Wreszcie dojechali. Ale kto, gdzie i kiedy? Jak pamiętacie, ostatnio
pisałam o planach urlopowych mojej córki. Dla przypomnienia. Wraz z
częścią rodziny wybrała się nad morze. Mieli jechać
siedmioosobowym autem, ale w ostatniej chwili okazało się, że
samochód trzeba oddać do warsztatu. Pierwsza zmiana planów.
Pojechali pociągiem. Podróż miała trwać ponad osiem godzin.
Trwała prawie 15. Po drodze, na jednym z przejazdów jakiś obywatel
zostawił spalony samochód i po prostu uciekł. Na szczęście
maszynista miał dobry refleks i zdążył wyhamować. Ktoś wezwał
policję, karetkę i straż pożarną. Potraktowano to zdarzenie jako
wypadek. Od razu sprawdzono trzeźwość maszynisty. Zamiast
podziękować mu za uniknięcie zderzenia, policja zaczęła badać
czy nie jest pod wpływem alkoholu. Wstyd. Ale co zrobić. Spisywanie
zeznań, oglądanie miejsca zdarzenia, i sprawdzanie czy ktoś nie
został ranny trwało prawie 7 godzin. W końcu wrak usunięto i
pociąg mógł ruszyć w dalszą drogę. Dzieci w tym czasie
zachowywały się bardzo grzecznie. Jak pamiętacie, rodzice
spakowali różne gry i puzzle na ewentualne deszczowe dni. Przydały
się teraz. Nasza trójka małych podróżników zajęła się
układaniem zestawu puzzli „Dwie
Strony Mocy” Po dotarciu na miejsce okazało się, że przez
pomyłkę zakwaterowano dwie grupy w tych samych pokojach, a ponieważ
druga grupa przyjechała na czas, to oni zajęli zarezerwowane
miejsca. To druga zmiana planów. Zamiast dwóch trzyosobowych pokoi,
nasi urlopowicze zmuszeni byli zająć trzy dwuosobowe. Oczywiście
za ten dodatkowy pokój trzeba było dopłacić. Gdy
córka do mnie dzwoniła i opowiadała co zaszło, bardzo się
zdenerwowała. Moim zdaniem i tak mieli dużo szczęścia. Mogło się
zdarzyć, że nie było wolnych pokoi. Co wtedy? Jak widać za
oknami, pogoda nie za bardzo nadaje się do leżenia na plaży, ale
miejmy nadzieję, że to się zmieni. Zgodzicie się ze mną, że
wszyscy jadący na wakacje liczą na słońce, szczególnie gdy jadą
nad morze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz