piątek, 13 marca 2015

Wizja: zdjęcie ślubne

    Przypadło mi w udziale odebranie zdjęć ślubnych mojego siostrzeńca. Ślub był piękny i wszyscy spodziewali się, że zdjęcia będą takie same. Mieliśmy jechać z synem, ale okazało się, że jego auto zostało uszkodzone na parkingu przed jednym z dużych sklepów. Jakiś świeżo upieczony kierowca (liście na przedniej i tylnej szybie) podczas cofania wjechał w tył naszego nowego samochodu. Jak to mówią „z przodu liść, z tyłu liść a w środku głąb” Tu się to potwierdziło. Ponieważ był to początkujący kierowca nie wzywaliśmy policji, ale za naprawę musiał zapłacić. Auto stało w warsztacie dwa dni. Pech. W tym czasie upływał termin odbioru zdjęć i musieliśmy jechać autobusem. Zajęło nam to ponad dwie godziny. Udaliśmy się do zakładu. Nad wejściem było napisane: Zakład Fotograficzny. Artysta Fotograf. To nie wróżyło nic dobrego. Nie wiem dlaczego siostrzeniec wybrał artystę a nie zwykłego fotografa, ale tak zdecydował i nie mnie kwestionować jego decyzji. Po wejściu do środka przywitał nas jeden z pracowników. Powiedzieliśmy o co chodzi. Usłyszeliśmy: To ja zawołam szefa. I poszedł. Po około kwadransie zza zasłony wyszedł bardzo pewny siebie człowiek. Zapytał: CZEGO? Znów tłumaczenie po co przyszliśmy. Po chwili fotograf przyniósł dużą kopertę ze zdjęciami. Podał cenę, aż mnie zatkało. Za takie pieniądze moglibyśmy kupić cały zakład razem z fotografem. Syn zaczął oglądać zdjęcia a z każdym kolejnym był coraz bardziej zdenerwowany. Stwierdził, że nigdy w życiu nie pokaże tych „zdjęć” rodzinie a na pewno nie zobaczy ich para młoda i oczywiście za nie nie zapłaci. Fotograf zrobił się czerwony ze złości zaczął krzyczeć, że tak nie można, że to on jest artystą. Jego zdjęcia są jak puzzle i trzeba je odpowiednio poukładać, żeby zobaczyć pełen obraz i nie możemy kwestionować jego wizji. Zapytaliśmy: człowieku jakiej wizji, miał to być portret ślubny, a to są jakieś niezrozumiałe dla nikogo fotki. I wtedy się zaczęło. Fotograf wyskoczył zza lady i zaczął się szarpać z moim synem. Obaj nie przebierali w słowach. Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas. Okazało się, że któryś z nich przewrócił statyw i znajdujący się na nim aparat rozbił się o podłogę. Fotograf prawie zaczął płakać. Mówił, że to był jego najlepszy aparat i teraz będzie musiał znów korzystać ze zwykłego sprzętu. Na szczęście aparat na wszelki wypadek był ubezpieczony. O takie zabawki trzeba szczególnie dbać. Koniec końcem zrobił nowe zdjęcia, teraz normalne, a za pieniądze z ubezpieczenia kupił nowy aparat.
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz