Ostatnie dwa dni były dla mnie podwójnie ciężkie. Nie dość, że
byłam chora, to jeszcze moje kochane wnuczki zaczęły się mną
opiekować, a to było gorsze od choroby. Pamiętacie, jak zaczęłam
sprzątać ogród? W pewnym momencie wpadłam do dziury wypełnionej
błotem. Nie zauważyłam i stało się. Na szczęście nic sobie nie
złamałam, tylko trochę się potłukłam. Niestety przy okazji
bardzo się przeziębiłam. Nie poszłam do lekarza, bo po co mu
zawracać głowę przy zwykłym przeziębieniu. Zaczęłam stosować
metody mojej mamy. Nie podam przepisu na lekarstwa, żeby w razie
czego nikt mnie o nic nie posądzał. Wiadomo, że medycyna ludowa
różnie działa na różnych ludzi. Opieka wnuczków była dużo
gorsza. Na początku jeszcze jakoś można było to znieść.
Agnieszka i Ania przyniosły zestaw puzzli i przez kilka godzin je
układałyśmy. Wszystko zaczęło się gdy nadeszła pora obiadu.
Cały czas słyszałam: babciu może coś ci przynieść, może coś
ci podać, może zrobić ci herbaty. To jeszcze można było przeżyć,
ale gdy chciały mnie karmić miarka się przebrała. Żeby nie
nawrzeszczeć na wszystkich po kolei, winnych czy nie, wolałam wyjść
z domu. Nie ważne, że z przeziębieniem. Gdy wróciłam, zebrałam
wszystkich w salonie i najspokojniej jak tylko się dało
wytłumaczyłam wszystkim zebranym, że nie umieram tylko jestem
przeziębiona i jeśli będę czegoś potrzebować to poproszę.
Jeśli chcą układać puzzle, proszę bardzo. Jeśli chcą zagrać w
jakąś grę, też może być. Wiadomo, że dotrzymanie towarzystwa
dla chorego jest bardzo ważne, ale karmienie to już lekka przesada.
Chyba wszyscy zrozumieli. Przez cały wieczór, razem z wnuczkami
grałyśmy w „5 sekund” Swoją drogą, ciekawe kto zostałby aby
się mną opiekować, gdybym faktycznie wymagała takiej opieki. Mam
nadzieję, że nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji, że trzeba
będzie to sprawdzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz