Co
się może zdarzyć, gdy do sklepu z zabawkami zostanie przywieziony
nowy towar? Ktoś powie, przecież to nie te czasy, gdy stało się
przed sklepem od 5 rano żeby coś kupić sensownego. Może i racja,
ale gdy chodzi o dzieci i zabawki, to niczego nie można być pewnym.
Wiadomo, że nikt nie będzie stał od wczesnych godzin rannych, ale
gdy tylko pod drzwiami pojawi się właściciel, trzeba bardzo
uważać. Na początku trzeba było zaglądać co dziennie z
nadzieją, że akurat trafi się na dostawę towaru. Odkąd sklep
prowadzi sprzedaż internetową, po zarejestrowaniu otrzymuje się
najnowsze oferty na skrzynkę pocztową. Na dodatek można określić,
jakie towary mają być przedstawiane w takiej wiadomości. Jak nie
trudno się domyślić, w tych które przychodzą do mnie,
obowiązkową pozycją są puzzle i karty. Wiele osób skarżyło się
na taki sposób powiadamiania, przecież niektórzy nie mają
możliwości albo ochoty rejestrować się tylko po to, aby
otrzymywać oferty. Aby dbać o wszystkich klientów, od jakiegoś
czasu na szybie wystawowej wieszane jest ogłoszenie o planowanej
dostawie, ale tylko tyle. Gdy ktoś chce być na bieżąco z
promocjami i ofertami specjalnymi, musi się zarejestrować. W dzień
dostawy jest najgorzej. Jeszcze przed otwarciem przed wejściem
zbierają się klienci, szczególnie dzieci. Rodzice trzymają się z
tyłu. Ponieważ każdy ma swoje ulubione gry i zabawki, w pierwszej
kolejności udaje się w ich kierunku. Tu jest najbardziej
niebezpiecznie. Dzieci nie patrzą czy ktoś stoi na drodze czy nie.
Wtedy panuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Po przejściu takiego
tłumu bardzo wiele pudełek jest uszkodzonych. Odkąd w sklepie
założono kamery, udało się odzyskać pieniądze za prawie
wszystkie zniszczone przedmioty. Wstyd się przyznać, ale Ania też
była wśród osób, które musiały pokryć straty. Na szczęście
był to tylko zestaw puzzli „Bajkowe księżniczki” ale jednak.
Obiecała, że to się nie powtórzy i jak na razie dotrzymuje
obietnicy.
piątek, 26 stycznia 2018
środa, 24 stycznia 2018
Wizyta duszpasterska
Wczoraj
mieszkańców naszego osiedla spotkał wielki zaszczyt, odwiedził
nas ksiądz proboszcz. Nie, nie, nie. Tak było kiedyś. Teraz
wygląda to trochę inaczej. Zacznę jeszcze raz. Jak co roku o tej
porze, na naszym osiedlu odbywa się wizyta duszpasterska, czyli tzw.
kolęda. W naszej parafii od prawie 10 lat mamy dwóch księży, więc
idzie to w miarę szybko. Dużo też zależy od samego księdza.
Wcześniej, gdy parafia była na tyle mała, że wystarczył jeden,
taka wizyta ciągęła się w nieskończoność a na dodatek trzeba
było stać przed domem i zaprosić proboszcza osobiście. Najgorsze
było czekanie. Teraz przed księdzem idzie dwóch ministrantów i
pytają czy chcemy go przyjąć. Przy okazji tej wizyty spotykają
się całe rodziny. Jak wiecie, u nas jest wtedy piątka dzieci,
które wszystko chcą widzieć, wszystkiego dotknąć i wszystko
wiedzieć. Stało się zwyczajem, że gdy w domu jest tak dużo
dzieci, podczas kolędy zostają tylko te, które proboszcz uczy
religii w szkole, czyli u nas Agnieszka i Ania. Pozostała dwójka
jest wtedy przedszkolu. Zapytacie, jak to? Przecież to jest
wieczorem. Już wyjaśniam. Dyrektorka przedszkola zaproponowała
takie rozwiązanie. Sama ma trójkę wnuków i wie jak to wszystko
wygląda. Jedynym minusem była opłata za dodatkowe godziny, ale kto
przeżył wizytę księdza gdy w domu jest dodatkowa trójka
przedszkolaków, ten wie, że warto. Żeby dzieciom się nie nudziło
trzeba znaleźć im jakieś zajęcie. Większości zapewniają to
przedszkolanki, ale zdarzają się przypadki, że dzieci siadają w
kącie i nie chcą się bawić z innymi. Tak jest w naszym przypadku.
Nie pomagają karty, gdy ani inne zabawy wymyślone przez opiekunki.
Córka wpadła na pomysł, aby dać im zestaw puzzli do układania.
Wiemy, jak bardzo lubią Myszkę Miki, więc wybór nie był
problemem. Zestaw „Myszka Miki - puzzle sensoryczne - Fun for
everyone” świetnie się nadawał, szczególnie, że dzieci miały
go obiecanego już jakiś czas temu. Po wszystkim wróciły do domu i
były bardzo zadowolone.
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Dzień babci i dziadka
Dzisiejszej
i wczorajszej daty żadnej babci ani dziadkowi przedstawiać nie
trzeba, przynajmniej mam taką nadzieję. Prawie wszystkie wnuki
spieszą z życzeniami. Nasze też nie są wyjątkiem, więc trochę
się przygotowałam. Nic specjalnego, upiekłam ich ulubione ciasto,
żeby gdy przyjdą było czym je poczęstować. Jednak one miały
inne plany. Mój mąż jest strasznym panikarzem. Wystarczy jedno
słowo o kłopotach którejkolwiek wnuczki, rzuca wszystko i chce
biec na pomoc. Do tej pory nie wydarzyło się nic, co wymagałoby
takiego podejścia, ale jak to mówi dziadek, lepiej dmuchać na
zimne. Wczoraj rano zadzwonił telefon. Niestety nie zdążyłam
odebrać. Gdy zadzwonił ponownie, mąż stał już przy aparacie.
Dzwoniła córka, powiedziała tylko, żebyśmy przyjechali, bo z
Agnieszką i Anią jest coś nie tak. No i się zaczęło. Dziadek
był tak zdenerwowany, że wszystko leciało mu z rąk. Dokumenty,
kluczyki, myślałam, że zaraz wybuchnie. Oczywiście po drodze
zatrzymała nas policja, dostaliśmy mandat za przekroczenie
prędkości. Na miejscu cała piątka czekała z laurkami i
życzeniami. Po tym powitaniu dzieci uciekły do swojego pokoju.
Córka też przygotowała ciasto i coś do picia. Jakiś czas później
do salonu przyszły dzieci. Oznajmiły, że skoro dziś jest nasze
święto to ich obowiązkiem jest nas ugościć. Zaprowadziły nas do
siebie, tam również czekały ciastka i gorąca czekolada. Dobrze
wiedziały, że bardzo lubimy grać w karty i inne gry, więc
przygotowały takie rozgrywki. Graliśmy w „5 sekund” Rodziców
też zaprosiliśmy do zabawy. Bawiliśmy się bardzo dobrze, nie
zauważyliśmy kiedy zrobiło się ciemno. Wnuczki zaprosiły nas na
dziś, na powtórkę. Przecież babcia ma swoje święto, a dziadek
swoje. Za to jutro w przedszkolu odbędzie się akademia z okazji
naszego święta. Zrobię wszystko, żeby tam być.
