środa, 29 marca 2017

Co się znajduje w studzience

 Nasz dom był budowany gdy o wodomierzach nikt jeszcze nie słyszał. W niektórych miejscowościach nie było nawet kanalizacji. Z biegiem lat dom był remontowany i w miarę potrzeb rozbudowywany. W końcu zaczęto budować kanalizację. Wszyscy śmiali się, że wreszcie dotarła do nas cywilizacja. Jaka była radość, przynajmniej na początku, gdy wystarczyło odkręcić kran zamiast chodzić po wodę do studni. Później przychodziły rachunki za wodę i już nie było tak wesoło. My mieliśmy o tyle dobrze, że studnię mieliśmy na podwórku. Nikt jej nie czyścił przez wiele lat i w końcu woda nie nadawała się do picia. Z opowiadań wiem, że mój ojciec z nie jednym dzisiejszym sąsiadem toczył prawdziwą wojnę o działkę, na której obecnie stoi nasz dom. W końcu na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja o obowiązku założenia wodomierza. Opinie na ten temat były podzielone, ale jak mus to mus. Nie wiem dlaczego, ale pracownicy firmy zakładającej urządzenia uparli się, że muszą one być zaraz za głównym zaworem wody. Jak u większości mieszkańców, tak i w naszym domu zaworu nie było w domu, ale w specjalnie wykopanej studzience. Też nikt nie wie dlaczego nie mógł być w piwnicy. Również wodomierze zakładano w tej studzience. Gdy na tablicy pojawiała się informacja o odczycie, każdy musiał sam ją otworzyć i czekać na pracownika wodociągów. Trwało to czasem cały dzień. Niestety dzieci ciężko upilnować, żeby tam nie zaglądały i żeby nie zdarzył się jakiś wypadek. Nic nie pomaga. Nawet łapówka w postaci nowej gry czy puzzli. U nas w domu dzieci wiedzą, że nie wolno zaglądać do studzienki, a żeby tego dopilnować zbieramy wszystkie w jednym pokoju i zaczynamy rozgrywkę w „5 sekund” Chyba, że dzieci są w szkole, to jeszcze przed ich powrotem któreś z nas wychodzi przed dom i czeka na nie. Do tej pory nie było przypadków, żeby jakieś dziecko wpadło do takiej studzienki, ale jak to mówią, lepiej dmuchać na zimne.  

poniedziałek, 27 marca 2017

Historia pana Adama

 Witajcie. Małe przypomnienie. Pan Adam, nasz zaprzyjaźniony kolekcjoner zabawek, otworzył w swojej posiadłości prywatne muzeum gier, zabawek i puzzli z całego wieku. Zostaliśmy zaproszeni na uroczystość otwarcia. Wszyscy uczestnicy oglądali zbiory prawie przez cały dzień. Jako jedyni mieliśmy dostęp do jednej z sal, która była niedostępna dla reszty zwiedzających. Tam zgromadzone były najrzadsze i najwartościowsze przedmioty. Jednak nikt nie wiedział dlaczego wśród tych perełek znajduje się gra „5 sekund” Przecież jest to gra dostępna dla wszystkich, a firma Trefl ma w swojej ofercie kilka pozycji z tej serii. Nasz gospodarz wyjaśnił, że ten zestaw jest najcenniejszy w jego zbiorach, bo to jest prezent od wyjątkowej osoby. Opowiedział nam jej historię, którą pozwolił przekazać Wam, ale w skrócie. Nie dlatego, że są w niej jakieś tajne szczegóły, ale dlatego, że całości nikt oprócz niego nie zdoła zapamiętać a nie chciałby, żeby poprzekręcać fakty. Dowiedzieliśmy się, że kilka lat temu, wracając z jednych z targów zabawek, zobaczył w parku siedzącą na ławce dziewczynkę. Płakała. Gdy spytał co się stało, zaczęła płakać jeszcze bardziej. Usiadł na ławce i w końcu Magda, bo tak miała na imię, opowiedziała mu, że byli w parku z całą grupą. Gdy mieli wracać zorientowała się, że wszyscy już poszli, a została sama i nie wie jak wrócić do domu. Pan Adam dowiedział się też gdzie mieszka Magda. Był to dom dziecka znajdujący się po drugiej stronie miasta. Obiecał zabrać ją do domu, ale „pani powiedziała, żeby nie chodzić nigdzie z obcymi” W sumie to ma rację. Po telefonie do wychowawczyni, Magda zgodziła się. Podziękowań nie było końca. Co raz częściej zapraszano pan Adama do tego domu. Opowiedział o sobie i o swojej kolekcji. Okazało się, że również wychował się w domu dziecka. W ramach podziękowań dostał od dzieci grę „5 sekund” I dlatego ta gra jest dla niego najcenniejszym eksponatem w całej kolekcji. Nie chodziło o to co dostał, ale od kogo.  

piątek, 24 marca 2017

Nowe muzeum

 W zeszłym roku, klasy czwarta i piąta pojechały na wycieczkę do muzeum techniki. Jeden z działów prezentował „wynalazki” służące rozrywce. Wtedy, jako jeden z opiekunów pojechał pan Adam, nasz zaprzyjaźniony kolekcjoner zabawek. Po przyjeździe do domu obiecał wszystkim niespodziankę. W zeszłym miesiącu do szkoły przyszedł list, ale nie był to zwykły list. Z wyglądu była to bardzo stara, tłoczona koperta z zaproszeniem na otwarcie pierwszego, prywatnego muzeum. Podobnego do tego, w którym uczniowie byli rok temu. Wszyscy wiedzieli, że zaproszenie jest od pana Adama. To właśnie miała być ta niespodzianka. Wiadomo było od dawna, że takie muzeum miało powstać i wreszcie się udało. Zasadniczą różnicą między tym, w którym byliśmy a nowo powstałym były tematy wystaw. W zbiorach pana Adama znajdowały się tylko gry, zabawki i puzzle z całego wieku. Zaproszenie dotyczyło całej szkoły, ale ze względów bezpieczeństwa nikt nie chciał wydać zgody na tak dużą wycieczkę. Jako przedstawiciele wszystkich uczniów pojechały tylko klasy piąta i szósta. Byliśmy już kilka razy w posiadłości naszego gospodarza, więc wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale takiej ilości ludzi nie widziałam jeszcze na żadnym otwarciu. Uroczystość rozpoczęła się jak zwykle podziękowaniami dla wszystkich, którzy przyczynili się do zrealizowania pomysłu. Trwało to 2 godziny. Wstęgę przecięła mieszkanka pobliskiego domu dziecka. Wystrój był podobny do znanego nam z wcześniejszych wizyt. Po zakończeniu uroczystości nasze dwie klasy zostały zaproszone na prywatną wizytę do sali, która była niedostępna dla zwiedzających. Były tam najrzadsze okazy z początku wieku. Jednak wśród nich znalazła się gra „5 sekund” Nikt nie miał odwagi zapytać dlaczego. Pan Adam od razu to zauważył i obiecał kiedyś to opowiedzieć. Podobno to niesamowita historia dotycząca jego nowej rodziny. Oczywiście jak zwykle pojawiły się teorie na temat tej rodziny. Jedne całkiem ciekawe inne wręcz niemożliwe. Ale o tym następnym razem.

środa, 22 marca 2017

Nie trudny wybór

 Ludzie są dziwni. Jak świeci słońce, chcą żeby padał deszcz. Jak pada deszcz, chcą słońca. Osobiście nie lubię deszczu w żadnym przypadku. Jeśli ma coś padać, to wolę śnieg. Gdy za oknem pada deszcz, nie ma zupełnie nic do roboty, poza codziennymi zajęciami oczywiście. Nasuwają się dwie możliwości. Albo siedzenie przed telewizorem, albo przed komputerem. My na szczęście mamy jeszcze jedną możliwość z której korzystamy gdy tylko mamy taką okazję. Zamiast spędzać czas przed komputerem czy telewizorem, wolimy spędzać go z naszymi wnukami. Ponieważ ich rodzice wrócili do pracy, coraz częściej przychodzą do nas po szkole. Mama miała dłuższą przerwę po upadku firmy w której pracowała. Niedawno znalazła nową posadę. Lepiej płatną, ale pochłaniającą więcej czasu. Jak to mówią: coś za coś. Odnoszę wrażenie, że dzieci wolą przychodzić do nas, niż siedzieć same w pustym domu. Dziwne, nie? Wolą towarzystwo starych dziadków, niż rówieśników szczególnie, że w domu nie ma rodziców. Agnieszka powiedziała mi kiedyś, że to właśnie dlatego, że nie ma w domu rodziców. Rówieśnicy zawsze wymyślą coś głupiego, a tak nie musi się martwić ani o dom, ani o siebie. Gdy wnuki nas odwiedzają, zawsze znajdziemy coś do roboty. Gry, puzzle a gdy komuś przytrafi się w szkole jakaś przygoda, zawsze mogą z nami o tym porozmawiać. Nie ważne czy to coś dobrego czy nie. Prawie zawsze są to dobre rzeczy. Godzinka przerwy, obiad i odrobienie lekcji. Jeśli trzeba to chętnie pomagają w codziennych pracach. Bardzo często takie odwiedziny kończą się rozgrywkami w „5 sekund” Nie wiem co ta gra w sobie ma. Normalnie, po kilku dniach rozgrywek wiele gier przestaje się podobać. Ta potrafi zatrzymać przy sobie na wiele godzin i dni. Nigdy się nie nudzi i zawsze można się spodziewać czegoś nowego. Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Wieczorem trzeba wracać do domu.  

poniedziałek, 20 marca 2017

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie

 Znowu przyjęcie. Tym razem nie urodzinowe, ale z okazji powrotu do domu jednej z koleżanek wnuczki mojej koleżanki. Jakieś trzy miesiące temu, na wycieczce zdarzył się wypadek w którym ucierpiała jedna z uczennic. Od razu została zabrana do szpitala i pomijając medyczne wyjaśnienia lekarzy, wróciła do domu w sobotę. Nie wiem dlaczego akurat w sobotę. Zawsze wypisy były w piątek albo w poniedziałek. Ale nie ważne. Jej babcia jest moją przyjaciółką. Razem z całą rodziną wyprowadziła się do innego miasta kilka lat temu, ale utrzymujemy kontakt. Właśnie z tej okazji zorganizowano przyjęcie. Zostałam poproszona o pomoc w organizacji. Zaproszenia dostała cała klasa, więc miało przyjść około 35 osób. Wyjechałam w piątek po południu, a wróciłam w niedzielę. Warto wspomnieć, że przyjęcie się udało. W niedzielę, gdy wróciłam, od razu zauważyłam, że coś niedobrego dzieje się z Agnieszką. Na każdą próbę odezwania się do niej, wybuchała gniewem. Dawno czegoś takiego u niej nie widziałam. Do samego wieczora siedziała w pokoju i nikt nie miał odwagi tam wejść. Jednym z genialnych pomysłów jej taty była propozycja gry w „5 sekund” Ale to rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. Tylko jedna rzecz mogła ją uspokoić. Puzzle. Jak zawsze miałam na takie okazje schowany jeden zestaw. Ale bałam się, że to może nie wystarczyć. Weszłam do pokoju Agnieszki uważając żeby nie rzuciła we mnie jakimś przedmiotem. Na początku zaczęła na mnie krzyczeć, żebym się wynosiła, że to nie moja sprawa. Nie dałam się tak łatwo wyrzucić. W końcu po tych wszystkich krzykach zaczęłyśmy układać przyniesiony przeze mnie zestaw. Wtedy dowiedziałam się, że pokłóciła się z najlepszymi przyjaciółkami. Poszło o pobrudzony plecak. Ale nie to ją tak zezłościło. W kłótnię włączyła się nauczycielka, która widziała kto i kiedy pobrudził plecak a mimo to zaczęła bronić winowajcę. Przyjaciółki, zamiast stanąć po stronie Agnieszki, przyznały rację nauczycielce. To było nie w porządku z ich strony. Skoro nie chciały stanąć po stronie Agnieszki, mogły nic nie mówić. Pewnie za kilka dni i tak się pogodzą.

piątek, 17 marca 2017

Konsekwencje sprzątania ogrodu

 Ostatnie dwa dni były dla mnie podwójnie ciężkie. Nie dość, że byłam chora, to jeszcze moje kochane wnuczki zaczęły się mną opiekować, a to było gorsze od choroby. Pamiętacie, jak zaczęłam sprzątać ogród? W pewnym momencie wpadłam do dziury wypełnionej błotem. Nie zauważyłam i stało się. Na szczęście nic sobie nie złamałam, tylko trochę się potłukłam. Niestety przy okazji bardzo się przeziębiłam. Nie poszłam do lekarza, bo po co mu zawracać głowę przy zwykłym przeziębieniu. Zaczęłam stosować metody mojej mamy. Nie podam przepisu na lekarstwa, żeby w razie czego nikt mnie o nic nie posądzał. Wiadomo, że medycyna ludowa różnie działa na różnych ludzi. Opieka wnuczków była dużo gorsza. Na początku jeszcze jakoś można było to znieść. Agnieszka i Ania przyniosły zestaw puzzli i przez kilka godzin je układałyśmy. Wszystko zaczęło się gdy nadeszła pora obiadu. Cały czas słyszałam: babciu może coś ci przynieść, może coś ci podać, może zrobić ci herbaty. To jeszcze można było przeżyć, ale gdy chciały mnie karmić miarka się przebrała. Żeby nie nawrzeszczeć na wszystkich po kolei, winnych czy nie, wolałam wyjść z domu. Nie ważne, że z przeziębieniem. Gdy wróciłam, zebrałam wszystkich w salonie i najspokojniej jak tylko się dało wytłumaczyłam wszystkim zebranym, że nie umieram tylko jestem przeziębiona i jeśli będę czegoś potrzebować to poproszę. Jeśli chcą układać puzzle, proszę bardzo. Jeśli chcą zagrać w jakąś grę, też może być. Wiadomo, że dotrzymanie towarzystwa dla chorego jest bardzo ważne, ale karmienie to już lekka przesada. Chyba wszyscy zrozumieli. Przez cały wieczór, razem z wnuczkami grałyśmy w „5 sekund” Swoją drogą, ciekawe kto zostałby aby się mną opiekować, gdybym faktycznie wymagała takiej opieki. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji, że trzeba będzie to sprawdzić.  

środa, 15 marca 2017

Przygoda w ogrodzie

 Ponieważ na zewnątrz robi się coraz cieplej, kolejny raz zaplanowałam sprzątanie ogrodu. Jak wiadomo, w tym roku nie raz wiał dość silny wiatr i połamanych gałęzi jest wszędzie bardzo dużo. Ostatnie dwie próby robienia porządków nie powiodły się z różnych przyczyn. Za pierwszym razem był to padający deszcz, a za drugim mała katastrofa w pokoju Agnieszki. Tym razem wszystko zapowiadało się dobrze. Przynajmniej na początku. Gdy wspomniałam o swoich planach, wszyscy zaoferowali pomoc. Odpowiadało mi to, bo nie musiałabym męczyć się sama. Jednak gdy nadszedł dzień porządków nagle wszyscy byli tak zajęci, że nie znaleźli ani minuty aby spełnić obietnicę. Najbardziej wiarygodną wymówkę miała Agnieszka. Zaraz po szkole przyszły do niej koleżanki, żeby uczyć się do sprawdzianu. Gdy do nich zajrzałam, faktycznie siedziały nad książkami. Co było robić, musiałam sprzątać sama. Po godzinie sprzątania wrócił mój mąż i pomagał mi trochę, ale chwilę później zadzwonił telefon i mąż musiał wyjść. Znów zostałam sama. Im bardziej oddalałam się od domu, tym więcej było błota. W pewnym momencie, przez nieuwagę weszłam w takie miejsce. Na moje nieszczęście była to głęboka dziura. Wpadłam po samą… To był koniec sprzątania na dziś. Ubłocona i mokra wróciłam do domu. Od razu skierowałam się do łazienki. Przechodząc obok pokoju Agnieszki usłyszałam jak się kłócą. Zajrzałam, dziewczynki siedziały przy stole i grały w „5 sekund” Na początku się wściekłam. Zamiast się uczyć, jak to mówiła, grały w jakieś głupie gry. Później pomyślałam, że to ona mogła wpaść w dziurę i trochę się uspokoiłam. Umyłam się, przebrałam i poszłam do salonu. Na stole leżał zestaw puzzli. Ktoś zaczął go układać, ale jak widać miał coś ważniejszego do zrobienia. Siadłam i zaczęłam układać dalej. Nie chciałam przeszkadzać dziewczynkom. Wieczorem opowiedziałam o swojej przygodzie. Wszyscy zaczęli przepraszać, że nie dotrzymali obietnicy. Może to i lepiej. Kto wie ile jeszcze takich dziur mamy w ogrodzie.

