Nasz dom był budowany gdy o wodomierzach nikt jeszcze nie słyszał.
W niektórych miejscowościach nie było nawet kanalizacji. Z biegiem
lat dom był remontowany i w miarę potrzeb rozbudowywany. W końcu
zaczęto budować kanalizację. Wszyscy śmiali się, że wreszcie
dotarła do nas cywilizacja. Jaka była radość, przynajmniej na
początku, gdy wystarczyło odkręcić kran zamiast chodzić po wodę
do studni. Później przychodziły rachunki za wodę i już nie było
tak wesoło. My mieliśmy o tyle dobrze, że studnię mieliśmy na
podwórku. Nikt jej nie czyścił przez wiele lat i w końcu woda nie
nadawała się do picia. Z opowiadań wiem, że mój ojciec z nie
jednym dzisiejszym sąsiadem toczył prawdziwą wojnę o działkę,
na której obecnie stoi nasz dom. W końcu na tablicy ogłoszeń
pojawiła się informacja o obowiązku założenia wodomierza. Opinie
na ten temat były podzielone, ale jak mus to mus. Nie wiem dlaczego,
ale pracownicy firmy zakładającej urządzenia uparli się, że
muszą one być zaraz za głównym zaworem wody. Jak u większości
mieszkańców, tak i w naszym domu zaworu nie było w domu, ale w
specjalnie wykopanej studzience. Też nikt nie wie dlaczego nie mógł
być w piwnicy. Również wodomierze zakładano w tej studzience. Gdy
na tablicy pojawiała się informacja o odczycie, każdy musiał sam
ją otworzyć i czekać na pracownika wodociągów. Trwało to czasem
cały dzień. Niestety dzieci ciężko upilnować, żeby tam nie
zaglądały i żeby nie zdarzył się jakiś wypadek. Nic nie pomaga.
Nawet łapówka w postaci nowej gry czy puzzli. U nas w domu dzieci
wiedzą, że nie wolno zaglądać do studzienki, a żeby tego
dopilnować zbieramy wszystkie w jednym pokoju i zaczynamy rozgrywkę
w „5 sekund” Chyba, że dzieci są w szkole, to jeszcze przed ich
powrotem któreś z nas wychodzi przed dom i czeka na nie. Do tej
pory nie było przypadków, żeby jakieś dziecko wpadło do takiej
studzienki, ale jak to mówią, lepiej dmuchać na zimne.
środa, 29 marca 2017
poniedziałek, 27 marca 2017
Historia pana Adama
Witajcie. Małe przypomnienie. Pan Adam, nasz zaprzyjaźniony
kolekcjoner zabawek, otworzył w swojej posiadłości prywatne muzeum
gier, zabawek i puzzli z całego wieku. Zostaliśmy zaproszeni na
uroczystość otwarcia. Wszyscy uczestnicy oglądali zbiory prawie
przez cały dzień. Jako jedyni mieliśmy dostęp do jednej z sal,
która była niedostępna dla reszty zwiedzających. Tam zgromadzone
były najrzadsze i najwartościowsze przedmioty. Jednak nikt nie
wiedział dlaczego wśród tych perełek znajduje się gra „5
sekund” Przecież jest to gra dostępna dla wszystkich, a firma
Trefl ma w swojej ofercie kilka pozycji z tej serii. Nasz gospodarz
wyjaśnił, że ten zestaw jest najcenniejszy w jego zbiorach, bo to
jest prezent od wyjątkowej osoby. Opowiedział nam jej historię,
którą pozwolił przekazać Wam, ale w skrócie. Nie dlatego, że są
w niej jakieś tajne szczegóły, ale dlatego, że całości nikt
oprócz niego nie zdoła zapamiętać a nie chciałby, żeby
poprzekręcać fakty. Dowiedzieliśmy się, że kilka lat temu,
wracając z jednych z targów zabawek, zobaczył w parku siedzącą
na ławce dziewczynkę. Płakała. Gdy spytał co się stało,
zaczęła płakać jeszcze bardziej. Usiadł na ławce i w końcu
Magda, bo tak miała na imię, opowiedziała mu, że byli w parku z
całą grupą. Gdy mieli wracać zorientowała się, że wszyscy już
poszli, a została sama i nie wie jak wrócić do domu. Pan Adam
dowiedział się też gdzie mieszka Magda. Był to dom dziecka
znajdujący się po drugiej stronie miasta. Obiecał zabrać ją do
domu, ale „pani powiedziała, żeby nie chodzić nigdzie z obcymi”
W sumie to ma rację. Po telefonie do wychowawczyni, Magda zgodziła
się. Podziękowań nie było końca. Co raz częściej zapraszano
pan Adama do tego domu. Opowiedział o sobie i o swojej kolekcji.
Okazało się, że również wychował się w domu dziecka. W ramach
podziękowań dostał od dzieci grę „5 sekund” I dlatego ta gra
jest dla niego najcenniejszym eksponatem w całej kolekcji. Nie
chodziło o to co dostał, ale od kogo.
piątek, 24 marca 2017
Nowe muzeum
W zeszłym roku, klasy czwarta i piąta pojechały na wycieczkę do
muzeum techniki. Jeden z działów prezentował „wynalazki”
służące rozrywce. Wtedy, jako jeden z opiekunów pojechał pan
Adam, nasz zaprzyjaźniony kolekcjoner zabawek. Po przyjeździe do
domu obiecał wszystkim niespodziankę. W zeszłym miesiącu do
szkoły przyszedł list, ale nie był to zwykły list. Z wyglądu
była to bardzo stara, tłoczona koperta z zaproszeniem na otwarcie
pierwszego, prywatnego muzeum. Podobnego do tego, w którym uczniowie
byli rok temu. Wszyscy wiedzieli, że zaproszenie jest od pana Adama.
To właśnie miała być ta niespodzianka. Wiadomo było od dawna, że
takie muzeum miało powstać i wreszcie się udało. Zasadniczą
różnicą między tym, w którym byliśmy a nowo powstałym były
tematy wystaw. W zbiorach pana Adama znajdowały się tylko gry,
zabawki i puzzle z całego wieku. Zaproszenie dotyczyło całej
szkoły, ale ze względów bezpieczeństwa nikt nie chciał wydać
zgody na tak dużą wycieczkę. Jako przedstawiciele wszystkich
uczniów pojechały tylko klasy piąta i szósta. Byliśmy już kilka
razy w posiadłości naszego gospodarza, więc wiedzieliśmy czego
się spodziewać, ale takiej ilości ludzi nie widziałam jeszcze na
żadnym otwarciu. Uroczystość rozpoczęła się jak zwykle
podziękowaniami dla wszystkich, którzy przyczynili się do
zrealizowania pomysłu. Trwało to 2 godziny. Wstęgę przecięła
mieszkanka pobliskiego domu dziecka. Wystrój był podobny do znanego
nam z wcześniejszych wizyt. Po zakończeniu uroczystości nasze dwie
klasy zostały zaproszone na prywatną wizytę do sali, która była
niedostępna dla zwiedzających. Były tam najrzadsze okazy z
początku wieku. Jednak wśród nich znalazła się gra „5 sekund”
Nikt nie miał odwagi zapytać dlaczego. Pan Adam od razu to zauważył
i obiecał kiedyś to opowiedzieć. Podobno to niesamowita historia
dotycząca jego nowej rodziny. Oczywiście jak zwykle pojawiły się
teorie na temat tej rodziny. Jedne całkiem ciekawe inne wręcz
niemożliwe. Ale o tym następnym razem.
środa, 22 marca 2017
Nie trudny wybór
Ludzie są dziwni. Jak świeci słońce, chcą żeby padał deszcz.
Jak pada deszcz, chcą słońca. Osobiście nie lubię deszczu w
żadnym przypadku. Jeśli ma coś padać, to wolę śnieg. Gdy za
oknem pada deszcz, nie ma zupełnie nic do roboty, poza codziennymi
zajęciami oczywiście. Nasuwają się dwie możliwości. Albo
siedzenie przed telewizorem, albo przed komputerem. My na szczęście
mamy jeszcze jedną możliwość z której korzystamy gdy tylko mamy
taką okazję. Zamiast spędzać czas przed komputerem czy
telewizorem, wolimy spędzać go z naszymi wnukami. Ponieważ ich
rodzice wrócili do pracy, coraz częściej przychodzą do nas po
szkole. Mama miała dłuższą przerwę po upadku firmy w której
pracowała. Niedawno znalazła nową posadę. Lepiej płatną, ale
pochłaniającą więcej czasu. Jak to mówią: coś za coś. Odnoszę
wrażenie, że dzieci wolą przychodzić do nas, niż siedzieć same
w pustym domu. Dziwne, nie? Wolą towarzystwo starych dziadków, niż
rówieśników szczególnie, że w domu nie ma rodziców. Agnieszka
powiedziała mi kiedyś, że to właśnie dlatego, że nie ma w domu
rodziców. Rówieśnicy zawsze wymyślą coś głupiego, a tak nie
musi się martwić ani o dom, ani o siebie. Gdy wnuki nas odwiedzają,
zawsze znajdziemy coś do roboty. Gry, puzzle a gdy komuś przytrafi
się w szkole jakaś przygoda, zawsze mogą z nami o tym porozmawiać.
Nie ważne czy to coś dobrego czy nie. Prawie zawsze są to dobre
rzeczy. Godzinka przerwy, obiad i odrobienie lekcji. Jeśli trzeba to
chętnie pomagają w codziennych pracach. Bardzo często takie
odwiedziny kończą się rozgrywkami w „5 sekund” Nie wiem co ta
gra w sobie ma. Normalnie, po kilku dniach rozgrywek wiele gier
przestaje się podobać. Ta potrafi zatrzymać przy sobie na wiele
godzin i dni. Nigdy się nie nudzi i zawsze można się spodziewać
czegoś nowego. Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć.
Wieczorem trzeba wracać do domu.
poniedziałek, 20 marca 2017
Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie
Znowu przyjęcie. Tym razem nie urodzinowe, ale z okazji powrotu do
domu jednej z koleżanek wnuczki mojej koleżanki. Jakieś trzy
miesiące temu, na wycieczce zdarzył się wypadek w którym
ucierpiała jedna z uczennic. Od razu została zabrana do szpitala i
pomijając medyczne wyjaśnienia lekarzy, wróciła do domu w sobotę.
Nie wiem dlaczego akurat w sobotę. Zawsze wypisy były w piątek
albo w poniedziałek. Ale nie ważne. Jej babcia jest moją
przyjaciółką. Razem z całą rodziną wyprowadziła się do innego
miasta kilka lat temu, ale utrzymujemy kontakt. Właśnie z tej
okazji zorganizowano przyjęcie. Zostałam poproszona o pomoc w
organizacji. Zaproszenia dostała cała klasa, więc miało przyjść
około 35 osób. Wyjechałam w piątek po południu, a wróciłam w
niedzielę. Warto wspomnieć, że przyjęcie się udało. W
niedzielę, gdy wróciłam, od razu zauważyłam, że coś niedobrego
dzieje się z Agnieszką. Na każdą próbę odezwania się do niej,
wybuchała gniewem. Dawno czegoś takiego u niej nie widziałam. Do
samego wieczora siedziała w pokoju i nikt nie miał odwagi tam
wejść. Jednym z genialnych pomysłów jej taty była propozycja gry
w „5 sekund” Ale to rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. Tylko
jedna rzecz mogła ją uspokoić. Puzzle. Jak zawsze miałam na takie
okazje schowany jeden zestaw. Ale bałam się, że to może nie
wystarczyć. Weszłam do pokoju Agnieszki uważając żeby nie
rzuciła we mnie jakimś przedmiotem. Na początku zaczęła na mnie
krzyczeć, żebym się wynosiła, że to nie moja sprawa. Nie dałam
się tak łatwo wyrzucić. W końcu po tych wszystkich krzykach
zaczęłyśmy układać przyniesiony przeze mnie zestaw. Wtedy
dowiedziałam się, że pokłóciła się z najlepszymi
przyjaciółkami. Poszło o pobrudzony plecak. Ale nie to ją tak
zezłościło. W kłótnię włączyła się nauczycielka, która
widziała kto i kiedy pobrudził plecak a mimo to zaczęła bronić
winowajcę. Przyjaciółki, zamiast stanąć po stronie Agnieszki,
przyznały rację nauczycielce. To było nie w porządku z ich
strony. Skoro nie chciały stanąć po stronie Agnieszki, mogły nic
nie mówić. Pewnie za kilka dni i tak się pogodzą.
piątek, 17 marca 2017
Konsekwencje sprzątania ogrodu
Ostatnie dwa dni były dla mnie podwójnie ciężkie. Nie dość, że
byłam chora, to jeszcze moje kochane wnuczki zaczęły się mną
opiekować, a to było gorsze od choroby. Pamiętacie, jak zaczęłam
sprzątać ogród? W pewnym momencie wpadłam do dziury wypełnionej
błotem. Nie zauważyłam i stało się. Na szczęście nic sobie nie
złamałam, tylko trochę się potłukłam. Niestety przy okazji
bardzo się przeziębiłam. Nie poszłam do lekarza, bo po co mu
zawracać głowę przy zwykłym przeziębieniu. Zaczęłam stosować
metody mojej mamy. Nie podam przepisu na lekarstwa, żeby w razie
czego nikt mnie o nic nie posądzał. Wiadomo, że medycyna ludowa
różnie działa na różnych ludzi. Opieka wnuczków była dużo
gorsza. Na początku jeszcze jakoś można było to znieść.
Agnieszka i Ania przyniosły zestaw puzzli i przez kilka godzin je
układałyśmy. Wszystko zaczęło się gdy nadeszła pora obiadu.
Cały czas słyszałam: babciu może coś ci przynieść, może coś
ci podać, może zrobić ci herbaty. To jeszcze można było przeżyć,
ale gdy chciały mnie karmić miarka się przebrała. Żeby nie
nawrzeszczeć na wszystkich po kolei, winnych czy nie, wolałam wyjść
z domu. Nie ważne, że z przeziębieniem. Gdy wróciłam, zebrałam
wszystkich w salonie i najspokojniej jak tylko się dało
wytłumaczyłam wszystkim zebranym, że nie umieram tylko jestem
przeziębiona i jeśli będę czegoś potrzebować to poproszę.
Jeśli chcą układać puzzle, proszę bardzo. Jeśli chcą zagrać w
jakąś grę, też może być. Wiadomo, że dotrzymanie towarzystwa
dla chorego jest bardzo ważne, ale karmienie to już lekka przesada.
Chyba wszyscy zrozumieli. Przez cały wieczór, razem z wnuczkami
grałyśmy w „5 sekund” Swoją drogą, ciekawe kto zostałby aby
się mną opiekować, gdybym faktycznie wymagała takiej opieki. Mam
nadzieję, że nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji, że trzeba
będzie to sprawdzić.
środa, 15 marca 2017
Przygoda w ogrodzie
Ponieważ na zewnątrz robi się coraz cieplej, kolejny raz
zaplanowałam sprzątanie ogrodu. Jak wiadomo, w tym roku nie raz
wiał dość silny wiatr i połamanych gałęzi jest wszędzie bardzo
dużo. Ostatnie dwie próby robienia porządków nie powiodły się z
różnych przyczyn. Za pierwszym razem był to padający deszcz, a za
drugim mała katastrofa w pokoju Agnieszki. Tym razem wszystko
zapowiadało się dobrze. Przynajmniej na początku. Gdy wspomniałam
o swoich planach, wszyscy zaoferowali pomoc. Odpowiadało mi to, bo
nie musiałabym męczyć się sama. Jednak gdy nadszedł dzień
porządków nagle wszyscy byli tak zajęci, że nie znaleźli ani
minuty aby spełnić obietnicę. Najbardziej wiarygodną wymówkę
miała Agnieszka. Zaraz po szkole przyszły do niej koleżanki, żeby
uczyć się do sprawdzianu. Gdy do nich zajrzałam, faktycznie
siedziały nad książkami. Co było robić, musiałam sprzątać
sama. Po godzinie sprzątania wrócił mój mąż i pomagał mi
trochę, ale chwilę później zadzwonił telefon i mąż musiał
wyjść. Znów zostałam sama. Im bardziej oddalałam się od domu,
tym więcej było błota. W pewnym momencie, przez nieuwagę weszłam
w takie miejsce. Na moje nieszczęście była to głęboka dziura.
Wpadłam po samą… To był koniec sprzątania na dziś. Ubłocona i
mokra wróciłam do domu. Od razu skierowałam się do łazienki.
Przechodząc obok pokoju Agnieszki usłyszałam jak się kłócą.
Zajrzałam, dziewczynki siedziały przy stole i grały w „5 sekund”
Na początku się wściekłam. Zamiast się uczyć, jak to mówiła,
grały w jakieś głupie gry. Później pomyślałam, że to ona
mogła wpaść w dziurę i trochę się uspokoiłam. Umyłam się,
przebrałam i poszłam do salonu. Na stole leżał zestaw puzzli.
Ktoś zaczął go układać, ale jak widać miał coś ważniejszego
do zrobienia. Siadłam i zaczęłam układać dalej. Nie chciałam
przeszkadzać dziewczynkom. Wieczorem opowiedziałam o swojej
przygodzie. Wszyscy zaczęli przepraszać, że nie dotrzymali
obietnicy. Może to i lepiej. Kto wie ile jeszcze takich dziur mamy w
ogrodzie.
poniedziałek, 13 marca 2017
Znowu 8 marca
8 marca. Międzynarodowy dzień kobiet. Obchodzony jest różnie.
Jedni urządzają imprezy z tej okazji, inni tylko składają
życzenia, a jeszcze inni traktują to święto jak zwykły dzień. Z
całej naszej rodziny tylko jedna osoba uważa, że wszystkie święta
w dzisiejszych czasach są tylko po to, żeby sklepy mogły wyciągnąć
jak najwięcej pieniędzy od ludzi. Zawsze się o to spieraliśmy.
Ale wiecie co, jak przeczytałam 27 sms-ów i e-maili z ofertami
kredytów i pożyczek z okazji dnia kobiet, to teraz wydaje mi się,
że Sławek może ma trochę racji. Jednak w naszej miejscowości,
jak co roku sołtys zorganizował imprezkę, więc wszystkie panie z
naszej rodziny postanowiły się wybrać. Zaproszenie nie dotyczyło
tylko dorosłych. Trochę się spóźnił, bo było to w sobotę, ale
można mu wybaczyć. Przecież w środku tygodnia nikomu nie
chciałoby się przyjść. Szczególnie po całym dniu w pracy. W
sobotę wieczorem, ubrane i umalowane poszłyśmy się zabawić. W
końcu to z okazji naszego święta. Program prawie jak co roku,
życzenia,poczęstunek, część artystyczna i niespodzianka. Na
samym początku sołtys przedstawił najmłodszą i najstarszą
mieszkankę naszej miejscowości. Najstarszą jest pani Halina, ma 98
lat. Najmłodszą jest urodzona w sobotę rano Natalia. Z oczywistych
względów nie mogła być z nami. Razem z mamą wyjdą ze szpitala
dopiero za cztery dni. Gwoździem programu był występ znanego
wokalisty. Po zakończeniu sołtys zaprosił najmłodsze
uczestniczki do, jak to określił, uspokojenia się. Wniesiono
zestawy puzzli i gier z serii „5 sekund” Kto chciał, mógł
zostać aby ochłonąć po całej imprezie. Zostały wszystkie panie.
Po przyjściu do domu uznałyśmy, że nie dość się uspokoiłyśmy
i zasiadłyśmy do dalszej rozgrywki. Tym razem „5 sekund junior”
To jest jedna z tych gier, które potrafią wciągnąć. Spać
poszłyśmy dopiero po północy.
piątek, 10 marca 2017
Źródła
Tablica ogłoszeń to bardzo ciekawe miejsce. Nie trudno się
domyślić, co się na niej znajduje. Czasem przez wiele tygodni nie
ma na niej nic, a czasem w ciągu jednego dnia jest tyle ogłoszeń,
że się nie mieszczą. Na szczęście mamy trzy takie tablice.
Bardzo lubię czytać takie ogłoszenia. Nie raz dowiedziałam się z
nich o bardzo ciekawych imprezach, spektaklach teatralnych, czy
organizowanych wycieczkach. Ogłoszenie o tej ostatniej pojawiło się
jakieś dwa tygodnie temu. Organizatorem był ksiądz proboszcz i
rada parafialna. Bardzo często organizują różnego rodzaju
wyjazdy, ale większość była przeznaczona dla dzieci. I nigdy nie
było ogłoszenia na tablicy. Z plakatu wynikało, że celem wyprawy
są źródła termalne. Zapisy miały trwać około tygodnia, ale na
drugi dzień po wywieszeniu, nie było już miejsc. Zainteresowanie
było tak duże, że postanowiono wynająć drugi autokar. Nasze
kłopoty zaczęły się w dniu, w którym Agnieszka dowiedziała się
o naszym wyjeździe. Miała nam za złe, że nie zabieramy jej ze
sobą. Zasmucona mina i ciągłe prośby o jeszcze jedno miejsce. Nie
było innego wyjścia jak jego wykupienie. Było trochę ciężko, bo
miejsc nie było, ale jeden z organizatorów jest naszym dobrym
znajomym, więc jakoś się udało. Niestety tak się złożyło, że
w dzień wyjazdu Agnieszka miała spotkanie, na którym wraz z
koleżankami przygotowywała się do turnieju układania puzzli. Do
treningów w domu kupowaliśmy zawsze nowe zestawy. Ostatnim
nabytkiem był zestaw „Auta
puzzle sensoryczne- Fun for everyone” Takie
zawody są częstymi wydarzeniami w naszej szkole. Podobno pomagają
w ćwiczeniach cierpliwości i koncentracji. Jakoś nie wierzę w to,
że jakiekolwiek zawody pomagają się uspokoić, ale jeśli dyrektor
tak mówi, to chyba wie co mówi. W każdym razie Agnieszka musiała
wybrać. Zgadnijcie co wybrała. Dzień przed wyjazdem cała nasza
trójka zaczęła przygotowania. Wybór całego wyposażenia i jego
pakowanie zajęło prawie cały dzień. O tym co się działo w
ośrodku napiszę innym razem. W każdym razie tak udanego wyjazdu
nie mieliśmy od dawna.
środa, 8 marca 2017
Rozrywka dla babci
Jak zapewne wiecie, zapewnienie rozrywki dzisiejszej młodzieży nie
jest rzeczą trudną. Wystarczy zorganizować jakąś imprezę i
zaprosić znaną gwiazdę. Sukces murowany. Dla większości dzieci,
puzzle czy jakieś gry. Nasza ulubiona firma Trefl, ma w swojej
ofercie bogaty wybór. Większym wyzwaniem jest zorganizowanie czegoś
dla ludzi w moim wieku. W naszej miejscowości próbowano już wielu
rzeczy. Nawet było kółko teatralne. Zawsze przychodziło kilka
osób. Z kilkoma koleżankami wpadłyśmy na pomysł. Właściwie to
ksiądz proboszcz, jakieś 40 lat temu, ale po kilku poprawkach
uznałyśmy, że możemy powiedzieć, że jest nasz. Chodzi o chór
parafialny. Należy do niego około 30 osób, wśród nich ja. Myślę,
że do najgorszych nie należymy, ale to tylko moja opinia.
Postanowiłyśmy zorganizować spotkania na których ludzie mogliby
spotkać się w większym gronie i pośpiewać znane i lubiane przez
wszystkich piosenki. Nie tylko kościelne. Miejscem tych występów
miała być świetlica w domu kultury. Mała sala na jakieś 50 osób.
Na pierwsze spotkanie przyszło kilka osób, jeden chłopak z gitarą
i jedna pani z akordeonem. Według oczekiwań wszystkich. Jednak nie
doceniłyśmy możliwości miejscowych plotkarek. Na następne
spotkanie musieliśmy przenieść się do sali kinowej, na szczęście
ze sceną. Przyszli chyba wszyscy, którzy potrafią na czymś grać,
oczywiście ze swoimi instrumentami. Na jednym ze spotkań mieliśmy
nawet sprzęt do karaoke. Wszyscy bawili się wyśmienicie.
Przychodzili coraz młodsi ludzie. Od pewnego czasu, nawet dzieci z
podstawówki, a gdy któregoś dnia przyszła Agnieszka, pojawiły
się też piosenki harcerskie. Nawet turniej w „5 sekund junior”
nie powstrzymał jej przed pierwszym występem przed tak dużą
publicznością. Od tamtej pory na scenie może występować kto
chce. O dziwo chętnych nie brakuje. I to w każdym wieku. Osobiście
nie mogę się zdecydować, ale może kiedyś. Kto wie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)