piątek, 19 stycznia 2018
Co dla kogo
Jak
to jest, że gry i puzzle jednej firmy potrafią bardziej zwrócić
na siebie naszą uwagę niż innej. Od kilku lat, właściciel sklepu
z zabawkami, tego z napisem „MAMY WSZYSTKO” dwa razy w roku
organizuje ciekawą promocję. Wiele osób pytało go, jaki to ma
cel, ale zawsze mówił, że to tylko do jego wiadomości. Powiecie,
wszystkie promocje są takie same i mają ten sam cel, wyciągnięcie
pieniędzy od klientów. Zgoda, ale w zwykłych promocjach
przeceniane są zazwyczaj te produkty, które budzą najmniejsze
zainteresowanie. W tym wypadku przecenione jest wszystko i
organizacja jest trochę inna. Na co dzień, cały towar w sklepie
poukładany jest na półkach według producenta. Podczas takich
promocji bardziej liczy się gatunek niż wydawca. Wiecie, puzzle z
puzzlami, karty z kartami. I jeszcze jedno. Nie ma dwóch takich
samych zestawów w tej samej cenie. Trochę zamieszałam, więc
najlepiej będzie pokazać Wam to na przykładzie. Zestaw historyjek
obrazkowych firmy Trefl „A to było tak” według strony
producenta kosztuje 19,99 zł. Podobny zestaw innej firmy jest tańszy
o prawie 2 złote. Z kolei zestaw „Gra na kółkach” od Trefla
jest tańszy od podobnych zestawów konkurencji. Wiem, że i to
wyjaśnienie jest trochę zawiłe, ale prościej się chyba nie da
tego wytłumaczyć. Dowiedziałam się, że w całej promocji chodzi
o sprawdzenie, która firma jest najbardziej popularna i dlaczego. Od
mojej siostry wiem, że w jej mieście coś takiego też jest
organizowane. Jak pisałam, chodziło o ustalenie jacy klienci i w
jakim wieku kupują produkty konkretnego producenta. Wyniki tego
doświadczenia są pilnie strzeżoną tajemnicą, ale jak to w małej
miejscowości, gdzie nawet promocja w sklepie jest sporym
wydarzeniem, pojawiają się plotki na temat zwycięzcy. Jak zawsze,
ile wypowiedzi tyle teorii.
środa, 17 stycznia 2018
Uratowani przez telefon
Wczoraj
miałam nie lada kłopot. Jak wiecie, moja córka pracuje na zmiany.
Gdy ma na popołudniu, całe sześć godzin jej córka jest u nas.
Nie ma ani chwili, aby pozostawała bez opieki. Czasem zdarza się
tak, że przychodzi do nas uśmiechnięta, czasem smutna, ale wczoraj
pierwszy raz była w takim nastroju. Zaraz po wejściu siadła w
kącie i zaczęła płakać. Próbowaliśmy się dowiedzieć, co się
stało, ale jedyne co usłyszeliśmy to to, że chce wracać do
przedszkola. Każda próba rozbawienia małej nie dawała rezultatu.
Działało tylko przez chwilę. Każda zabawa kończyła się w
momencie, gdy coś się jej nie udało. Wtedy wracała do kąta i
płacz rozpoczynał się od początku. Tym razem chciała wracać do
mamy. Nie pomagały tłumaczenia, że mama jest w pracy, że musi
zarabiać pieniądze, żeby kupić jej ubrania, zabawki i wszystko co
jest potrzebne. Wtedy uratował nas telefon. Zapytacie, co to ma do
rzeczy. Ano ma, ale o tym za chwilę. W sumie mam swoje lata, ale nie
jestem całkowitym dinozaurem jeśli chodzi o nowinki techniczne. W
prawdzie nie biegam do sklepu gdy tylko na rynek wejdzie jakieś nowe
urządzenie, choć znam takich, to mój telefon też nie należy do
najstarszych. Nie będę opisywać mojego urządzenia bo byłaby to
reklama, ale powiem tylko tyle, że pocztę mogę na nim odbierać.
Właśnie o taką wiadomość chodzi. Właściciel sklepu z zabawkami
rozwinął swoją działalność i zaczął sprzedaż internetową.
Wiadomo, rejestracja i oferty wysyłane e-mailem. I właśnie taką
wiadomość dostałam. Do sklepu przywieziono nowy towar. Jakiś czas
temu obiecałam moim wnuczkom zakup zestawów puzzli sensorycznych
„Myszka Miki - puzzle sensoryczne - Fun for everyone” Wycieczka
do sklepu poprawiła humor. Małe wyjaśnienie. Żebyście nie
pomyśleli, że robię zakupy przez internet w sklepie, który
znajduje się za rogiem. Zarejestrowałam się tam właśnie dla
ofert. Nie jestem w stanie co dziennie chodzić do sklepu i sprawdzać
oferty osobiście, a jak wiecie puzzle, gry i inne zabawki kupujemy
dość często.
poniedziałek, 15 stycznia 2018
No i się wydało
Wierzycie
w zbiegi okoliczności? Klasa Agnieszki dostała ciekawe zadanie
domowe. Było to wypracowanie. Powiecie, co w tym dziwnego, przecież
w szkole zawsze pisało się wypracowania. Macie rację, ale chodzi
mi o temat tego zadania: Nauka czy zabawa, co jest lepsze. Wiadomo,
że odpowiedź będzie inna dla uczniów a inna dla nauczycieli. Ale
w tym zadaniu chodziło o coś innego. Uczniowie, pisząc to, mieli
skupić się na próbie połączenia nauki z zabawą, a właściwie z
grami. Dlaczego wspomniałam o zbiegach okoliczności? Pamiętacie
moje nowe zajęcie? Zgadza się, zostałam nauczycielką. I jak
pamiętacie, tradycyjny sposób nie dawał spodziewanych efektów.
Wtedy wpadłam na pomysł wykorzystania gry „5 sekund” a
właściwie karty do tej gry jako pomocy naukowej. Właśnie o to
chodziło w wypracowaniu. I tu pojawił się mały problem. Moimi
uczennicami były trzy dziewczynki. Wszystkie miały gotową sytuację
do opisania, ale trochę dziwnie wyglądało by, gdyby w swoich
pracach opisały to samo. Ponieważ w całej sytuacji było trochę
mojej winy, ale tylko trochę, postanowiłam pomóc. Na początku nie
bardzo wiedziałam jak, ale w końcu wymyśliłam sposób. Po
spotkaniu z rodzicami moich pozostałych uczennic, doszliśmy do
wniosku, że niestety trzeba wykorzystać znajomości. Jedna z mam
dobrze znała nauczycielkę, więc poszła i wyjaśniła jej całą
sytuację. Okazało się, że ona doszła do takich samych wniosków
jak my. Na pewno kilka prac będzie opisywało taki sam sposób
wykorzystania zabawy do nauki. Nasze dziewczynki spokojnie mogły
opisać swoje doświadczenie. Kilka dni później polonistka oddała
ocenione prace. Podobny sposób wykorzystania gier opisało wielu
uczniów. Co ciekawe, prawie wszystkie z tych gier pochodziło od
firmy Trefl. Wygląda na to, że nie tylko w naszej rodzinie ta firma
jest bardzo lubiana. W sumie nie ma się co dziwić.
piątek, 12 stycznia 2018
Cel uświęca środki
Jak
pamiętacie, zostałam nauczycielką. W wielkim skrócie było to
tak. Agnieszka przygotowywała się do sprawdzianu z historii.
Poprosiła mnie o pomoc, ja się zgodziłam i w wyniku wspólnej
nauki dostała 4. Ponieważ była to najlepsza ocena jaką do tej
pory miała ze sprawdzianu, koleżanki zaczęły pytać ją, kto jej
pomagał. Umówiłyśmy się, że nikomu tego nie powie. Pech chciał,
że podczas następnej nauki, Agnieszkę odwiedziła koleżanka i
wszystko się wydało. Gdy i ona poprosiła o taką pomoc, nie miałam
sumienia odmówić. Nasza nauka wyglądała inaczej niż w szkole.
Jak zawsze przy takich spotkaniach, początek zawsze jest taki sam.
Marudzenia, narzekania i każdy inny sposób żeby nie zajrzeć do
książek. Wpadłam na pewien pomysł. Jako pomoc naukowa posłużyła
mi gra „5 sekund” Zapytacie, jak gra może pomóc w nauce? Jak
wiadomo, według reguł, każdy z graczy losuje pytanie, a następny
musi na nie odpowiedzieć w ciągu tytułowych 5 sekund. Oryginalne
pytania dotyczą różnych dziedzin. Ja postanowiłam zmienić trochę
zasady. Pytania dotyczyły tylko omawianych tematów. W tym przypadku
historii. Zestaw kart z pytaniami zrobiły dziewczynki. Tym razem
umówiłyśmy się na powtórkę z przyrody. Cały poprzedni dzień
spędziłam na przygotowywaniu pytań, które moje uczennice miały
wpisać na karty. Nadszedł dzień spotkania. Po szkole dziewczynki
miały od razu przyjść do mnie. Uprzedziłam o tym rodziców
koleżanki Agnieszki. Oni, po opowiadaniach córki o sposobie
nauczania i efektach chętnie się zgodzili. Po lekcjach, w drzwiach
pojawiła się trójka dzieci. Agnieszka wyjaśniła, że w całą
sprawę wtajemniczyły jeszcze jedną przyjaciółkę i ma nadzieję,
że się nie pogniewam jeśli dojdzie mi jeszcze jedna uczennica. Jak
to mówią: im więcej, tym weselej, więc zaczęłyśmy. W pewnym
momencie moja nowa uczennica wyjęła z plecaka gotowy zestaw kart z
pytaniami, ale nie poszło im tak łatwo. Przygotowane przeze mnie
pytania również musiały wykorzystać. Z początku nie szło
najlepiej, ale w miarę upływu czasu wszystkie dziewczynki coraz
mniej się myliły. Na wyniki takiej nauki trzeba poczekać kilka
dni. Wtedy nauczyciel odda sprawdziany.
środa, 10 stycznia 2018
Uważaj na słowa
Nie
raz pisałam, że przedszkole to dziwne miejsce. Kilka dni temu moja
teoria znów się potwierdziła. Wszystko przez jedno, głupie
zdanie. Od pierwszego dnia przedszkolanki starają się wprowadzać
miłą atmosferę. Naszym udaje się to tego stopnia, że wiele razy
dzieci zaraz po powrocie do domu chcą wracać. Po obietnicy złożonej
im przez rodziców na chwilę odstępują od tego zamiaru. Co dzieci
mają obiecane? Jutro pójdziemy znowu. Wiadomo, że tak będzie, ale
gdy dzieci to usłyszą, to są spokojniejsze. Zanim przejdę dalej,
małe wyjaśnienie. Ostatnio w przedszkolu doszło do małej awarii.
Z tego, co mówiła dyrektorka na zebraniu, zepsuł się piec
centralnego ogrzewania i trzeba było wezwać serwis. I tu dochodzimy
do sedna sprawy. Gabinet dyrektorki znajduje się zaraz obok szatni,
gdy najmłodsza grupa przedszkolaków przebierała się do wyjścia
na spacer, pani dyrektor prowadziła rozmowę z serwisantem. Okazało
się, że awaria jest poważniejsza, niż wyglądała na początku. Z
całej rozmowy dzieci usłyszały tylko, że skoro tak się stało,
to trzeba będzie na kilka dni zamknąć całe przedszkole. No i się
zaczęło. Wszystkie dzieci, bez wyjątku zaczęły płakać i
uciekły z powrotem na salę. Przedszkolanki próbowały wszelkich
sposobów, nawet gry w karty, która do tej pory zawsze pomagała aby
je uspokoić, ale tym razem nic nie pomogło. Zostało tylko jedno,
wezwać rodziców. Niestety moja córka była w pracy i to mnie
przypadło, aby odebrać dzieci z przedszkola. Na miejscu
dowiedzieliśmy się, co się stało i dlaczego dzieci tak płakały.
Pani powiedziała, że zamkną przedszkole, taka była odpowiedź.
Rozweselenie maluchów w domu też okazało się wyzwaniem. Ani
puzzle, ani gra „5 sekund” nie pomogły. Następnego dnia w
przedszkolu zorganizowano zebranie. Dyrektorka powiedziała dzieciom
o awarii i planach zamknięcia przedszkola z powodu zimna w salach,
ale ponieważ naprawa pieca potrwa tylko jeden dzień, nie będzie
takiej potrzeby. Po tych wiadomościach wszystko wróciło do normy i
dzieci znów były szczęśliwe. Przy dzieciach trzeba uważać co
się mówi, prawda?
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Testament
Witajcie.
Prawie zawsze święta to okres radości. U nas też tak było.
Rodzinne spotkanie, miła atmosfera i zadowolone dzieci. Czego chcieć
więcej. Wiele naszych spotkań rodzinnych kończyło się awanturami
z najmniej ważnych powodów. Niestety dzień po świętach
dostaliśmy smutną wiadomość. Jeden z członków rodziny zmarł i
wszyscy krewni zostali zaproszeni na odczytanie testamentu. Na
początku myśleliśmy, że to jakiś żart, swoją drogo wcale nie
śmieszny, ale okazało się to prawdą. O istnieniu tego człowieka
wiedziało tylko kilka osób w całej rodzinie, nie wiadomo dlaczego.
Dopiero teraz, gdy odszedł z tego świata, moja siostra opowiedziała
nam o nim. W wielkim skrócie: gdy był bardzo młody pokłócił się
z rodzicami, wyjechał i słuch po nim zaginął. Uznano, że skoro
tak postąpił, nie warto o nim wspominać rodzinie. Odczytanie
testamentu miało się odbyć w kancelarii prawnej na drugim końcu
Polski. Jedyną osobą, która nie pojechała, był Sławek.
Doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu ciągnąć tam dzieci i
chcieliśmy zostawić całą piątkę pod jego opieką. Żeby nie
było im nudno zaopatrzyliśmy ich w grę „5 sekund” i najnowsze
dzieło firmy Trefl o tajemniczym tytule „Gra na kółkach”
(opis dostępny na stronie sklepu) Małe wyjaśnienie. Sławek od
początku nie był zainteresowany spadkiem, może dlatego, że
wiedział kim był ów krewny. Na miejscu okazało się, że czekają
na nas zarezerwowane i zapłacone przez nieboszczyka, pokoje
hotelowe. Chyba wiedział, że nie zostało mu wiele czasu, skoro
zrobił coś takiego. W kancelarii stawiliśmy się na umówiony
dzień. Okazało się, że rodzina była większa niż zakładaliśmy,
a nasz wujek nie należał do najbiedniejszych. W testamencie,
przedstawiona była ostatnia wola zmarłego, ale dotyczyła tylko
najcenniejszych przedmiotów. Było też napisane: resztę podzielcie
według uznania. Uwierzcie mi, że było co dzielić. Ostatnia część
była skierowana do nas. Wujek żałował okoliczności swojego
wyjazdu. Było mu bardzo przykro, że nie mógł poznać najmłodszych
członków rodziny. Wiele razy myślał o powrocie, ale ani czas, ani
stan zdrowia nie pozwoliły mu na to. Szkoda.
piątek, 5 stycznia 2018
Mały sklep też może
Sklepy
z zabawkami mają w dzisiejszych czasach ciężkie życie. Może nie
tylko z zabawkami. W dobie sklepów internetowych, bez wychodzenia z
domu możemy kupić prawie wszystko. Wiecie jak to jest, siadamy
przed ekranem i godzinami możemy przeglądać oferty wielu sklepów.
Wyobraźcie sobie takie rzeczy w realnym świecie. Jednak sklepy
internetowe mają jedną wadę. Nie można obejrzeć towaru. W
prawdzie widzimy jak dany towar wygląda, ale to już nie to samo.
Nic nie przebije widoku uśmiechniętych dzieci, gdy wraz z rodzicami
odwiedzają realny sklep. Są takie miejsca, do których nie dotarły
jeszcze wielkie galerie handlowe i małe sklepy mają się bardzo
dobrze. Mowa tu o naszej miejscowości. Do najbliższego marketu mamy
jakieś 15 kilometrów. Wiadomo, że na większe zakupy jedziemy tam,
ale gdy kupujemy jakieś gry, zawsze udajemy się do naszego sklepu.
W dużych sklepach nie ma tej atmosfery, towarzyszącej takim
zakupom. Mnóstwo ludzi, błąkanie się między regałami, a i tak
wiele razy kupuje się wszystko, tylko nie to, po co przyszliśmy. W
małym sklepie zaraz przy wejściu właściciel wita nas osobiście i
zawsze doradzi, dobrze doradzi. Wystarczy powiedzieć mu co chcemy
kupić i ewentualnie na jaką okazję. Za każdym razem wyjdziemy
zadowoleni. Tu mała ciekawostka, wiele razy przechodzę obok sklepu,
na przykład idąc na zakupy. Ani razu nie widziałam, żeby jakieś
dziecko wyszło nie zadowolone. Gdy ja szukałam jakiegoś
konkretnego zestawu, zawsze mogłam liczyć na właściciela. O ile
gra „5 sekund” jest wszędzie dostępna, to z zestawem puzzli
„Bajkowe księżniczki” nie było już tak łatwo. Rzadko się
zdarza, żeby reklamy mówiły całą prawdę o towarze, jednak w tym
przypadku napis na szybie wystawowej „MAMY WSZYSTKO” jest jak
najbardziej prawdziwy. Jedynym utrudnieniem jest fakt, że im towar
trudniej znaleźć, tym dłużej trzeba czekać. Z tego co wiem, nie
zdarzyło się jeszcze tak, żeby ktoś wyszedł nie otrzymawszy
zamówionego towaru. Jak widzicie, mały sklep też może przetrwać,
ale na zaufanie klientów pracuje się latami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)