poniedziałek, 13 marca 2017

Znowu 8 marca

 8 marca. Międzynarodowy dzień kobiet. Obchodzony jest różnie. Jedni urządzają imprezy z tej okazji, inni tylko składają życzenia, a jeszcze inni traktują to święto jak zwykły dzień. Z całej naszej rodziny tylko jedna osoba uważa, że wszystkie święta w dzisiejszych czasach są tylko po to, żeby sklepy mogły wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od ludzi. Zawsze się o to spieraliśmy. Ale wiecie co, jak przeczytałam 27 sms-ów i e-maili z ofertami kredytów i pożyczek z okazji dnia kobiet, to teraz wydaje mi się, że Sławek może ma trochę racji. Jednak w naszej miejscowości, jak co roku sołtys zorganizował imprezkę, więc wszystkie panie z naszej rodziny postanowiły się wybrać. Zaproszenie nie dotyczyło tylko dorosłych. Trochę się spóźnił, bo było to w sobotę, ale można mu wybaczyć. Przecież w środku tygodnia nikomu nie chciałoby się przyjść. Szczególnie po całym dniu w pracy. W sobotę wieczorem, ubrane i umalowane poszłyśmy się zabawić. W końcu to z okazji naszego święta. Program prawie jak co roku, życzenia,poczęstunek, część artystyczna i niespodzianka. Na samym początku sołtys przedstawił najmłodszą i najstarszą mieszkankę naszej miejscowości. Najstarszą jest pani Halina, ma 98 lat. Najmłodszą jest urodzona w sobotę rano Natalia. Z oczywistych względów nie mogła być z nami. Razem z mamą wyjdą ze szpitala dopiero za cztery dni. Gwoździem programu był występ znanego wokalisty. Po zakończeniu sołtys zaprosił najmłodsze uczestniczki do, jak to określił, uspokojenia się. Wniesiono zestawy puzzli i gier z serii „5 sekund” Kto chciał, mógł zostać aby ochłonąć po całej imprezie. Zostały wszystkie panie. Po przyjściu do domu uznałyśmy, że nie dość się uspokoiłyśmy i zasiadłyśmy do dalszej rozgrywki. Tym razem „5 sekund junior” To jest jedna z tych gier, które potrafią wciągnąć. Spać poszłyśmy dopiero po północy.  

piątek, 10 marca 2017

Źródła

 Tablica ogłoszeń to bardzo ciekawe miejsce. Nie trudno się domyślić, co się na niej znajduje. Czasem przez wiele tygodni nie ma na niej nic, a czasem w ciągu jednego dnia jest tyle ogłoszeń, że się nie mieszczą. Na szczęście mamy trzy takie tablice. Bardzo lubię czytać takie ogłoszenia. Nie raz dowiedziałam się z nich o bardzo ciekawych imprezach, spektaklach teatralnych, czy organizowanych wycieczkach. Ogłoszenie o tej ostatniej pojawiło się jakieś dwa tygodnie temu. Organizatorem był ksiądz proboszcz i rada parafialna. Bardzo często organizują różnego rodzaju wyjazdy, ale większość była przeznaczona dla dzieci. I nigdy nie było ogłoszenia na tablicy. Z plakatu wynikało, że celem wyprawy są źródła termalne. Zapisy miały trwać około tygodnia, ale na drugi dzień po wywieszeniu, nie było już miejsc. Zainteresowanie było tak duże, że postanowiono wynająć drugi autokar. Nasze kłopoty zaczęły się w dniu, w którym Agnieszka dowiedziała się o naszym wyjeździe. Miała nam za złe, że nie zabieramy jej ze sobą. Zasmucona mina i ciągłe prośby o jeszcze jedno miejsce. Nie było innego wyjścia jak jego wykupienie. Było trochę ciężko, bo miejsc nie było, ale jeden z organizatorów jest naszym dobrym znajomym, więc jakoś się udało. Niestety tak się złożyło, że w dzień wyjazdu Agnieszka miała spotkanie, na którym wraz z koleżankami przygotowywała się do turnieju układania puzzli. Do treningów w domu kupowaliśmy zawsze nowe zestawy. Ostatnim nabytkiem był zestaw „Auta puzzle sensoryczne- Fun for everyone” Takie zawody są częstymi wydarzeniami w naszej szkole. Podobno pomagają w ćwiczeniach cierpliwości i koncentracji. Jakoś nie wierzę w to, że jakiekolwiek zawody pomagają się uspokoić, ale jeśli dyrektor tak mówi, to chyba wie co mówi. W każdym razie Agnieszka musiała wybrać. Zgadnijcie co wybrała. Dzień przed wyjazdem cała nasza trójka zaczęła przygotowania. Wybór całego wyposażenia i jego pakowanie zajęło prawie cały dzień. O tym co się działo w ośrodku napiszę innym razem. W każdym razie tak udanego wyjazdu nie mieliśmy od dawna.

środa, 8 marca 2017

Rozrywka dla babci

 Jak zapewne wiecie, zapewnienie rozrywki dzisiejszej młodzieży nie jest rzeczą trudną. Wystarczy zorganizować jakąś imprezę i zaprosić znaną gwiazdę. Sukces murowany. Dla większości dzieci, puzzle czy jakieś gry. Nasza ulubiona firma Trefl, ma w swojej ofercie bogaty wybór. Większym wyzwaniem jest zorganizowanie czegoś dla ludzi w moim wieku. W naszej miejscowości próbowano już wielu rzeczy. Nawet było kółko teatralne. Zawsze przychodziło kilka osób. Z kilkoma koleżankami wpadłyśmy na pomysł. Właściwie to ksiądz proboszcz, jakieś 40 lat temu, ale po kilku poprawkach uznałyśmy, że możemy powiedzieć, że jest nasz. Chodzi o chór parafialny. Należy do niego około 30 osób, wśród nich ja. Myślę, że do najgorszych nie należymy, ale to tylko moja opinia. Postanowiłyśmy zorganizować spotkania na których ludzie mogliby spotkać się w większym gronie i pośpiewać znane i lubiane przez wszystkich piosenki. Nie tylko kościelne. Miejscem tych występów miała być świetlica w domu kultury. Mała sala na jakieś 50 osób. Na pierwsze spotkanie przyszło kilka osób, jeden chłopak z gitarą i jedna pani z akordeonem. Według oczekiwań wszystkich. Jednak nie doceniłyśmy możliwości miejscowych plotkarek. Na następne spotkanie musieliśmy przenieść się do sali kinowej, na szczęście ze sceną. Przyszli chyba wszyscy, którzy potrafią na czymś grać, oczywiście ze swoimi instrumentami. Na jednym ze spotkań mieliśmy nawet sprzęt do karaoke. Wszyscy bawili się wyśmienicie. Przychodzili coraz młodsi ludzie. Od pewnego czasu, nawet dzieci z podstawówki, a gdy któregoś dnia przyszła Agnieszka, pojawiły się też piosenki harcerskie. Nawet turniej w „5 sekund junior” nie powstrzymał jej przed pierwszym występem przed tak dużą publicznością. Od tamtej pory na scenie może występować kto chce. O dziwo chętnych nie brakuje. I to w każdym wieku. Osobiście nie mogę się zdecydować, ale może kiedyś. Kto wie.