Przypadło
mi w udziale odebranie zdjęć ślubnych mojego siostrzeńca. Ślub
był piękny i wszyscy spodziewali się, że zdjęcia będą takie
same. Mieliśmy jechać z synem, ale okazało się, że jego auto
zostało uszkodzone na parkingu przed jednym z dużych sklepów.
Jakiś świeżo upieczony kierowca (liście na przedniej i tylnej
szybie) podczas cofania wjechał w tył naszego nowego samochodu. Jak
to mówią „z przodu liść, z tyłu liść a w środku głąb”
Tu się to potwierdziło. Ponieważ był to początkujący kierowca
nie wzywaliśmy policji, ale za naprawę musiał zapłacić. Auto
stało w warsztacie dwa dni. Pech. W tym czasie upływał termin
odbioru zdjęć i musieliśmy jechać autobusem. Zajęło nam to
ponad dwie godziny. Udaliśmy się do zakładu. Nad wejściem było
napisane: Zakład Fotograficzny. Artysta Fotograf. To nie wróżyło
nic dobrego. Nie wiem dlaczego siostrzeniec wybrał artystę a nie
zwykłego fotografa, ale tak zdecydował i nie mnie kwestionować
jego decyzji. Po wejściu do środka przywitał nas jeden z
pracowników. Powiedzieliśmy o co chodzi. Usłyszeliśmy: To ja
zawołam szefa. I poszedł. Po około kwadransie zza zasłony wyszedł
bardzo pewny siebie człowiek. Zapytał: CZEGO? Znów tłumaczenie po
co przyszliśmy. Po chwili fotograf przyniósł dużą kopertę ze
zdjęciami. Podał cenę, aż mnie zatkało. Za takie pieniądze
moglibyśmy kupić cały zakład razem z fotografem. Syn zaczął
oglądać zdjęcia a z każdym kolejnym był coraz bardziej
zdenerwowany. Stwierdził, że nigdy w życiu nie pokaże tych
„zdjęć” rodzinie a na pewno nie zobaczy ich para młoda i
oczywiście za nie nie zapłaci. Fotograf zrobił się czerwony ze
złości zaczął krzyczeć, że tak nie można, że to on jest
artystą. Jego zdjęcia są jak puzzle i trzeba je odpowiednio
poukładać, żeby zobaczyć pełen obraz i nie możemy kwestionować
jego wizji. Zapytaliśmy: człowieku jakiej wizji, miał to być
portret ślubny, a to są jakieś niezrozumiałe dla nikogo fotki. I
wtedy się zaczęło. Fotograf wyskoczył zza lady i zaczął się
szarpać z moim synem. Obaj nie przebierali w słowach. Nagle
usłyszeliśmy jakiś hałas. Okazało się, że któryś z nich
przewrócił statyw i znajdujący się na nim aparat rozbił się o
podłogę. Fotograf prawie zaczął płakać. Mówił, że to był
jego najlepszy aparat i teraz będzie musiał znów korzystać ze
zwykłego sprzętu. Na szczęście aparat na wszelki wypadek był
ubezpieczony. O takie zabawki trzeba szczególnie dbać. Koniec
końcem zrobił nowe zdjęcia, teraz normalne, a za pieniądze z
ubezpieczenia kupił nowy aparat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz