Witajcie.
Zdarzyło się kiedyś, że zrobiono Wam awanturę za coś, z czym
nie mieliście nic wspólnego? Mnie ostatnio tak. Ale od początku.
Przed świętami mieliśmy pod opieką najmłodszą dwójkę naszych
wnuków. Jaka była pogoda każdy wie, bardzo ciepło jak na tę porę
roku i wkoło roztopiony śnieg. Jednak pewnej, nieszczęsnej nocy
spadło trochę śniegu. Dzieci uznały, że można iść lepić
bałwana. Jest śnieg, będzie bałwan. Oczywiście nie pozwoliłam
im na to, a wtedy nasze kochane wnuki poszły zapytać o pozwolenie
dziadka. Dobrze wiedziały, że on im na wszystko pozwala. I tym
razem miały rację. Do tej pory, gdy nie pozwoliłam im na coś,
szły do pokoju i zajmowały się jakąś grą albo puzzlami. Teraz
nawet nie zauważyłam kiedy wyszły z domu. Bałwana oczywiście nie
ulepiły, ale wróciły całkowicie przemoczone. Nikt nie przewidział
takiej sytuacji, więc nie zabrały ze sobą żadnych ubrań na
zmianę. Wysłałam dziadka, żeby takie przywiózł. Trwało to
ponad dwie godziny. W wyniku tych zdarzeń, dwa dni później dzieci
musiały odwiedzić lekarza. Właśnie wtedy córka zrobiła mi
awanturę. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, a ona najpierw
na mnie nawrzeszczała, a później wyjaśniła co się stało. To od
niej dowiedziałam się o chorobie dzieci. Dziadek zawinił, a mnie
się dostało. Może trochę słusznie, przecież obiecałam je
pilnować. Tylko że dzieci trochę minęły się z prawdą jak
opowiadały mamie całą sytuacje. To babcia pozwoliła. Chciałam je
odwiedzić, zagrać z nimi w „5 sekund junior” żeby im się nie
nudziło, ale córka zabroniła. Mogły posłuchać jak babcia
zabroniła to nie byłoby całej sytuacji. Niech teraz siedzą same.
Według mnie to trochę złe podejście, ale to przecież tylko moje
wnuki. Nie raz słyszałam, że nie jestem ich mamą i nie mogę się
wtrącać w wychowanie dzieci. Trochę racji w tym jest.
piątek, 29 grudnia 2017
środa, 27 grudnia 2017
Obiecał, to będzie
Jak
to mówią, święta, święta i po świętach. W każdej rodzinie
tradycje są różne. Jedną z naszych jest spotkanie rodzinne. W
drugi dzień świąt wszyscy spotykają się w domu rodzinnym. Tak
się akurat składa, że to nasz dom. Ale dopiero w zeszłym roku nie
zabrakło nikogo. Chodzi o Sławka. Podczas ostatniej wizyty, obiecał
dzieciom, że w te święta na pewno przyjedzie, jednak jakiś
tydzień temu dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. Wiadomo
było co to oznacza. Nie chcieliśmy mówić dzieciom, żeby nie psuć
im całego okresu świątecznego, ale pech chciał, że znalazły
kartkę. Od samego początku nie wierzyły w nasze słowa, że skoro
dostaliśmy już życzenia, to nie ma co liczyć na wizytę wujka.
Obiecał, to przyjedzie i już. Ale im bliżej świąt, tym ich wiara
w spełnienie obietnicy słabła. Było w tym trochę naszej winy,
ale chyba było lepiej, że wiedziały wcześniej. Każdego roku
ubieraniem choinki zajmowały się Agnieszka i Ania. W tym roku nie
miały za bardzo na to ochoty. Myślałam, że prezenty pod choinką
poprawią im humor, ale i to nie pomogło. Po ostatnim sprzątaniu, a
właściwie katastrofie, musiałam kupić nowe. Wydawało mi się, że
zestaw puzzli z ulubionymi bohaterkami „Anna i Elsa- Puzzle Glam”
choć trochę poprawi humor Agnieszce, ale prezent otworzyła tylko
dlatego, że o to poprosiliśmy. O Ani nawet nie ma co wspominać.
Pierwszy dzień świąt każda z nich spędziła w swoim pokoju.
Drugie święto zapowiadało się tak samo. Przy każdym dzwonku do
drzwi dziewczynki wybiegały z pokoju sprawdzić kto przyszedł.
Niestety. Gdy przyszli już wszyscy i siedliśmy do obiadu, dzwonek
rozległ się jeszcze raz. Zgadnijcie, kto był pierwszy przy
drzwiach. Gdy dziewczynki je otworzyły, okazało się, że obietnica
jednak została dotrzymana. Teraz rodzina była w komplecie. Humor
dzieci od razu się zmienił. Po obiedzie wszystkie chciały
pochwalić się prezentami. Na jednym z nich była kartka z napisem:
od wujka.
piątek, 22 grudnia 2017
Nieoceniona pomoc
Okres
przedświąteczny, oprócz przeżyć duchowych, to czas sprzątania,
pieczenia ciast i reszty przygotowań. Każdy chce mieć wtedy
spokój, żeby móc wszystko zaplanować i nie robić wszystkiego od
razu. U nas w domu, wolę wszystko zrobić sama, niż mieć pomoc,
która bardziej przeszkadza niż pomaga. Niestety tak się składa,
że każdy chce mieć spokój. Córka poprosiła nas o pomoc w opiece
nad dziećmi w trakcie sprzątania. Dziadek od razu zgłosił się
na ochotnika. Wszystko miało odbyć się u nich w domu. Dziadek
poszedł i wszystko było w porządku. Córka miała czas na
sprzątanie, ja też miałam spokój. Przynajmniej do czasu. W pewnym
momencie w drzwiach pojawił się dziadek z trójką wnuków.
Oznajmił, że przecież nie ma różnicy gdzie dzieci będą się
bawić. Zaprowadził je do pokoju i zaczął się z nimi bawić. W
końcu dzieci zaczęły się kłócić, a gdy weszłam zobaczyć co
się dzieje, zobaczyłam na podłodze porozrzucane puzzle i pudełka
z gier, a dziadek siedział w fotelu i spał. Żeby było ciekawiej,
razem z grami rozwalone leżały zestawy, które kupiłam jako
prezenty gwiazdkowe. Zestawów „Anna i Elsa- Puzzle Glam” i
„Anty-monopoly” szukałam dość długo. Do tej pory nie było
kłopotów z ich zakupem. Może winę ponosi popularność tych
zestawów. W trakcie jak kłóciłam się z dziadkiem, dzieci
postanowiły pomóc mi w sprzątaniu. Wyobraźcie sobie, trójka
dzieci sama w kuchni i pootwierane szafki. Wszystko było na ziemi. Z
zawartością torebek nie było kłopotu, ale gdy na podłogę
zaczęły lecieć garnki i szklanki, nie było już tak wesoło.
Szklanek mi nie żal, jak to mówią, będzie szczęście. Bardziej
chodziło mi o ręce dzieci. Przecież potłuczone szkło jest bardzo
niebezpieczne. Po odwiezieniu wnuków do domu, znów zaczęła się
awantura. Nie dość, że dziadek nie widział nic złego w
przyprowadzeniu dzieci do nas, to na dodatek wcale nie chciał pomóc
w posprzątaniu tego bałaganu.
środa, 20 grudnia 2017
Trudny wybór?
Na
wielu przyjęciach urodzinowych byłam, kilka z nich pomagałam
organizować, ale pierwszy raz słyszałam o takim, które zostało
odwołane z powodu braku solenizanta. Jak to możliwe? Kiedyś
wspominałam Wam o Tomku, nowym uczniu w klasie Agnieszki. Razem z
rodzicami przeprowadził się do naszej miejscowości ponad dwa lata
temu. Jego rodzina jest bardzo bogata. Ojciec Tomka prowadzi dużą
firmę transportową. Rodzina jest znana w całej okolicy. Niestety
tylko od tej złej strony. Żeby ktoś nie pomyślał, że piszę to
z zazdrości. Zapewniam Was, że nie ma czego zazdrościć. Wszystko
co robią, robią na pokaz. Szeregują ludzi według zasobności
portfela, jeśli nie jesteś odpowiednio bogaty, nie warto z tobą
rozmawiać. Może nie uwierzycie, ale Tomek jest zupełnie inny.
Nigdy nie dał nikomu do zrozumienia, że jest lepszy, bo ma więcej
pieniędzy. Odwołane przyjęcie miało być właśnie na jego
urodziny. Wszystko zorganizowane, przybyli goście a Tomek gdzieś
zniknął. Na stole zostawił kartkę z napisem: miłej zabawy. Gdzie
był? Kilka dni wcześniej odwiedził rodziców jednego ze swoich
kolegów dziwną prośbą. Wtedy pierwszy raz wspomniał o
pieniądzach. Zapytał, czy swoje urodziny mógłby obchodzić u nich
i jeśli się zgodzą, pokryje wszystkie wydatki z tym związane.
Zgodzili się, jednak był jeden warunek. Żadnego pokrywania
wydatków. Przyszła prawie cała klasa. Zwykłe życzenia i
prezenty. Nic wielkiego, gry, puzzle i jedno duże zdjęcie klasowe.
Później był tort i rozpoczęła się zabawa, a nawet mecz piłki
nożnej. Żebyście widzieli jak grają nasze dzieci, nawet
dziewczynki. Po meczu przyszedł czas na coś lżejszego. Gra „5
sekund junior” dostarczyła również wiele emocji. Wieczorem
wszyscy odprowadzili Tomka do domu. Mówił, że dzień był
wspaniały. Jednak skończył się po wejściu do domu. Chyba w całej
miejscowości słychać było krzyki jego mamy. Na drugi dzień i tak
przyznał, że mimo takiej awantury, było warto. Co wybrać?
Wystawne przyjęcie na kilkadziesiąt osób, czy spotkanie z kilkoma
kolegami i później awanturę. Dziwne, prawda?
poniedziałek, 18 grudnia 2017
Portret
Próbowaliście
kiedyś zrobić zdjęcie małemu dziecku? Nie mówię tu o fotkach z
wakacji, ale na przykład o zdjęciu rodzinnym czy portrecie. Wiem,
że to trochę dziwny pomysł w XXI wieku, ale niektórzy mają je
jeszcze. Jednym z takich ludzi jest moja córka. Uparła się na
portret najmłodszych członków naszej rodziny. Zbiegiem
okoliczności są to jej dzieci. Próbowała sama zrobić zdjęcie,
potem małe poprawki na komputerze, ale nic jej z tego nie wyszło.
Każde zdjęcie wychodziło rozmazane. Nie jest to wina sprzętu ani
fotografa. Fotografowane obiekty nie mogły usiedzieć w miejscu ani
przez chwilę. Myślałam, że po tylu nieudanych próbach zrezygnuje
z tego pomysłu, ale jak ona się na coś uprze, to nie ma takiego
sposobu, który mógłby ją przekonać. Niestety wtedy nie zważa na
cenę jaką przyjdzie zapłacić za realizację jej planu. I nie mam
na myśli pieniędzy. Jedyne do czego dało się ją namówić, to
wizyta w profesjonalnym studio fotograficznym. Tym razem reszta
rodziny się uparła. Odwiedziliśmy wszystkie zakłady i w każdym
efekt był ten sam. Został jeszcze jeden, prowadzony przez prawie
siedemdziesięcioletniego człowieka. Powiedzieliśmy o co nam
chodzi, a on zapytał czym bawią się dzieci. Co ma wspólnego
robienie zdjęcia z zabawkami? Teraz już wiemy. Fotografowi chodziło
o odwrócenie uwagi. Umówiliśmy się na następny dzień i
zaopatrzeni w zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” udaliśmy się do
zakładu. Jednak dzieci nie za bardzo miały ochotę bawić się
czymś co mają na co dzień. Fotograf to przewidział. W pokoju
wymalowanym na zielono, na samym środku przygotowana była gra „5
sekund junior” Była jedna zmiana w regułach gry. Odpowiedzi
udzielało się na stojąco. Zobaczcie, zielone tło, odpowiedź na
stojąco i aparat ustawiony właśnie na odpowiadającego. Dzieci
nawet nie wiedziały kiedy zostały sfotografowane. Kilka dni później
portret był gotowy. Wielkie, profesjonalne zakłady fotograficzne
nie dały sobie rady, a siedemdziesięcioletni dziadek od razu
wiedział co zrobić w takiej styuacji.
piątek, 15 grudnia 2017
W obronie misia
Przedszkole
to ciekawe miejsce. Czasem dzieją się tam rzeczy, które ciężko
jest wytłumaczyć. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale za chwilę
sami się przekonacie. Co robią dzieci, gdy dostaną jakąś
zabawkę? Rzucają w kąt stare i bawią się tylko tą nową. Ale
czy zawsze? Na ostatnim zebraniu, rodzice i pani dyrektor przedszkola
podjęli decyzję o wymianie części wyposażenia jednej z sal. Nie
chodzi tu tylko o gry czy zestawy puzzli, ale o meble i zasłony.
Wiele z nich było już na tyle stare i zużyte, że nadszedł czas
na wymianę. Gdy dzieci dowiedziały się o tym fakcie ich radości
nie było końca. Każde z nich inaczej opowiadało o swojej
wymarzonej sali. Oczywiście zabawki zajmowały pierwsze miejsce. Ze
znalezieniem najlepszych i najtańszych producentów mebli nie było
problemu, ale gdy zaczęło się szukanie zabawek, nie było już tak
łatwo. Tysiące zestawów, setki producentów a każdy z innymi
cenami i jeszcze pomysły dzieci. Po zakupie mebli wszyscy
potrzebowali przerwy. Dwa dni później na następnym zebraniu
wszyscy przedstawili swoje propozycje. Kilka z nich pokrywało się.
Wymieniane były zestawy puzzli, pluszowe misie i gry. Jednak na
każdej kartce były dwa zestawy „Kalejdoskop 50 gier” i „5
sekund junior” Rodzice, pytani dlaczego wpisali właśnie te dwa
zestawy, odpowiadali tak samo: nie wiem, coś kazało mi to wpisać.
Coś kazało, dziwne prawda? Budżet przewidziany na wszystko
skurczył się bardzo nie wiele, więc można było wydać resztę
pieniędzy na wszystkie propozycje rodziców. Jeszcze zostało. W
dzień dostarczenia zamówienia wydarzyła się rzecz jeszcze
dziwniejsza. Przy próbie zabrania starych, zniszczonych zabawek
wszystkie dzieci stanęły w ich obronie. Nie dały zabrać ani
jednej zabawki, szczególnie broniły pluszaków. Mówiły, że są z
nimi od zawsze i nie można ich wyrzucić. Nowe zabawki zostały
schowane, będą wymienione zaraz na początku wakacji. Nie wiadomo
dlaczego dzieci tak się zachowały.
środa, 13 grudnia 2017
Plotka i remont przedszkola
Najgorszą
rzeczą jaka zagraża życiu w małej społeczności jest plotka. Jak
ja ich nie lubię. Przykład? Proszę bardzo. Jakiś czas temu w
naszej miejscowości rozeszła się wiadomość o planowanym remoncie
przedszkola. Każdy opowiadał to inaczej, byli nawet tacy, którzy
twierdzili, że połowa budynku zostanie całkowicie zburzona, a na
jej miejsce powstanie nowa. Nie bardzo wierzyłam w te rewelacje, bo
przecież w zeszłe wakacje był przeprowadzony remont. Właściwie
to dwa. Pisałam już o tym, ale tak dla przypomnienia i w wielkim
skrócie. Na początku wakacji zaczął się ów remont. Pracownicy
pierwszej firmy zbyt dosłownie podeszli do słów dyrektorki
„wyrzucamy wszystko” i przez okna leciało całe wyposażenie
sal. Chyba nie o to chodziło. Umowa z firmą została rozwiązana.
Druga firma była bardziej profesjonalna i tydzień przed otwarciem
zakończyła pracę. Niestety tydzień później w jednej z sal spadł
cały sufit. Wszystko zostało naprawione i po przeprowadzeniu
wszystkich możliwych kontroli, przedszkole zostało otwarte. Od
początku tego roku nasza miejscowość „trochę” się rozrosła.
Nie wiadomo dlaczego sprowadziło się do nas wiele młodych rodzin.
Nie muszę mówić, że od razu stały się obiektem domysłów i
plotek. Pojawiły się też pytania o możliwość otwarcia żłobka.
I tu dochodzimy do tego nieszczęsnego remontu. Z powodu tych
wszystkich próśb dyrektorka postanowiła przystosować jedną z sal
właśnie do tego celu. Idealnie nadawała się jedna, niestety
zajęta przez grupę trzylatków i trzeba było ich przenieść. Cały
remont polegał na przeniesieniu całego wyposażenia z jednej sali
do drugiej. Podczas tej przeprowadzki wiele sprzętu uległo
zniszczeniu, szczególnie pudełka z puzzlami i grami, ale rodzice
zobowiązali się uzupełnić zniszczone zabawki. Ponieważ firma
Trefl bardzo często aktualizuje swoją ofertę, wśród zakupów nie
mogło zabraknąć ich produktów. Trzeba przyznać, że rodzice się
postarali. Nie kupowali wszystkiego co znaleźli, ale to czym lubią
się bawić ich dzieci. Okazało się, że większość maluchów
bardzo lubi zestaw „1,2,3 liczysz Ty!” Tak właśnie jest z
plotkami. Ktoś coś usłyszy, ktoś coś dołoży a potem wychodzą
nie stworzone historie.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Pobyt w szpitalu
Jak
wielu z Was pamięta, ostatnie trzy tygodnie spędziłam w szpitalu,
a dokładniej w dwóch. Miałam mały wypadek podczas wędrówki
przez naszą miejscowość. Jej cel jest w tej chwili mało ważny.
Niestety poślizgnęłam się i efektem tego była zwichnięta ręka.
Po prześwietleniu w szpitalu okazało się, że zwichnięcie było
groźniejsze niż podejrzewali lekarze i takim sposobem znalazłam
się w drugim szpitalu na rehabilitacji. Leżąc w szpitalu, mogłam
przyjrzeć się pracy jego personelu. Lekarze, pielęgniarki a nawet
salowe były bardzo miłe, czasem nawet za bardzo. Z opowiadań
innych pensjonariuszek wiem, że siostra przełożona bardzo rzadko
zaglądała na jakąkolwiek salę, chyba że któraś z młodych
pielęgniarek nie mogła sobie z czymś poradzić. Wtedy
przychodziła. Dziwna rzecz, każdy spodziewał się awantury, ale
nic takiego się nie działo. Siostra przełożona wszystko
objaśniła, pokazała i następnym razem nie było żadnego
problemu. To się nazywa podejście. Ale jak to mówią, od każdej
reguły są wyjątki. Jedna z pielęgniarek dawała wszystkim do
zrozumienia kto tu rządzi. Nie pomagały nawet upomnienia i awantury
z przełożonymi. Któregoś dnia odwiedziła mnie córka. Nie miała
z kim zostawić wnuczki, więc zabrała ją ze sobą. Gdy zobaczyła
to owa pielęgniarka, zrobiła straszną awanturę. Dzieci nie mogą
wchodzić na oddział i już. A właśnie. Przy pomocy dofinansowania
unijnego cały szpital został wyremontowany. Faktycznie są oddziały
na które nie wolno wchodzić dzieciom i dlatego jedna z sal służy
jako świetlica. W razie potrzeby, odwiedzający mogą zostawić
dziecko pod opieką doświadczonego personelu. Żeby nikt się nie
nudził, sala została wyposażona w różnego rodzaju gry, puzzle i
inne zabawki. Czasem i pacjenci zostawiali jakieś pluszaki. Też
miałam swój wkład. Jeden z prezentów mikołajkowych, powiedzmy to
delikatnie, nie spodobał się. Był to zestaw „Kalejdoskop 50
gier” więc pomyślałam, że tu może się przydać. Trochę
szkoda mi młodego personelu, mieć do czynienia z tak niemiłą
pielęgniarką to nic przyjemnego, chociaż prawie wszyscy
praktykanci to ludzie weseli i bardzo mili dla pacjentów. Oby tak
zostało.
czwartek, 7 grudnia 2017
Mikołaj w przedszkolu
No i
się zaczęło. Jak wiecie, w naszej miejscowości mamy przedszkole,
szkołę podstawową i basen. To tyko te obiekty, które są obecnie
najważniejsze. A właśnie. Zapomniałam o kościele. Wszystkim
wiadomo, że do każdego z tych miejsc zapraszany jest Święty
Mikołaj. Każdego roku, każda z placówek zapraszała Mikołaja we
własnym zakresie. Tym razem postanowiono zorganizować wszystko
wspólnie. Od razu pojawił się problem. Nie można było znaleźć
odpowiednio wielkiej sali, aby mogła pomieścić tyle dzieci. Nawet
kościół okazał się za mały. Jedynym miejscem odpowiednim do
tego celu była sala kinowa w domu kultury. Może inaczej. Kiedyś,
gdy mieliśmy jeszcze kino ta sala pełniła taką funkcję. Gdy kino
zostało zamknięte, przestała być potrzebna. Dopiero gdy w
wyborach wygrał obecny sołtys, ta sytuacja się zmieniła. Sala
kinowa została wyremontowana i przekształcona w halę sportową. Na
wszelki wypadek zachowano scenę, która przy okazji wielu
uroczystości bardzo się przydaje. Ale wróćmy do Mikołaja.
Głównym organizatorem został opiekun domu kultury, nasz sołtys.
Nie było w tym nic dziwnego, w końcu to on organizuje najlepsze
imprezy. Wszystko ładnie, pięknie, ale zapomniałam napisać o
jednej, ważnej rzeczy. Z całego przedsięwzięcia została
wyłączona cała grupa 3-latków. Rodzice postanowili, że dla nich
spotkanie z Mikołajem zostanie zorganizowane osobno, ponieważ
będzie to pierwsze spotkanie ich dzieci z tak ważną osobą,
zorganizują wszystko sami, łącznie z kupieniem prezentów.
Wszystkie paczki musiały być takie same, bez względu na zamożność
rodziców. W skrócie, w paczce miały znaleźć się albo zestawy
puzzli, albo karty. Jedyną, obowiązkową rzeczą był zestaw
„1,2,3 liczysz Ty!” Dlaczego rodzice tak postąpili? Nie umiem
tego wytłumaczyć, ale chodziło o ilość ludzi, która będzie w
domu kultury. 6 grudnia w przedszkolu pojawił się oczekiwany gość.
Dzień wcześniej dzieci próbowały opisać go. Jak wygląda, albo
jak jest ubrany. Wszystkie dzieci opowiadały podobnie. Czerwony
strój, długa broda i renifer z czerwonym nosem. Tego ostatniego nie
można było zorganizować, ale gdy Mikołaj pojawił się w drzwiach
nikt nie zauważył braku renifera.
wtorek, 5 grudnia 2017
Pechowe zakupy
Jutrzejszej daty nie trzeba przedstawiać nikomu. Już od początku
listopada w sklepach można było zauważyć choinki i świąteczne
dekoracje. Później pojawiły się ogłoszenia o zapisach na paczki.
U nas w każdym sklepie można znaleźć taki plakat. Nigdy nie byłam
zwolenniczką kupowania gotowych. Wolę sama taką paczkę
przygotować, przynajmniej wiem co jest w środku. Paczki paczkami,
ale na Mikołaja trzeba dzieciom kupić coś oprócz słodyczy. W
naszej rodzinie to ja zawsze zajmowałam się takimi zakupami.
Dziadek dorzucał jakiś grosik, albo i nie, ale prezenty były
wspólne. W tym roku oznajmił, że swoimi zakupami zajmie się
osobiście. Wszyscy znacie moje zasady. Niczego nie odkładać na
ostatnią chwilę, więc moje zakupy mam już dawno za sobą. Nic
wielkiego: kilka książek dla najmłodszych, dla Agnieszki i Ani gry
i zestawy „Anna i Elsa- Puzzle Glam” Wszystko spakowane,
podpisane i ukryte przed ciekawskimi dziećmi, czeka na 6 grudnia.
Dziadek jak to dziadek na zakupy wybrał się w sobotę. Oferowałam
pomoc, ale nie chciał nawet o tym słyszeć. Jednak w końcu się
zgodził. Miała tylko mu towarzyszyć. Dzięki temu mogę Wam
opowiedzieć co się wydarzyło. Przez kilka godzin chodziliśmy
między półkami sklepowymi. Po zapełnieniu całego wózka
spotkaliśmy całą piątkę naszych wnuków. Razem z rodzicami, jak
w każdą sobotę wybrały się na zakupy. Dzieci od razu uznały, że
to dla nich i jeszcze w sklepie zaczęły wszystko dzielić. W porę
udało się je uspokoić, bo nie wiele brakło, żeby wszystkie
pudełka zostały otwarte. Za późno było wyjaśnić im dlaczego
wszystko zostało kupione i po powrocie do domu trzeba było
dokończyć podział. Dziadek musiał wybrać się na zakupy jeszcze
raz. Tym razem kupił dla każdego paczki ze słodyczami, a jako
jeden prezent dla wszystkich, ulubioną przez nas grę „5 sekund
junior” Trochę mi go szkoda, bo kilka godzin spędzonych na
zakupach to dla niego nie lada wyczyn, ale może będzie to nauczka.
Chociaż znając go to w przyszłym roku zrobi dokładnie to samo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)