie się wychowałam każdy większy plac był przystosowany do gry. Nie ważne były korzenie i nierówności, ważne żeby piłka się odbijała. Jak ktoś zahaczył o taki korzeń, trudno mógł uważać. Pomoc w gospodarstwie też nie była niczym dziwnym. Każde dziecko wiedziało, że to jego obowiązek. No może większość. Zimą na każdym podwórku stał bałwan. Bitwy na śnieżki to była codzienność. Dziś jest zupełnie inaczej. Zabawa, gra w piłkę to coś bardzo rzadkiego. Nawet najmłodsze dzieci wolą chodzić bez celu po ulicach niż zająć się jakąś grą. Dwa przykłady na poparcie moich słów. Ostatnio gdy byłam na placu zabaw z moimi najmłodszymi wnuczkami, zaczęłam im opowiadać jak w czasach mojej młodości lepiliśmy w zimie bałwana. Przysłuchiwało nam się inne dziecko, a gdy skończyłam usłyszałam pytanie: co to jest bałwan? Orliki. Pamiętacie jak zaczęto je budować? U nas też powstało takie boisko. Ogrodzenie, sztuczna trawa, oświetlenie. Obiekt na miarę XXI wieku. Dzieci chodzących dookoła, mnóstwo, ale nigdy nie widziałam żeby ktoś na nim grał. Jedna z moich koleżanek zapytała kiedyś swoją dwunastoletnią wnuczkę, czemu nie chce grać w piłkę. Usłyszała, że to jest dziecinne. Na szczęście zdarzają się wyjątki. Nam udało się zainteresować nasze wnuki chociaż puzzlami i grami planszowymi. Bardzo często gramy razem. Gra „5 sekund junior” to nasza ulubiona. Jeśli chodzi o puzzle, to każdy ma swoje ulubione motywy. Agnieszka lubi krajobrazy. Ostatnio układała zestaw „Alpy bawarskie” firmy Trefl. 2000 elementów. Mam nadzieję, że takich wyjątków jest więcej.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Imieniny inne niż wszystkie

 5 listopada. Imieniny Sławomira. Jak pamiętacie, mamy w rodzinie jedną osobę o tym imieniu. Osobę o której rodzice zabraniali mówić w towarzystwie. Jeden głupi błąd w młodości i straciliśmy go na 8 lat. Długo zastanawialiśmy się, czy osobę z kryminalną przeszłością wypada przedstawić najmłodszym członkom rodziny i jak dzieci przyjmą nowego wujka. Nie było się czego obawiać. Nikt nie wie dlaczego, ale od pierwszego spotkania dzieci traktowały Sławka jak kogoś, kogo znają od dawna. Myśleliśmy, że gdy dowiedzą się gdzie ich wujek był przez te wszystkie lata nie będą chciały nawet wiedzieć kto to jest a co dopiero przyjąć go do rodziny. Nie wieli je to obchodziło. Ale kto zrozumie dzieci. Już na początku października cała piątka bez przerwy dopytywała się kiedy Sławek nas znowu odwiedzi. Nie chciały powiedzieć dlaczego tak im na tym zależy, ale w końcu się wydało. Agnieszka w swoim pamiętniku ma zapisane daty urodzin i imienin wszystkich członków naszej rodziny. Wszystkie moje kochane wnuczki uznały, że trzeba wyprawić przyjęcie imieninowe dla wujka. Im bardziej odmawialiśmy, tym bardziej one się upierały. W znalezieniu Sławka pomógł nam jego dawny kolega i po przekazaniu zaproszenia przez dzieci 5 listopada dawno nie widziany wujek pojawił się w naszym domu. Dzieci od razu chciały zabrać go do swojego pokoju. Tym razem się na to nie zgodziliśmy. Przyjęcie rozpoczęło się obiadem, ale dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że Sławek gdzieś zniknął. Wszyscy wiedzieli gdzie jest. Od razu poszliśmy do pokoju dzieci. Przy stole, wśród gier i puzzli siedziała cała szóstka i grała w przywiezione przez Sławka gry. Zawsze miał jakieś prezenty dla dzieci. Tym razem była to gra „ Dory’s lost memory” Jednak większość czasu spędzili na grze „5 sekund junior” i słuchaniu opowieści Sławka o miejscach, które chciałby odwiedzić. Nikt nie wie dlaczego dzieci tak go lubią mimo jego przeszłości. Jak się okazało, nie tylko nasze. Może to dobrze.

czwartek, 3 listopada 2016

Bardzo długi weekend

 Pamiętam czasy, gdy moje dzieci chodziły do szkoły. Dzisiejszej młodzieży nie ma sensu wyjaśniać co to były soboty pracujące. Ale czasem nawet wtedy trzeba było iść do szkoły czy pracy. Nikt nie marzył o czymś takim jak długi weekend. Jeśli jakieś święto wypadało na przykład we wtorek to oczywiście poniedziałek uczniowie mieli wolny, ale za to w sobotę musieli ten wolny dzień odrobić. Dziś każdą możliwą okazję wykorzystuje się by mieć dzień wolny. Nie ważne czy to dorośli czy uczniowie. Najlepszy przykład: od 28 października do 2 listopada tego roku. Żeby było ciekawiej, jeszcze przed tym weekendem, dyrektor naszej szkoły ogłosił, że 3 i 4 listopada zorganizowany zostanie turniej w gry planszowe. Jednak nie powiedział jakie. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że będzie to gra „5 sekund junior” Oczywiście te dwa dni wszyscy uczniowie też mają wolne od zajęć. Turniej miał być tylko dla chętnych. Na początku takie rozwiązanie nie spodobało się nikomu. Rodzice bali się, że jeśli uczniowie dostaną dwa dni wolnego więcej, nikt nie przeznaczy ich na udział w turnieju. Dyrektor przewidział taką możliwość i jako dodatek do nagród obiecał ochronę przed wezwaniem do odpowiedzi przez określony czas w zależności od zajętego miejsca. Niektórych nawet takie nagrody nie przekonały. Dalej twierdzili, że taka ochrona to za mało żeby poświęcić dwa dni. Wszystkie wątpliwości rozwiały się w momencie rozpoczęcia zapisów. Organizatorzy nie byli przygotowani na taką ilość chętnych. Jednak „ochrona przed nauczycielami” była warta poświęcenia wolnego czasu. Do rozgrywek przeznaczono dodatkową salę i trzeba było postarać się o dodatkowe zestawy. Wybór padł na grę „ Dory’s lost memory” firmy Trefl. O ile pierwszą z gier znali wszyscy, to ta druga zaprezentowana została po raz pierwszy. Jednak okazało się, że zasady są bardzo proste i wszyscy od razu je zrozumieli. Dziś, po pierwszym dniu rozgrywek nikt nie żałuje poświęconego czasu. W końcu tydzień ochrony jest lepszy niż dwa dni.