piątek, 29 grudnia 2017

Kto zawinił?

Witajcie. Zdarzyło się kiedyś, że zrobiono Wam awanturę za coś, z czym nie mieliście nic wspólnego? Mnie ostatnio tak. Ale od początku. Przed świętami mieliśmy pod opieką najmłodszą dwójkę naszych wnuków. Jaka była pogoda każdy wie, bardzo ciepło jak na tę porę roku i wkoło roztopiony śnieg. Jednak pewnej, nieszczęsnej nocy spadło trochę śniegu. Dzieci uznały, że można iść lepić bałwana. Jest śnieg, będzie bałwan. Oczywiście nie pozwoliłam im na to, a wtedy nasze kochane wnuki poszły zapytać o pozwolenie dziadka. Dobrze wiedziały, że on im na wszystko pozwala. I tym razem miały rację. Do tej pory, gdy nie pozwoliłam im na coś, szły do pokoju i zajmowały się jakąś grą albo puzzlami. Teraz nawet nie zauważyłam kiedy wyszły z domu. Bałwana oczywiście nie ulepiły, ale wróciły całkowicie przemoczone. Nikt nie przewidział takiej sytuacji, więc nie zabrały ze sobą żadnych ubrań na zmianę. Wysłałam dziadka, żeby takie przywiózł. Trwało to ponad dwie godziny. W wyniku tych zdarzeń, dwa dni później dzieci musiały odwiedzić lekarza. Właśnie wtedy córka zrobiła mi awanturę. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, a ona najpierw na mnie nawrzeszczała, a później wyjaśniła co się stało. To od niej dowiedziałam się o chorobie dzieci. Dziadek zawinił, a mnie się dostało. Może trochę słusznie, przecież obiecałam je pilnować. Tylko że dzieci trochę minęły się z prawdą jak opowiadały mamie całą sytuacje. To babcia pozwoliła. Chciałam je odwiedzić, zagrać z nimi w „5 sekund junior” żeby im się nie nudziło, ale córka zabroniła. Mogły posłuchać jak babcia zabroniła to nie byłoby całej sytuacji. Niech teraz siedzą same. Według mnie to trochę złe podejście, ale to przecież tylko moje wnuki. Nie raz słyszałam, że nie jestem ich mamą i nie mogę się wtrącać w wychowanie dzieci. Trochę racji w tym jest.

środa, 27 grudnia 2017

Obiecał, to będzie

Jak to mówią, święta, święta i po świętach. W każdej rodzinie tradycje są różne. Jedną z naszych jest spotkanie rodzinne. W drugi dzień świąt wszyscy spotykają się w domu rodzinnym. Tak się akurat składa, że to nasz dom. Ale dopiero w zeszłym roku nie zabrakło nikogo. Chodzi o Sławka. Podczas ostatniej wizyty, obiecał dzieciom, że w te święta na pewno przyjedzie, jednak jakiś tydzień temu dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. Wiadomo było co to oznacza. Nie chcieliśmy mówić dzieciom, żeby nie psuć im całego okresu świątecznego, ale pech chciał, że znalazły kartkę. Od samego początku nie wierzyły w nasze słowa, że skoro dostaliśmy już życzenia, to nie ma co liczyć na wizytę wujka. Obiecał, to przyjedzie i już. Ale im bliżej świąt, tym ich wiara w spełnienie obietnicy słabła. Było w tym trochę naszej winy, ale chyba było lepiej, że wiedziały wcześniej. Każdego roku ubieraniem choinki zajmowały się Agnieszka i Ania. W tym roku nie miały za bardzo na to ochoty. Myślałam, że prezenty pod choinką poprawią im humor, ale i to nie pomogło. Po ostatnim sprzątaniu, a właściwie katastrofie, musiałam kupić nowe. Wydawało mi się, że zestaw puzzli z ulubionymi bohaterkami „Anna i Elsa- Puzzle Glam” choć trochę poprawi humor Agnieszce, ale prezent otworzyła tylko dlatego, że o to poprosiliśmy. O Ani nawet nie ma co wspominać. Pierwszy dzień świąt każda z nich spędziła w swoim pokoju. Drugie święto zapowiadało się tak samo. Przy każdym dzwonku do drzwi dziewczynki wybiegały z pokoju sprawdzić kto przyszedł. Niestety. Gdy przyszli już wszyscy i siedliśmy do obiadu, dzwonek rozległ się jeszcze raz. Zgadnijcie, kto był pierwszy przy drzwiach. Gdy dziewczynki je otworzyły, okazało się, że obietnica jednak została dotrzymana. Teraz rodzina była w komplecie. Humor dzieci od razu się zmienił. Po obiedzie wszystkie chciały pochwalić się prezentami. Na jednym z nich była kartka z napisem: od wujka.

piątek, 22 grudnia 2017

Nieoceniona pomoc

Okres przedświąteczny, oprócz przeżyć duchowych, to czas sprzątania, pieczenia ciast i reszty przygotowań. Każdy chce mieć wtedy spokój, żeby móc wszystko zaplanować i nie robić wszystkiego od razu. U nas w domu, wolę wszystko zrobić sama, niż mieć pomoc, która bardziej przeszkadza niż pomaga. Niestety tak się składa, że każdy chce mieć spokój. Córka poprosiła nas o pomoc w opiece nad dziećmi w trakcie sprzątania. Dziadek od razu zgłosił się na ochotnika. Wszystko miało odbyć się u nich w domu. Dziadek poszedł i wszystko było w porządku. Córka miała czas na sprzątanie, ja też miałam spokój. Przynajmniej do czasu. W pewnym momencie w drzwiach pojawił się dziadek z trójką wnuków. Oznajmił, że przecież nie ma różnicy gdzie dzieci będą się bawić. Zaprowadził je do pokoju i zaczął się z nimi bawić. W końcu dzieci zaczęły się kłócić, a gdy weszłam zobaczyć co się dzieje, zobaczyłam na podłodze porozrzucane puzzle i pudełka z gier, a dziadek siedział w fotelu i spał. Żeby było ciekawiej, razem z grami rozwalone leżały zestawy, które kupiłam jako prezenty gwiazdkowe. Zestawów „Anna i Elsa- Puzzle Glam” i „Anty-monopoly” szukałam dość długo. Do tej pory nie było kłopotów z ich zakupem. Może winę ponosi popularność tych zestawów. W trakcie jak kłóciłam się z dziadkiem, dzieci postanowiły pomóc mi w sprzątaniu. Wyobraźcie sobie, trójka dzieci sama w kuchni i pootwierane szafki. Wszystko było na ziemi. Z zawartością torebek nie było kłopotu, ale gdy na podłogę zaczęły lecieć garnki i szklanki, nie było już tak wesoło. Szklanek mi nie żal, jak to mówią, będzie szczęście. Bardziej chodziło mi o ręce dzieci. Przecież potłuczone szkło jest bardzo niebezpieczne. Po odwiezieniu wnuków do domu, znów zaczęła się awantura. Nie dość, że dziadek nie widział nic złego w przyprowadzeniu dzieci do nas, to na dodatek wcale nie chciał pomóc w posprzątaniu tego bałaganu.  

środa, 20 grudnia 2017

Trudny wybór?

Na wielu przyjęciach urodzinowych byłam, kilka z nich pomagałam organizować, ale pierwszy raz słyszałam o takim, które zostało odwołane z powodu braku solenizanta. Jak to możliwe? Kiedyś wspominałam Wam o Tomku, nowym uczniu w klasie Agnieszki. Razem z rodzicami przeprowadził się do naszej miejscowości ponad dwa lata temu. Jego rodzina jest bardzo bogata. Ojciec Tomka prowadzi dużą firmę transportową. Rodzina jest znana w całej okolicy. Niestety tylko od tej złej strony. Żeby ktoś nie pomyślał, że piszę to z zazdrości. Zapewniam Was, że nie ma czego zazdrościć. Wszystko co robią, robią na pokaz. Szeregują ludzi według zasobności portfela, jeśli nie jesteś odpowiednio bogaty, nie warto z tobą rozmawiać. Może nie uwierzycie, ale Tomek jest zupełnie inny. Nigdy nie dał nikomu do zrozumienia, że jest lepszy, bo ma więcej pieniędzy. Odwołane przyjęcie miało być właśnie na jego urodziny. Wszystko zorganizowane, przybyli goście a Tomek gdzieś zniknął. Na stole zostawił kartkę z napisem: miłej zabawy. Gdzie był? Kilka dni wcześniej odwiedził rodziców jednego ze swoich kolegów dziwną prośbą. Wtedy pierwszy raz wspomniał o pieniądzach. Zapytał, czy swoje urodziny mógłby obchodzić u nich i jeśli się zgodzą, pokryje wszystkie wydatki z tym związane. Zgodzili się, jednak był jeden warunek. Żadnego pokrywania wydatków. Przyszła prawie cała klasa. Zwykłe życzenia i prezenty. Nic wielkiego, gry, puzzle i jedno duże zdjęcie klasowe. Później był tort i rozpoczęła się zabawa, a nawet mecz piłki nożnej. Żebyście widzieli jak grają nasze dzieci, nawet dziewczynki. Po meczu przyszedł czas na coś lżejszego. Gra „5 sekund junior” dostarczyła również wiele emocji. Wieczorem wszyscy odprowadzili Tomka do domu. Mówił, że dzień był wspaniały. Jednak skończył się po wejściu do domu. Chyba w całej miejscowości słychać było krzyki jego mamy. Na drugi dzień i tak przyznał, że mimo takiej awantury, było warto. Co wybrać? Wystawne przyjęcie na kilkadziesiąt osób, czy spotkanie z kilkoma kolegami i później awanturę. Dziwne, prawda?

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Portret

Próbowaliście kiedyś zrobić zdjęcie małemu dziecku? Nie mówię tu o fotkach z wakacji, ale na przykład o zdjęciu rodzinnym czy portrecie. Wiem, że to trochę dziwny pomysł w XXI wieku, ale niektórzy mają je jeszcze. Jednym z takich ludzi jest moja córka. Uparła się na portret najmłodszych członków naszej rodziny. Zbiegiem okoliczności są to jej dzieci. Próbowała sama zrobić zdjęcie, potem małe poprawki na komputerze, ale nic jej z tego nie wyszło. Każde zdjęcie wychodziło rozmazane. Nie jest to wina sprzętu ani fotografa. Fotografowane obiekty nie mogły usiedzieć w miejscu ani przez chwilę. Myślałam, że po tylu nieudanych próbach zrezygnuje z tego pomysłu, ale jak ona się na coś uprze, to nie ma takiego sposobu, który mógłby ją przekonać. Niestety wtedy nie zważa na cenę jaką przyjdzie zapłacić za realizację jej planu. I nie mam na myśli pieniędzy. Jedyne do czego dało się ją namówić, to wizyta w profesjonalnym studio fotograficznym. Tym razem reszta rodziny się uparła. Odwiedziliśmy wszystkie zakłady i w każdym efekt był ten sam. Został jeszcze jeden, prowadzony przez prawie siedemdziesięcioletniego człowieka. Powiedzieliśmy o co nam chodzi, a on zapytał czym bawią się dzieci. Co ma wspólnego robienie zdjęcia z zabawkami? Teraz już wiemy. Fotografowi chodziło o odwrócenie uwagi. Umówiliśmy się na następny dzień i zaopatrzeni w zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” udaliśmy się do zakładu. Jednak dzieci nie za bardzo miały ochotę bawić się czymś co mają na co dzień. Fotograf to przewidział. W pokoju wymalowanym na zielono, na samym środku przygotowana była gra „5 sekund junior” Była jedna zmiana w regułach gry. Odpowiedzi udzielało się na stojąco. Zobaczcie, zielone tło, odpowiedź na stojąco i aparat ustawiony właśnie na odpowiadającego. Dzieci nawet nie wiedziały kiedy zostały sfotografowane. Kilka dni później portret był gotowy. Wielkie, profesjonalne zakłady fotograficzne nie dały sobie rady, a siedemdziesięcioletni dziadek od razu wiedział co zrobić w takiej styuacji.

piątek, 15 grudnia 2017

W obronie misia

Przedszkole to ciekawe miejsce. Czasem dzieją się tam rzeczy, które ciężko jest wytłumaczyć. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale za chwilę sami się przekonacie. Co robią dzieci, gdy dostaną jakąś zabawkę? Rzucają w kąt stare i bawią się tylko tą nową. Ale czy zawsze? Na ostatnim zebraniu, rodzice i pani dyrektor przedszkola podjęli decyzję o wymianie części wyposażenia jednej z sal. Nie chodzi tu tylko o gry czy zestawy puzzli, ale o meble i zasłony. Wiele z nich było już na tyle stare i zużyte, że nadszedł czas na wymianę. Gdy dzieci dowiedziały się o tym fakcie ich radości nie było końca. Każde z nich inaczej opowiadało o swojej wymarzonej sali. Oczywiście zabawki zajmowały pierwsze miejsce. Ze znalezieniem najlepszych i najtańszych producentów mebli nie było problemu, ale gdy zaczęło się szukanie zabawek, nie było już tak łatwo. Tysiące zestawów, setki producentów a każdy z innymi cenami i jeszcze pomysły dzieci. Po zakupie mebli wszyscy potrzebowali przerwy. Dwa dni później na następnym zebraniu wszyscy przedstawili swoje propozycje. Kilka z nich pokrywało się. Wymieniane były zestawy puzzli, pluszowe misie i gry. Jednak na każdej kartce były dwa zestawy „Kalejdoskop 50 gier” i „5 sekund junior” Rodzice, pytani dlaczego wpisali właśnie te dwa zestawy, odpowiadali tak samo: nie wiem, coś kazało mi to wpisać. Coś kazało, dziwne prawda? Budżet przewidziany na wszystko skurczył się bardzo nie wiele, więc można było wydać resztę pieniędzy na wszystkie propozycje rodziców. Jeszcze zostało. W dzień dostarczenia zamówienia wydarzyła się rzecz jeszcze dziwniejsza. Przy próbie zabrania starych, zniszczonych zabawek wszystkie dzieci stanęły w ich obronie. Nie dały zabrać ani jednej zabawki, szczególnie broniły pluszaków. Mówiły, że są z nimi od zawsze i nie można ich wyrzucić. Nowe zabawki zostały schowane, będą wymienione zaraz na początku wakacji. Nie wiadomo dlaczego dzieci tak się zachowały.  

środa, 13 grudnia 2017

Plotka i remont przedszkola

Najgorszą rzeczą jaka zagraża życiu w małej społeczności jest plotka. Jak ja ich nie lubię. Przykład? Proszę bardzo. Jakiś czas temu w naszej miejscowości rozeszła się wiadomość o planowanym remoncie przedszkola. Każdy opowiadał to inaczej, byli nawet tacy, którzy twierdzili, że połowa budynku zostanie całkowicie zburzona, a na jej miejsce powstanie nowa. Nie bardzo wierzyłam w te rewelacje, bo przecież w zeszłe wakacje był przeprowadzony remont. Właściwie to dwa. Pisałam już o tym, ale tak dla przypomnienia i w wielkim skrócie. Na początku wakacji zaczął się ów remont. Pracownicy pierwszej firmy zbyt dosłownie podeszli do słów dyrektorki „wyrzucamy wszystko” i przez okna leciało całe wyposażenie sal. Chyba nie o to chodziło. Umowa z firmą została rozwiązana. Druga firma była bardziej profesjonalna i tydzień przed otwarciem zakończyła pracę. Niestety tydzień później w jednej z sal spadł cały sufit. Wszystko zostało naprawione i po przeprowadzeniu wszystkich możliwych kontroli, przedszkole zostało otwarte. Od początku tego roku nasza miejscowość „trochę” się rozrosła. Nie wiadomo dlaczego sprowadziło się do nas wiele młodych rodzin. Nie muszę mówić, że od razu stały się obiektem domysłów i plotek. Pojawiły się też pytania o możliwość otwarcia żłobka. I tu dochodzimy do tego nieszczęsnego remontu. Z powodu tych wszystkich próśb dyrektorka postanowiła przystosować jedną z sal właśnie do tego celu. Idealnie nadawała się jedna, niestety zajęta przez grupę trzylatków i trzeba było ich przenieść. Cały remont polegał na przeniesieniu całego wyposażenia z jednej sali do drugiej. Podczas tej przeprowadzki wiele sprzętu uległo zniszczeniu, szczególnie pudełka z puzzlami i grami, ale rodzice zobowiązali się uzupełnić zniszczone zabawki. Ponieważ firma Trefl bardzo często aktualizuje swoją ofertę, wśród zakupów nie mogło zabraknąć ich produktów. Trzeba przyznać, że rodzice się postarali. Nie kupowali wszystkiego co znaleźli, ale to czym lubią się bawić ich dzieci. Okazało się, że większość maluchów bardzo lubi zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” Tak właśnie jest z plotkami. Ktoś coś usłyszy, ktoś coś dołoży a potem wychodzą nie stworzone historie.    

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Pobyt w szpitalu

Jak wielu z Was pamięta, ostatnie trzy tygodnie spędziłam w szpitalu, a dokładniej w dwóch. Miałam mały wypadek podczas wędrówki przez naszą miejscowość. Jej cel jest w tej chwili mało ważny. Niestety poślizgnęłam się i efektem tego była zwichnięta ręka. Po prześwietleniu w szpitalu okazało się, że zwichnięcie było groźniejsze niż podejrzewali lekarze i takim sposobem znalazłam się w drugim szpitalu na rehabilitacji. Leżąc w szpitalu, mogłam przyjrzeć się pracy jego personelu. Lekarze, pielęgniarki a nawet salowe były bardzo miłe, czasem nawet za bardzo. Z opowiadań innych pensjonariuszek wiem, że siostra przełożona bardzo rzadko zaglądała na jakąkolwiek salę, chyba że któraś z młodych pielęgniarek nie mogła sobie z czymś poradzić. Wtedy przychodziła. Dziwna rzecz, każdy spodziewał się awantury, ale nic takiego się nie działo. Siostra przełożona wszystko objaśniła, pokazała i następnym razem nie było żadnego problemu. To się nazywa podejście. Ale jak to mówią, od każdej reguły są wyjątki. Jedna z pielęgniarek dawała wszystkim do zrozumienia kto tu rządzi. Nie pomagały nawet upomnienia i awantury z przełożonymi. Któregoś dnia odwiedziła mnie córka. Nie miała z kim zostawić wnuczki, więc zabrała ją ze sobą. Gdy zobaczyła to owa pielęgniarka, zrobiła straszną awanturę. Dzieci nie mogą wchodzić na oddział i już. A właśnie. Przy pomocy dofinansowania unijnego cały szpital został wyremontowany. Faktycznie są oddziały na które nie wolno wchodzić dzieciom i dlatego jedna z sal służy jako świetlica. W razie potrzeby, odwiedzający mogą zostawić dziecko pod opieką doświadczonego personelu. Żeby nikt się nie nudził, sala została wyposażona w różnego rodzaju gry, puzzle i inne zabawki. Czasem i pacjenci zostawiali jakieś pluszaki. Też miałam swój wkład. Jeden z prezentów mikołajkowych, powiedzmy to delikatnie, nie spodobał się. Był to zestaw „Kalejdoskop 50 gier” więc pomyślałam, że tu może się przydać. Trochę szkoda mi młodego personelu, mieć do czynienia z tak niemiłą pielęgniarką to nic przyjemnego, chociaż prawie wszyscy praktykanci to ludzie weseli i bardzo mili dla pacjentów. Oby tak zostało.  

czwartek, 7 grudnia 2017

Mikołaj w przedszkolu

No i się zaczęło. Jak wiecie, w naszej miejscowości mamy przedszkole, szkołę podstawową i basen. To tyko te obiekty, które są obecnie najważniejsze. A właśnie. Zapomniałam o kościele. Wszystkim wiadomo, że do każdego z tych miejsc zapraszany jest Święty Mikołaj. Każdego roku, każda z placówek zapraszała Mikołaja we własnym zakresie. Tym razem postanowiono zorganizować wszystko wspólnie. Od razu pojawił się problem. Nie można było znaleźć odpowiednio wielkiej sali, aby mogła pomieścić tyle dzieci. Nawet kościół okazał się za mały. Jedynym miejscem odpowiednim do tego celu była sala kinowa w domu kultury. Może inaczej. Kiedyś, gdy mieliśmy jeszcze kino ta sala pełniła taką funkcję. Gdy kino zostało zamknięte, przestała być potrzebna. Dopiero gdy w wyborach wygrał obecny sołtys, ta sytuacja się zmieniła. Sala kinowa została wyremontowana i przekształcona w halę sportową. Na wszelki wypadek zachowano scenę, która przy okazji wielu uroczystości bardzo się przydaje. Ale wróćmy do Mikołaja. Głównym organizatorem został opiekun domu kultury, nasz sołtys. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu to on organizuje najlepsze imprezy. Wszystko ładnie, pięknie, ale zapomniałam napisać o jednej, ważnej rzeczy. Z całego przedsięwzięcia została wyłączona cała grupa 3-latków. Rodzice postanowili, że dla nich spotkanie z Mikołajem zostanie zorganizowane osobno, ponieważ będzie to pierwsze spotkanie ich dzieci z tak ważną osobą, zorganizują wszystko sami, łącznie z kupieniem prezentów. Wszystkie paczki musiały być takie same, bez względu na zamożność rodziców. W skrócie, w paczce miały znaleźć się albo zestawy puzzli, albo karty. Jedyną, obowiązkową rzeczą był zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” Dlaczego rodzice tak postąpili? Nie umiem tego wytłumaczyć, ale chodziło o ilość ludzi, która będzie w domu kultury. 6 grudnia w przedszkolu pojawił się oczekiwany gość. Dzień wcześniej dzieci próbowały opisać go. Jak wygląda, albo jak jest ubrany. Wszystkie dzieci opowiadały podobnie. Czerwony strój, długa broda i renifer z czerwonym nosem. Tego ostatniego nie można było zorganizować, ale gdy Mikołaj pojawił się w drzwiach nikt nie zauważył braku renifera.

wtorek, 5 grudnia 2017

Pechowe zakupy

 Jutrzejszej daty nie trzeba przedstawiać nikomu. Już od początku listopada w sklepach można było zauważyć choinki i świąteczne dekoracje. Później pojawiły się ogłoszenia o zapisach na paczki. U nas w każdym sklepie można znaleźć taki plakat. Nigdy nie byłam zwolenniczką kupowania gotowych. Wolę sama taką paczkę przygotować, przynajmniej wiem co jest w środku. Paczki paczkami, ale na Mikołaja trzeba dzieciom kupić coś oprócz słodyczy. W naszej rodzinie to ja zawsze zajmowałam się takimi zakupami. Dziadek dorzucał jakiś grosik, albo i nie, ale prezenty były wspólne. W tym roku oznajmił, że swoimi zakupami zajmie się osobiście. Wszyscy znacie moje zasady. Niczego nie odkładać na ostatnią chwilę, więc moje zakupy mam już dawno za sobą. Nic wielkiego: kilka książek dla najmłodszych, dla Agnieszki i Ani gry i zestawy „Anna i Elsa- Puzzle Glam” Wszystko spakowane, podpisane i ukryte przed ciekawskimi dziećmi, czeka na 6 grudnia. Dziadek jak to dziadek na zakupy wybrał się w sobotę. Oferowałam pomoc, ale nie chciał nawet o tym słyszeć. Jednak w końcu się zgodził. Miała tylko mu towarzyszyć. Dzięki temu mogę Wam opowiedzieć co się wydarzyło. Przez kilka godzin chodziliśmy między półkami sklepowymi. Po zapełnieniu całego wózka spotkaliśmy całą piątkę naszych wnuków. Razem z rodzicami, jak w każdą sobotę wybrały się na zakupy. Dzieci od razu uznały, że to dla nich i jeszcze w sklepie zaczęły wszystko dzielić. W porę udało się je uspokoić, bo nie wiele brakło, żeby wszystkie pudełka zostały otwarte. Za późno było wyjaśnić im dlaczego wszystko zostało kupione i po powrocie do domu trzeba było dokończyć podział. Dziadek musiał wybrać się na zakupy jeszcze raz. Tym razem kupił dla każdego paczki ze słodyczami, a jako jeden prezent dla wszystkich, ulubioną przez nas grę „5 sekund junior” Trochę mi go szkoda, bo kilka godzin spędzonych na zakupach to dla niego nie lada wyczyn, ale może będzie to nauczka. Chociaż znając go to w przyszłym roku zrobi dokładnie to samo.